Kiejstut Bereźnicki - mistrz

Jego twórczość już dawno wyszła poza ramy Polski. Charakterystyczne obrazy z martwą naturą bliskie malarstwu holenderskiemu, figuratywne, a często pełne wanitatywnych odniesień zyskały uznanie na niezliczonej liczbie wystaw i konkursów. Zarówno w oczach zwykłych odbiorców, krytyków, a także innych artystów. Jeżeli do tego dodać wartość rynkową jego dzieł, co też jest miarą sukcesu i to najczęściej najtrudniejszą do uzyskania otrzymujemy obraz malarza spełnionego. Taki jest właśnie Kiejstut Bereźnicki, profesor i wieloletni wykładowca gdańskiej ASP, jeden z najbardziej utytułowanych polskich malarzy. Mistrz, który w ubiegłym roku obchodził 85 - lecie ugościł nas w swoim domu w dolnym Sopocie, który stworzył od podstaw wspólnie z żoną Natalią. Równie wyjątkowym jak jego twórczość, pełnym starych mebli, obrazów i tkanin. 

Michał Stankiewicz: Duża liczba obrazów w domu artysty malarza to rzecz niejako oczywista, a u pana rzuca się też w oczy wielka kolekcja płyt. To pańska druga pasja w życiu? 

Kiejstut Bereźnicki: Tak. Szczególnie muzyka klasyczna.

Twórcy barokowi?

Tak, ale nie tylko z okresu baroku. Mam też od zarania płytę ze zrekonstruowaną muzyką starogrecką. Przez wiele lat kupowałem kompakty. Kiedy zmęczony wychodziłem po jakiś naradach na uczelni to kierowałem się od razu do sklepu, który był po drodze i kupowałem płyty. Mam je zgromadzone tutaj na parterze, ale i też na niższym poziomie domu. Myślę, że to jest około 5 tys. płyt. Niemniej winylowe też mam. Kiedy pojawiły się kompakty to myślałem, że te czarne posprzedaję, kilka nawet wyniosłem, ale później wycofałem się z tego. Niech będą i niech czekają na swój czas. Tylko dobrą aparaturę trzeba kupić. Ktoś to uporządkowuje, może wnuczka.

Na pierwszym planie są jednak obrazy. Przyznam, że to jak wejście do tajemniczej i jednocześnie tętniącej domowym życiem galerii sztuki.

Te, które wiszą w domu są bliższe nam z takich czy innych powodów. Zresztą z tego co pamiętam pan jakiś czas temu uczestniczył przypadkowo w zawieszaniu tych obrazów (śmiech).

Wtedy jeszcze nie wiedziałem do kogo wchodzę, gdy pani Natalia zagadnęła mnie na ulicy i poprosiła bym pomógł powiesić obrazy. Okazało się, że jesteśmy sąsiadami, a ja codziennie ze swojego okna widzę wasz dom. I to o bardzo nietypowym kształcie, z wysokim salonem. Czy od początku projektowaliście go z myślą o obrazach? 

Miał być pracownią żony, która robiła tkaniny i też myślała, by je wieszać. To był początek lat 80. żona dostała pozwolenie na działkę w Sopocie  i zaczęła myśleć jak to powinno wyglądać. Znaleźliśmy młodego architekta, który się podjął zaprojektowania. To była pusta działka, był tutaj trzepak, pokrzywy i stary słup telegraficzny, trzeba było go usunąć, co nie było łatwe. No i wykopali wielką dziurę w ziemi i powstał dom.

Jego kształt to była wasza wizja?

On był uzależniony od kształtu działki, która ma pond 300 m powierzchni i jest bardzo wąska. Architekt Bartłomiej Zwiejski świetnie wkomponował go w jej kształt. O, słyszy pan jak krzyczą teraz mewy? Ten krzyk mew moja żona wpisała do swojej komórki jako dzwonek i od tego czasu nie wiem czy krzyczą z jej komórki czy też na zewnątrz.

W ubiegłym roku obchodził pan 85 urodziny. Zapewne z powodów pandemii nie było żadnych jubileuszy. Co pan uważa za swój największy sukces?

To, że mogłem pracować cały czas spokojnie, przez te wszystkie lata. Praca na uczelni w Gdańsku była ważnym czynnikiem, bo aż 46 lat pracowałem na uczelni. A tam przeszło przez moje ręce wiele osób. Córka kończyła tam malarstwo, syn skończył grafikę użytkową z malarstwem, a druga córka ukończyła malarstwo w Poznaniu. Również obydwie moje żony skończyły PWSSP w Gdańsku. Cała rodzina od dziadków do prawnuków wykazywała i wykazuje talenty literacko plastyczne.

