Kazimierz Wierzbicki

Być jak Walt Disney

Nie ukrywa swojej fascynacji Waltem Disney’em. Ma już własne studio filmowe, produkcję bajek, rosnącą liczbę nagród i własnych filmowych bohaterów. I choć jego firma kojarzona jest najbardziej z puzzlami, a także ze światem koszykówki i siatkówki to właśnie kinematografia staje się dzisiaj jej nowym sercem. Kazimierz Wierzbicki, twórca Trefla, niegdyś trener, potem przedsiębiorca i mecenas sportu. W rozmowie z Michałem Stankiewiczem opowiada nie tylko o tym jak został jednym z największych producentów puzzli na świecie, o swoich sukcesach, a także porażkach w świecie sportu, ale i ambitnych planach filmowych wśród których jest nakręcenie filmu pełnometrażowego.

Czy w czasach Internetu, social mediów, aplikacji i gier online można robić biznes na kartonowych zabawkach i puzzlach? 

Zdecydowanie można. Rynek tradycyjny bardzo mocno się rozwija i jest jeszcze dużo do zdobycia. Wychodzę z założenia, że jak coś się dobrze robi, to warto to kontynuować. Mamy wiele świetnych pomysłów, które chcemy wprowadzić w życie i mówię tu o skali globalnej. Chcemy być najlepsi. I zdaje się, że obraliśmy dobrą ścieżkę, ponieważ w tym roku będziemy jedną z pierwszych firm, jeśli chodzi o produkcje puzzli na świecie. 

Pandemia wam nie zaszkodziła, a może nawet pomogła?

Pandemia nam pomogła. Nie ukrywam tego, że bardzo zwiększyliśmy sprzedaż. To też chyba daje odpowiedź na pana poprzednie pytanie. Myślę, że to dobry moment na szukanie nowych przestrzeni, by stać się firmą globalną. Trzeba wyjść z lokalnego rynku, jakim dla nas jest Polska i zacząć myśleć globalnie. Jak sprawdzimy statystyki, to zauważymy, że Japonia sprzedaje prawie tyle samo wyrobów co sama Europa. Wiedza o rynku światowym jest dla nas bardzo ważna, musimy ten rynek zdobywać.

Czyli pana plany sięgają daleko poza Europę?

Tak. Podjęliśmy teraz współpracę z partnerem strategicznym w Azji, który ma bardzo duże doświadczenie we współpracy z globalnymi korporacjami z branży zabawek.  To ważna współpraca, bo otwiera nam rynki na świecie, np. chiński.

Domyślam się, że skoro macie tak szeroko zakrojone plany ekspansji to i pewnie wyjątkowo dobre wyniki sprzedaży.

Już wiemy, że to będzie najlepszy rok w naszej historii. Planujemy zbliżyć się do 300 mln zł przychodu i póki co trzymamy się tego planu. Mamy oczywiście problemy – jednym z nich jest logistyka. Ostatnio byliśmy zmuszeni wstrzymać koncepcję budowy naszego centrum logistycznego na terenie Trójmiasta. Tak szybko się rozwijamy, że pierwotny projekt  jest już zbyt mały i centrum musimy zbudować poza terenem firmy.

Rzeczywistość jest szybsza niż wasze plany?

Firma weszła teraz w fazę intensywnego rozwoju, a zaangażowanie pracowników, głównie nowego, czteroosobowego zarządu, jest tak duże, że w konsekwencji te obroty absurdalnie nam wzrastają.
Na horyzoncie pojawiają się też nowe pomysły, nowe gry, nowe rynki – wszystko staje przed nami otworem.

Trefl słynie z produkcji puzzli. To wasza pierwsza i dalej ważna działalność. To pana autorski pomysł?

Tak. W latach 80. byłem trenerem koszykówki. Pracowałem z kadrą i klubem sportowym Spójnia Gdańsk. Na puzzle tak naprawdę trafiłem przez przypadek podczas wyjazdu sportowego do Francji i Holandii. Nocowałem w domu, gdzie wisiały piękne puzzle w ramach, a dodatkowo było to malarstwo holenderskie, które zawsze mnie pasjonowało. Był Van Gogh, Rubens, Rembrandt. Tak bardzo mi się spodobało, że postanowiłem, że sam będę coś takiego robić. Do tych obrazów dochodziliśmy długo, przez wiele lat, ale początkowo skupiliśmy się na tych prostych rzeczach.

