SEEME

Kasia Makowiecka

Muzykę ma we krwi. Pochodzi z utalentowanej, trójmiejskiej rodziny Makowieckich. Nic więc dziwnego, że swoją życiową drogę obrała właśnie w tym kierunku. Choć w jej przypadku artystycznych przystanków było sporo. Muzyka, taniec, joga i wielkie szczęście, które w każdym przypadku wyraża poprzez ujmującą szczerość i prostotę. Z Kasią Makowiecką rozmawiamy o wewnętrznej muzykalności, tajemniczej metodzie ashtanga oraz życiu, które zwyczajnie kocha.

Twoje piosenki to pianino, akustyczny klimat i to coś, czego do końca nie potrafię zdefiniować… Skąd bierze się ten uduchowiony spokój?

Hmm.. Mój spokój chyba bierze się z mojego wnętrza, to zupełnie naturalne, taka się urodziłam, w takiej aurze zostałam wychowana. Z drugiej strony wydaje mi się, że w trakcie dorastania i doświadczania życia odnalazłam swój własny, wygodny dla mnie zen.

Większość kojarzy twórczość Tomka Makowieckiego, ale wciąż niewiele osób wie, że równie utalentowaną artystką jest jego młodsza siostra. Rodzinna sława pomaga czy może jest zupełnie odwrotnie?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym jak to może zadziałać. Chyba wbrew pozorom jest trochę trudniej. Ja wszystko lubię robić sama, jestem trochę taką „Zosią Samosią”, niestety też nieco upartą, stąd też chęć ukrycia się pod pseudonimem i tak jak każdy, szanujący się człowiek, chęć posiadania możliwości rozpoczęcia czegoś z tak zwaną „czystą kartą” (śmiech). 

Swoją działalność artystyczną prowadzisz pod pseudonimem Seeme. Co dla Ciebie oznacza?

Seeme to ja. Z jednej strony to mój pseudonim, z drugiej chęć wołania o uwagę. Większość osób kojarzy mnie jako nauczycielkę jogi lub tancerkę. Ja jednak od zawsze pisze piosenki. Chciałabym tym samym postukać nożem o kieliszek szampana i powiedzieć o tym, co mi naprawdę w duszy gra i pokazać się od innej strony. 

Kiedy postanowiłaś, że napiszesz pierwszą piosenkę? Zastanawiam się czy można podejść do tego tematu z kompletnym luzem czy jednak pojawia się presja, u Ciebie pewnie większa niż u ludzi, których rodziny nie mają nic wspólnego z muzyką.

Żadnej presji. Inaczej bym tego nie robiła. Pisze, komponuję i śpiewam, bo kocham. Mam to we krwi, muzyka jest dla mnie jak powietrze. To taki mój azyl. I trudno tego nie robić, skoro się to  kocha. Pierwsze piosenki napisałam w liceum. Po chwili przerwy i zmęczenia graniem klasycznych utworów, przetarłam kurz z pianina, poczułam potrzebę powiedzenia czegoś od siebie.

Sama piszesz, komponujesz, a następnie sklejasz to w całość. Wystarczy odsłuchać kilka Twoich nagrań, by stwierdzić, że należysz do osób arcywrażliwych. To pewnego rodzaju autobiografia?

Piszę o tym co widzę dookoła, inspirują mnie nie tylko podróże, ale również ludzie, ich historie. Oczywiście wiele piosenek opisuje również moje własne doświadczenia. Najbardziej jednak cieszy mnie to, że poznając osoby, które podchodzą do mnie po koncertach, gratulują, mówią, że są bardzo poruszeni, widzę same piękne dusze. Które zawsze przytulam. To wyjątkowe osoby, pełne blasku. Z niektórymi zdarzyło mi się już spotkać kilka razy, niektórzy stale są przy mnie w codziennych kontaktach na social mediach.

Na swoim koncie masz debiutancki album z 2018 roku, jednak w tym roku wydałaś trzy nowe single. Kiedy możemy spodziewać się kolejnego krążka?

Album jest już właściwie skończony, przechodzi aktualnie drogę masteru. Wolę jednak zrobić wam niespodziankę i już teraz wszystkich oczekujących zaprosić na mojego Facebooka i Instagrama do śledzenia bieżących informacji. Główne przesłanie? Pozwolę sobie utrzymać to jeszcze w tajemnicy… Sama lubię niespodzianki, więc i wam nie będę odbierać tej przyjemności.

Jesteś wielką fanką języka francuskiego, więc muszę zapytać czy doczekamy się singla w takim wydaniu?

Pourquoi pas? To bardzo melodyjny język, bardzo go lubię. Na razie staram się pisać po polsku, a to chyba większe wyzwanie (śmiech).

Do tej pory rozmawiałam z Seeme, a teraz chciałabym porozmawiać z Kasią. Jesteś mamą, śpiewasz w chórze gospel, grasz na fortepianie, a swoje życie zawodowe oprócz muzyki związałaś także z tańcem i jogą. To te trzy główne filary, które nadają rytm Twojemu życiu?