Czy spogląda pan mocno wstecz? Robi podsumowania?

Specjalnie nie, ale parę wystaw sumujących było. Przez pandemię, a także trochę przez chorobę nastąpiło jednak wyciszenie. Ale mam też dużo obrazów zaczętych, nad którymi pracuję. 

Liczył pan kiedykolwiek ile obrazów stworzył?

Tak myślę, że około tysiąca.

Czy artyści liczą dokładnie swoje dzieła?

Są tacy, którzy nawet zapisują, np. Jerzy Duda - Gracz  wpisywał numer w obraz. I miał ich chyba ponad 4 tysiące. Spotykaliśmy się dość często na plenerach.

Maluje pan od lat 50., czyli od czasów studiów. Powstanie wielu obrazów można przypisać do konkretnego roku, ale spora część opisywana jest zakresem dat. Powstawały po kilka lat. Co takiego się dzieje, że artysta przerywa proces twórczy?

Względy techniczne, ale i to, że kompozycja narasta, buduje się, zmienia się. Mam chyba z kilkadziesiąt pozaczynanych obrazów.

A jest coś co pan zaczął i postanowił, że na pewno nie skończy?

Aż tak to nie, ale dawno temu malowałem przyjaciołom obraz na prezent ślubny. Malowałem go przez siedem lat, a w oni w międzyczasie rozeszli się. I ja na tej kartce wmalowanej w obrazie musiałem zmienić dedykację. Finalnie obraz zawisł u niego. Czasem więc trwa to wiele lat.

A obraz, którego nikomu pan nie pokazał?

Nie. Myślę, ze pan podświadomie pyta o erotyczne obrazy. Maluję akty, często pojawiają się w moich obrazach, ale po prostu jako część składowa świata. To część naszego życia.

W licznych recenzjach, opisach, artykułach jest pan przedstawiany jako artysta kojarzony z martwą naturą, neotradycjonalista stosujący neofiguratywizm, tenebryzm, a nawet nadrealista. To tylko niektóre próby naukowego skatalogowania, bo jest ich znacznie więcej. A jak by pan siebie samego zakwalifikował?

Do nurtu malarstwa europejskiego, w dużej mierze malarstwa północy Europy. 

Inspiracja XVII - wiecznym malarstwem holenderskim to efekt ukierunkowania na studiach czy też osobistych pasji?

Jedno i drugie.

Pytam się o studia artystyczne, bo zastanawiam się co ma większe znaczenie kreacja i akt twórczy, czy też technika i wiedza. Świetnym malarzem można być po uczelni, ale także i bez niej. 

Szkoła na pewno nie szkodzi. To podkład konkretnej wiedzy technologicznej. A jak ktoś inną drogą idzie to jego wybór. Ja byłem związany z gdańską uczelnią i myślę, że dużo zawdzięczam moim profesorom, klimatowi i nastrojowi jaki na niej panował. Także przyjaciołom i kolegom. Najważniejszy jednak był w tym mój wujek Tadeusz Różycki, który namówił mnie na studia malarskie, bo były różne wątpliwości, gdzie mam pójść po maturze.

Wujek był również artystą?

Był nauczycielem rysunku w szkole w Białej Podlaskiej. Jeszcze przed wojną uczył i zachęcał inne osoby do sztuki. Pamiętam jak namówił kogoś kto już studiował na innym kierunku, by poszedł na studia artystyczne. Tak samo było ze mną. Przekonał rodziców. Pamiętam sytuację jak wiele lat później pojechałem z żoną na wycieczkę do Włoch. Wracamy i na dworcu w Wiedniu podchodzi do mnie siostra mojej pierwszej małżonki i mówi: „umarł wujek”. Przeżyłem szok. Umarł w mojej sopockiej pracowni. Takie są losy. Był znakomitym akwarelistą. W tamtych czasach przepisy były ostre, co wolno malować, a co nie wolno, np. dworca nie było wolno. Przyjeżdżał do nas na wakacje z Białej Podlaski. Ale znał też Gdynię sprzed wojny. Pływał kajakiem w Orłowie, chodził też do Sopotu, wtedy jeszcze przez granicę, która była pomiędzy Gdynią, a Wolnym Miastem Gdańsk. 

Pan urodził się w Poznaniu, a potem zamieszkał z rodzicami w Gdyni Orłowie. Ale z powodu wybuchu wojny musieliście stąd uciekać.