Zostawił więc pan zawód trenera i zajął się produkcją puzzli. 

Na początku to była totalna manufaktura. Zaczęliśmy w garażu.

Jak Steve Jobs.

Tak. Maszyny sami skonstruowaliśmy, wszystko było ręcznie robione, bardzo prymitywnie. A nasza pierwsza sprzedaż była w malutkim sklepie na dworcu. Puzzle z zespołem TSA wyciętym z plakatu – 30 części w woreczku. 

Dla wielu firm, które działały w specyficznej PRL-owskiej rzeczywistości wymagającej niezwykłych kombinacji ciężko było się odnaleźć w latach 90. Panu się udało.

Dobrze przeszliśmy zmianę ustroju, gdyż zawsze działaliśmy na płaszczyźnie finansowej charakterystycznej dla danego momentu. Nie mieliśmy  wielkich zapasów, ale i też nie musieliśmy wydawać na zewnętrznych podwykonawców dużych pieniędzy. Wszystko robiliśmy samodzielnie i do dziś tego się trzymamy - mamy własną drukarnię, własny park maszynowy, autorską technologię i rozbudowane działy kreatywne. Firma jest samowystarczalna. 

W latach 90. kwitło piractwo jeżeli chodzi o wykorzystanie marek i własności intelektualnej,  a wy kupiliście licencje od Walta Disney’a. 

Przedstawicielem był pewien Amerykanin w Warszawie, po udanych rozmowach zostaliśmy pierwszym licencjobiorcą Disney’a w Polsce. Nigdy nie uprawialiśmy piractwa. Pierwszy rachunek dla Disney’a wynosił kilka tysięcy złotych za puzzle wykonane przez nas z rysunkiem kaczora Donalda, który łowi ryby. 

Jaki był najtrudniejszy moment?

Pod koniec lat 90. bank wypowiedział nam kredyt, gdyż nie wypełnialiśmy jednego z punktów zawartej umowy  czyli określonej ilości eksportu do Rosji. Nastąpił kryzys i przez trzy miesiące nie wysłaliśmy tam ani jednego pudełka. Pomogła nam Franciszka Cegielska, ówczesna prezydent Gdyni, poprzez bank komunalny. Uzyskany kredyt pozwolił nam spłacić ten w banku komercyjnym.

To wtedy do puzzli doszły gry?

Pierwsze gry ukazały się z końcem lat 90. I taką ciekawostkę panu powiem, że wtedy popełniłem swój największy błąd w życiu. Pojawiła się szansa kupienia praw do sagi o Wiedźminie. Odmówiłem wówczas, bo jako dziecko dużo czytałem fantastyki, ale znudziła mi się i uważałem, że wszystko  w niej  się już powtarza, że nie ma w niej przyszłości. Teraz po latach okazało się, że to był największy błąd. Co do gier – w naszej branży one dominują. U większości producentów mniej więcej 10 do 15% zajmuje produkcja puzzli, a pozostałą część stanowią gry. U nas jest inaczej, bo puzzle dominują, ale pracujemy nad tym, by z roku na rok te proporcje się zmieniały

Kto jest ich odbiorcą? 

Puzzle kupują dzieci i rodzice dla dzieci. To jest stały i bardzo silny rynek. Kupują też ludzie starsi. Najlepiej sprzedające się puzzle to są tysiączki, czyli tysiąc elementów. 

W ilu krajach jesteście obecni?

Eksportujemy bezpośrednio do 50 krajów, ale można nas znaleźć już w około 100. Z tego 90% to nasza własna produkcja, a około 10% wykonujemy na zlecenie.

Więcej sprzedajecie w Polsce, czy na zewnątrz?

Trzy lata temu proporcje wynosiły 50 na 50. W zeszłym roku mocniejsza była już sprzedaż eksportowa. I ten eksport będzie rósł wraz z rozwojem firmy.

Jaką macie obecnie pozycję w Europie?

Jako producent puzzli jesteśmy numerem jeden w Europie Środkowo-Wschodniej i walczymy o pozycję lidera w całej Europie. Przy czym warto zaznaczyć, że już jesteśmy w czołówce największych producentów na świecie. Jeśli chodzi o całą branżę zabawek to mamy jeszcze wiele do zrobienia, ale wierzymy, że nasza własna licencja, Rodzina Treflików, bardzo nam w tym pomoże. 