Joga towarzyszy mi od wielu lat, każdego dnia. Czas na macie to chwila dla mnie samej, higiena dla głowy. I moment by się zatrzymać przy pędzącym wokół świecie. Całkiem sporo jej w moim życiu, więc pewnie odciska się również na mojej twórczości. Dba o moje ciało, o kondycje fizyczną oraz psychiczną. Niweluje mój stres przed występami, pomaga złapać oddech, co również przydaje się przy śpiewaniu. Natomiast zupełnie prywatnie mam zaszczyt być szczęśliwą mamą pięknej Mii, mojej malutkiej córeczki. I to w dużej mierze macierzyństwo napędza mnie do jeszcze cięższej pracy. Nieustannie, komponuje, nagrywam z zespołem, a im więcej na głowie, tym czuje większy przypływ mocy, inspiracji i dobrej energii. Oprócz tego jestem chyba całkiem pracowita i szczerze kocham swoje życie!

Na co dzień prowadzisz swoją szkołę jogi na warszawskim Powiślu i w Sopocie. Oprócz typowej szkoły, tworzy się tutaj pewna więź i społeczność. Spodziewałaś się kiedyś, że zajdzie to tak daleko?

Ah. Uwielbiam to. Przychodzą do mnie sami wspaniali ludzie. To naprawdę przyjemność móc ich uczyć, pomagać na co dzień i patrzeć jak pięknie się rozwijają. To również przyjaźnie poza matą. Odpowiedzialność. Joga jest dla mnie stylem życia. Nie chodzi tylko o to co robie na macie, ale również to jakim jestem człowiekiem poza nią. Cieszę się bardzo z każdych poprowadzonych zajęć, myślę, że to co robię działa w dwie strony. Nie tylko ja jestem dla swoich uczniów, ale oni również wnoszą wiele do mojego życia.

Oprócz jogi jest też taniec. 

Gdy miałam 7 lat, Mama zaprowadziła mnie na pierwsze zajęcia baletu, które miały miejsce w Gdyni, w moim mieście rodzinnym. Dołączyłam do zespołu tanecznego, z którym występowałam wiele lat, później zgłębiałam tajniki innych stylów, brałam udział w warsztatach w kraju i za granicą, chłonęłam taniec całą sobą. To zaraz po muzyce, moja ulubiona forma wyrażania emocji. Zresztą wszystko co robię, czyli śpiew, taniec, joga, łączy głęboka więź i taki wewnętrzny spokój, który daje mi ogromną przestrzeń na realizację siebie i swojej twórczości. 

Gdzieś tam pojawił się też pierwiastek pierwotny, czyli fascynacja tańcem afrykańskim. Przyznasz, że to nietypowa zajawka?

To moja wielka miłość. Taniec afrykański to powrót do korzeni, wejście w głąb siebie, przylgnięcie do gleby całą stopą i podążanie za rytmem bębnów. To najczystsza z form, wyzwolenie. No i trzeba mieć dużą odwagę, by się temu poddać! (śmiech). Jednak z biegiem lat udało mi się znaleźć połączenie idealne, czyli ashtangę. Ashtanga wywodzi się z południa Indii, z miasta Mysore. Jest dynamiczną formą jogi, ma określoną sekwencje, którą harmonizuje z głębokim oddechem. Stąd też skojarzyła mi się z choreografią i okazała się najbliższą metodą mojemu sercu. I tak już zostało. Jestem dyplomowaną nauczycielką ashtanga yogi i stałym jej uczniem, bo to niekończąca się droga i rozwój.

Swoje doświadczenie przywiozłaś aż z Indii? 

Kiedy podróżowałam po Indiach, joga nie była jeszcze w moim życiu „na poważnie”. Praktykowałam w różnych miejscach, przemieszczając się z miasta do miasta, chciałam zaznać czegoś nowego, poznawać, chłonęłam całą sobą.

Sporo czasu spędziłaś też w Nowym Jorku. Obywatelka świata?

Do Nowego Jorku poleciałam już w konkretnym celu. Praktykować ashtanga yogę pod okiem Guru. Nie omieszkałam również uczęszczać na co dzień do Broadway Dance Center czy Djoniba Dance Center, w tym drugim zrzucałam baletki na rzecz nauki tańców afrykańskich. Oczywiście wieczory spędzałam w klubach na koncertach, które przytłaczały mnie swoim poziomem i znakomitością muzyków. Nowy Jork to mój drugi dom, kocham to miejsce! Zaraz po Islandii, gdzie jeżdżę robić nic (śmiech).

Dziś jesteś kobietą spełnioną? Udało się Tobie gdzieś w głębi odkryć swoje „ja”? Czy wciąż szukasz odpowiedzi? 

Jestem bardzo wdzięczna za wszystko co mam. Codziennie pielęgnuję wdzięczność - za moją rodzinę, piękną i zdrową córkę. Za to, że mogę robić to co kocham, że nie musiałam tego długo szukać, że od razu wiedziałam. Że rodzice tak pięknie mnie zawsze wspierali i wspierają, że dodają mi skrzydeł i odwagi i propsują wszystkie szalone pomysły mojej spokojnej głowy (śmiech). Codziennie uśmiecham się do siebie i swoich bliskich, starając się, przekazać im te dobre emocje, bo przecież sama tego wszystkiego nie dźwignę! (śmiech).