Tak, w okresie okupacji uciekaliśmy z Orłowa w Lubelskie. Ojciec był kapitanem rezerwy, gdyby został, wylądowałby w Stutthofie. Spędziliśmy pięć lat w małym miasteczku, w Kocku Lubelskim. Więc jak pan pyta o początki moich obrazów, o inspiracje, o motywy - to właśnie tam tworzyły się we mnie pewne podświadomości. Te przestrzenie, komórki, zamknięcia, okienka - to wszystko jest otoczeniem znanym z dzieciństwa. 

To wspomnienia zaledwie kilkulatka. Musiały być niezwykle silnym bodźcem.

Moja babcia Michalina z rodu Gedymin, która się zjawiła w Kocku, była osobą półświecką i czasem chodziła w zakonnym stroju. Tak też została pochowana i tak ją maluję. Była tam społeczność żydowska, która została na moich oczach wywieziona. Był chłopczyk na moim podwórku, też go wywieźli. Te matki przybiegały, prosiły, by przechować ich dziecko, ale w małym mieście to było niemożliwe. Znacznie łatwiej było gdzieś na wsi albo peryferiach. 

Pamiętam taką sytuację, że mama prowadziła sklepik i w tym oknie wystawowym była taka otwierana klapka, więc można było zobaczyć co się dzieje. No i patrzymy, a tam na rynku zgromadzono żydów. I biegnie żydówka, chce uciec, ale żołnierz zawołał „halt”, wymierzył i trzask… Leży… To był moment i zaraz ich zapakowali. Te rzeczy utkwiły w mojej podświadomości. W wielu obrazach umieszczam osobę obserwującą świat przez takie okienko.

Cierpienie, motywy wanitatywne, chrystologiczne, pasyjne. 

W moich postaciach to wszystko istnieje. Ale nie na siłę, bo ja nie próbuję ilustrować. 

Do Gdyni wrócił pan zaraz po wojnie?

Ojciec odbudował część domku w Orłowie i jak tylko odbudował przyjechaliśmy wielkim samochodem ciężarowym, siedząc na pierzynach. Pamiętam, że jechałem przez spaloną Pragę w Warszawie. To była zima. I poszedłem do szkoły w Orłowie, do piątej klasy. Jeszcze w Kocku przerzucili mnie z trzeciej od razu do piątej. To źle później odbiło się ma matematyce, dzieleniu i mnożeniu.. A w liceum były dwóje, dwóje i jeszcze raz dwóje. Matematyka, fizyka, chemia.

Fantastycznie.

Chodziłem też na wagary.

Świetnie. Mam wrażenie, że to już jakaś norma, jeżeli chodzi o spotkania z inspirującymi, wybitnymi osobowościami, które wspominają o fatalnych ocenach jakie miały w szkole. Zamiast wyścigu w o najwyższe cyferki rozwijali swoje pasje i talenty.

Czytałem bardzo dużo książek, np. Karola May’a. Chodziłem na wagary. Jako ciekawostkę powiem, że była taka opuszczona żwirownia w Orłowie. Tam wagarowałem, zimą też. I po latach prawie w tym samym miejscu kolega wybudował dom. Bywam w nim, stoi tuż obok mojego miejsca z czasów szkolnych. W 10 klasie już otrzeźwiałem, a w 11. razem z kolegą z ławki zaczęliśmy się uczyć. Zdaliśmy maturę. 

I potem dzięki sumie tych doświadczeń oraz namowom wujka został pan studentem uczelni artystycznej.

I jak pamiętam w krótkich spodenkach harcerskich zdawałem egzamin wstępny na uczelnię, czyli wtedy Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Sopocie. W połowie drugiego roku zaczęły się przenosiny uczelni do Gdańska, a my jako studenci pomagaliśmy pakować sztalugi i inne przedmioty. Wybrałem pracownię profesora Stanisława Teisseyere’a. Niedługo po dyplomie profesor zatrudnił mnie jako asystenta, a gdy został rektorem w Poznaniu zachęcał mnie do przenosin. Zostałem jednak tutaj. 

Jak pan wspomina uczelnię kiedy jeszcze była w Sopocie? Wtedy, w latach 50. panował mocno artystyczny klimat. 

W Sopocie było dobrze. Pierwszy rok był w „okrąglaku”, obecnie PGS i na przerwach biegliśmy na ławki, na molo. To było kilkanaście minut na słońcu. Moi koledzy mieszkali w akademiku Mewa. Choć mieszkałem w Orłowie, to bywałem u nich często.