Nikt nie chciał was kupić? 

Regularnie dostaję takie oferty, ale firma nie jest na sprzedaż. To firma rodzinna. Mam nadzieję, że ktoś z rodziny przejmie jej prowadzenie.

Jak duży dzisiaj jest rynek zabawek?

W Polsce wynosi on ponad 5 mld zł. Dodam tylko, że są to nasze własne szacunki, na podstawie danych rynkowych, które kupujemy. Nie pokrywają one jednak całego rynku, który jest w Polsce dosyć mocno rozdrobniony. Na Zachodzie wygląda to zupełnie inaczej. Dla porównania, rynek zabawek na świecie tylko po pierwszym półroczu jest wart 22 mld dolarów i bardzo dynamicznie rośnie. Dlatego właśnie w sprzedaży eksportowej widzimy duży potencjał
rozwoju. 

Cała działalność Trefla jest skupiona w Gdyni. Nie kusiło pana, by przenieść produkcję do Azji?

Absolutnie nie. Z punktu widzenia ekonomicznego jest to pewnie sensowne, by szukać miejsc z niższymi kosztami produkcji. My jednak chcemy zostać w Polsce i być samowystarczalni. Ponadto jesteśmy dumni z tego, że produkujemy w Polsce, a w regionie jesteśmy jednym z czołowych pracodawców. To jeden z kluczowych elementów naszej misji. Dziś to nazywamy społeczną odpowiedzialnością biznesu, ale ja już ponad 30 lat temu wiedziałem, że to właściwy kierunek.  

I nic nie produkujecie poza Polską?

Puzzle i gry w 100 % produkowane są w Polsce, kupujemy tylko drobne komponenty do gier, to jednak śladowe ilości. 

Czyli omijają was problemy z brakiem dostępności komponentów i towarów, czy też problemami w transporcie? Boryka się tym teraz cały świat.

Te problemy odczuliśmy tylko w zakresie dostaw surowców, jednak tu pana zaskoczę, w sposób pozytywny, bo coraz więcej firm jest zainteresowanych przenoszeniem produkcji do Europy, a my mamy pełną kontrolę procesu produkcji, co okazało się naszą wielką siłą. 

Jedną z nowszych pana działalności jest studio filmowe. Kręcicie  filmy animowane, przede wszystkim „Rodzinę Treflików”. To dobry biznes?

Znam historię powstania wielu firm zabawkarskich na świecie. Jakby pan wziął pierwszą dziesiątkę to okazuje się, że wszystkie zbudowały swoją siłę na jednej licencji – własnej albo kupionej. Dlatego postanowiłem powołać do życia własne studio filmowe i wykreować Treflika. 

Tworzę własne filmy, kreuję dzięki nim własne postaci i  bohaterów, które stają się popularne. Następnie uruchamiam produkcję zabawek z filmowymi bohaterami. Nie dość, że nie płacę komuś licencji za użycie jego bohaterów to jeszcze sam mogę ją sprzedawać. Czy dobrze zrozumiałem ideę?

Dokładnie. Tak to powstaje. I to niezależnie, czy mówimy o mechanice gry, produkcie czy bajce. Jak powie pan Hasbro to na myśl przychodzi Monopoly. Sprzedaje się je na całym świecie, w każdym języku. A jak Mattel to lalka Barbie. Ich zyski są oparte na licencjach. Dla nas tym brand hero ma być Treflik. 

Uzyskał pan więc ten efekt synergii. A gdyby studio oddzielić od Trefla, to czy byłoby w stanie zarobić na samej produkcji bajek?

Amerykanie pokazują, że można zarobić. W Polsce co prawda przez lata dopłacało się do filmów poza wyjątkami, ale u Amerykanów jest rynek i właśnie ten rynek decyduje.

Gdzie można zobaczyć Rodzinę Treflików?

Obecnie bajka „Rodzina Treflików” emitowana jest w najlepszych stacjach dziecięcych w Polsce, ale i Rosji,  Chinach, Meksyku,  Arabii Saudyjskiej, także w innych krajach Europy. Można je obejrzeć też na Netflixie. Zrobiliśmy do tej pory 72 odcinki i tyle samo odcinków „Bobasków i Misia”, który na Canal Plus ma pierwsze miejsce jeżeli chodzi o oglądalność seriali animowanych. Dostaliśmy 9 nagród i nominacji na różnych festiwalach, m.in. Kids Screen. To amerykański festiwal filmów dla dzieci, chyba jeden z największych na świecie. Zdobyliśmy tam takiego dziecięcego Oskara, więc to studio zaczyna się liczyć na świecie.

Co dalej?

Zrobiliśmy teaser do animowanego filmu pełnometrażowego. Reżyserem jest Filip Bajon, osobno animację reżyseruje Marek Skrobecki, a muzykę napisał Jan AP Kaczmarek.

I Trefilki też tam będą?

Tak. Pracuje przy nim dwóch „oskarowców”, bo udało się nam wcześniej ściągnąć jeszcze prof. Marka Skrobeckiego jako dyrektora artystycznego, który ma na koncie oskarowego „Piotrusia i Wilka”. On tworzył Trefliki. Będziemy kręcić około 2 lat. Mam nadzieję na sukces na światowym rynku filmu. 

To będzie film kinowy?

Kinowy. Choć większość filmów, które robimy są dla platform i telewizji.

Macie świetny skład, mimo tego to wielkie wyzwanie. Czujecie się gotowi?

W ciągu 7 lat zbudowaliśmy największe w Polsce studio animowane i myślę, że zbliżamy się do czołówki europejskiej.

Słuchając pana historii można odnieść wrażenie, że inspiruje się pan osobą Walta Disney’a.

Dużo czytałem o Walcie Disney’u, i zawsze mnie inspirował. Wisi u nas schemat powstawania i działalności Disney’a w USA. I w samym środku tego schematu jest film, a potem są fabryki, miasto rozrywek i kolejne sektory. Wszystko kręci się wokół wartości intelektualnych, bo maszynę może kupić każdy, ale największą wartością jest ta wytworzona przez umysł człowieka. I jeżeli ktoś umie to zamienić na biznes to wtedy osiąga sukces. A jak ktoś nie umie, to niech lepiej kupi maszynę i produkuje. To też jest biznes. Dla mnie najważniejsza jest twórczość. W USA największe przychody pochdzą ze sprzedaży licencji i własności intelektualnych. 

Skoro mówimy o Disney’u to zastanawiam się, czy za jakiś czas możemy spodziewać się w Trójmieście wielkiego parku rozrywki? Treflland?

Trefl daje duże zyski, a ja jako właściciel nigdy nie wziąłem ani złotówki dywidendy. Wszystko idzie na rozwój. I te pieniądze trzeba ukierunkować. Mam wybór – czy rozbudować studio, czy budować park rozrywki, inwestować w kolejną działalność, czy może kolejny film. Marzę o takim parku, ale myślę, że jest na to za wcześnie, bo film musi mocno zaistnieć w świadomości ludzi. Póki co więc zyski pójdą na rozwój firmy i eksportu.

Czyli kwestia przyszłości.

Przyznam, że mamy już podobne propozycje. Ostatnio z Czech, by wspólnie ze zdobywcami złotych medali w jeździe figurowej na lodzie zrobić rewię. Ciągle wstrzymujemy się, by osiągnąć pewien poziom popularności w Europie. 

Rozmawiamy o działalności biznesowej Trefla, a przecież ta marka kojarzy się ze sportem – siatkówką i koszykówką. Nawet bardziej niż z zabawkami. Gdyby miał pan wybierać – co jest ważniejsze?

Nigdy nawet sobie takiego pytania nie postawiłem. Sport przestałem uprawiać, ale zostałem w sporcie, tworząc kluby sportowe i firmy sportowe. I to ma bezpośrednie przełożenie na firmę, bo stanowi wartość reklamową. A z drugiej strony jest pasja. Mamy najlepsze szkolenie. Jak pan zobaczy polską ligę koszykówki, to w każdym zespole gra nasz wychowanek. Ściągamy dzieci, mamy internat i to wszystko dobrze działa. W historii sportu Pomorza jesteśmy chyba najlepszym klubem, zdobyliśmy najwięcej medali i najwięcej młodzieży wychowaliśmy. 

Jest pan spełniony?

Mam niedosyt, że na każdym meczu naszych drużyn nie mamy pełnych trybun. Byłem jednym z inspiratorów budowy Ergo Areny, ale myślę, że jeszcze nie wyczerpaliśmy jej potencjału. Mamy wyniki, ale jeżeli chodzi u budowanie społeczności kibiców, przed nami jeszcze dużo pracy. Moim marzeniem było stworzenie klubu jak hiszpańska Barcelona czy Manchester.

Ale to piłka nożna.

To nieważne. 

W piłce nożnej zaangażowanie i oddanie fanów bywa fanatyczne, inaczej niż w pozostałych dyscyplinach.

Na pewno to inna grupa, ale chodzi mi o to, że w profesjonalnym sporcie najważniejszy jest kibic i to dla niego trzeba pracować. Nam się to jeszcze do końca nie udało. Chciałbym jeszcze raz spróbować stworzyć klub wokół którego są kibice, rodziny kibicujące, pary powiązane z klubem, z miejscem gdzie gramy. O tym marzę i w tym roku podejmuję kolejną próbę budowania przyszłości kibicowskiej naszego klubu.

Mówimy o siatkarskim Treflu Gdańsk czy koszykarskim Treflu Sopot?

O całej działalności sportowej.

Mielicie rekordy frekwencji na meczach. Na czym będzie więc polegać próba budowania nowej społeczności?

Tak, ale jesteśmy daleko od czołowych klubów. Chcemy, by ludzie emocjonalnie wiązali się z klubem, bo to jest największa wartość sportu – możliwość przekazywania pewnych wartości, sposobu bycia i przeżywania wspólnych emocji. 

Na to potrzeba czasu, a słynne kluby mają nawet wiekową historię. Na mecze chodził dziadek, potem tata, syn, córka.

Zgadzam się, ale chodzi też o samo miejsce. Mamy piękną halę i trzeba  odpowiednio wykorzystać jej potencjał. Tworzę teraz radę programową złożoną ze znanych i zaangażowanych osób, by wspólnie spróbować uruchomić te emocje.

Ma pan więc na utrzymaniu dwa kluby, Trefl Sopot i Trefl Gdańsk. Jakie macie udziały?

W gdańskim 90%, a sopockim 80%. W koszykówce nasze wsparcie finansowe jest dominujące. W siatkówce jest większa grupa sponsorów, choć my jako Trefl też wkładamy znaczące środki.

Kluby działają w formie spółek akcyjnych. Czy jest w ogóle możliwe odwrócenie sytuacji, że to nie pan będzie je zasilać, ale one jako firmy będą dawać panu zyski?

W Polsce jest to niemożliwe. Na zachodzie chyba też nie, bo te firmy zarabiają, a zysk przeznaczają na swoje działanie. Nie znam osobiście właścicieli, którzy czerpią z tego korzyści. Proszę pamiętać, że profesjonalny sport to współcześnie potężne narzędzie komunikacji marketingowej. 

Gdzie pan chce być za 5 lat jeśli chodzi o firmę i sport?

Firma rośnie, a my mamy duże plany rozwoju. Chcemy odgrywać na świecie znaczącą rolę. Trzy lata temu postanowiłem, ze  będziemy nr 1  jeśli chodzi o produkcję puzzli na świecie i w tym roku już się do tego zbliżymy, bo wyprodukujemy ponad 25 mln pudełek. Co do sportu, na pewno nie zadowala nas środek tabeli. Chcemy grać z światowymi rywalami. W Gdańsku układa się dobrze, mamy wsparcie miasta. W Sopocie jest gorzej. To małe miasto i trudno mu budować spółkę na poziomie europejskim. Musimy więc szukać innych rozwiązań.

Wspomniał pan, że Trefl to firma rodzinna. Jak wygląda sukcesja, czy przygotowuje pan już sukcesorów?

Oczywiście, że myślę o tym. Chciałbym, by ktoś z rodziny kontynuował misję prowadzenia firmy i są takie osoby. Możliwości zatem są, a jak będzie, zobaczymy. Tymczasem sam mam jeszcze dużo planów do zrealizowania. 

 

Backstage: Magda Czajkowska

Makeup:  Marta Perkowska 

Miejsce: Luks Sfera