Życie studenckie w Sopocie lat 50. i 60. Krążą legendy.

Studenci i artyści żyli tylko tym co im ktoś przysłał z domu, np. smalec. Całe pieniądze, stypendia przepijali. I jakoś żyli tym smalcem i chlebem. 

A pan do której grupy należał? Intensywnej czy średnio pijącej?

Średnio pijącej. Jak wypiłem pierwszą ćwiartkę to zgubiłem szalik. Byliśmy wtedy we trzech w knajpie. Miałem dobrych kolegów, jeden z nich był starszy o 10 lat. Był opiekuńczy, trochę sterował nami. Fajnie było.

W latach 60. Już nie tylko Sopot, ale świat stanął przed panem otworem. Pana prace były na III Biennale Młodych, Paryż 1963 rok. VIII Biennale w Sao Paulo, 1965 rok. Jak wyglądał świat oczami młodego artysty z komunistycznej Polski?

Dobrze, bo innego nie znałem. Było dużo energii, dużo planów, dużo pracy, a po drodze stale coś się działo. Szerokiego świata doświadczaliśmy duchowo, a nie fizycznie. Wyjazdy zagraniczne nie istniały. Książki, filmy, radio i przekazy ustne wzbogacały naszą wiedzę o świecie i o wydarzeniach kulturalnych. Docierały do nas wieści o nowych trendach i inspirowały nas do pracy twórczej we wszystkich dziedzinach sztuki. W okresie studiów i długo po nich nigdzie nie wyjeżdżałem, oprócz paru wycieczek studenckich do bratnich krajów. Po roku 1990 zacząłem uczestniczyć w licznych plenerach malarskich.. Co najmniej dwadzieścia lat jeździłem na plenery, a w każdym roku było co najmniej pięć plenerów. Wtedy poznałem mnóstwo kolegów i przyjaciół. Większość plenerów była w kraju, ale i też były w Grecji, Hiszpanii. Bardzo lubiłem wyjazdy plenerowe i towarzystwo artystów.

Zapytam jeszcze o lata 60., czasy rock’n’rolla, a potem ruchu hippisowskiego. Rewolucja obyczajowa. I pan w tym wszystkim.

Nie brałem udziału w tym bezpośrednio, ale wokół mnie to wszystko się działo. Wiele osób się przewinęło, także w mojej pracowni. To był świeży powiew. Zawarłem dużo przyjaźni, nowych kontaktów. Starałem się też wtedy pisać wiersze. Pamiętam jak Tadeusz Chyła, który z nami studiował męczył mnie, żebym napisał mu teksty piosenek, ale nie zdążyłem. Musiałem dokonać wyboru między poezją, a malarstwem. Wybrałem malarstwo.

Czy śledzi pan twórczość innych?

W tej chwili raczej nie. Nie bywam też na uczelni, ale wiem co się dzieje. Dostaję zawiadomienia, zaproszenia. Zdrowie już nie te.

A czy malarze kupują obrazy? 

Podobno tak, czasem ktoś kupi, ale rzadko.

A pan?

Dostawałem je w prezencie, ale chyba nie kupowałem. Mam np. od Jerzego Dudy - Gracza. Między nami artystami raczej wymieniamy się swoimi pracami.

Malowanie to kreacja, tworzenie. Ale jest i druga strona medalu – bardzo przyziemna. Finanse. Czy zdarzyło się panu myśleć o tym w trakcie tworzenia? 

Staram się nie myśleć, ale jak się budowało ten dom, to wtedy trzeba było pomyśleć, chociażby po to, by go wykończyć. A tak się złożyło, że w tym czasie od czasu do czasu coś ode mnie kupowano, do tego wzięliśmy niewielką pożyczkę z banku. I jakoś to się ładnie zamknęło. Pożyczkę spłaciliśmy, a dom stoi. 

Ma pan jednak tą świadomość, że to wychodzi spod pana ręki ma wartość nie tylko artystyczną, duchową, ale i materialną.

Nie starałem się tym nigdy przejmować.

Obserwuje pan rynek sztuki?

Słyszałem, że się ruszyło, ja w tym jednak nie uczestniczę.

Jest mocne odbicie, rynek bardzo wzrósł. Szczególnie teraz, podczas pandemii. A na jednej z ostatnich aukcji pana obraz osiągnął zawrotną cenę. 

Słyszałem o tym. To na pewno przyjemne, ale bezpośrednio nie czerpię z tego korzyści. Nie uczestniczę w tym.

A czy łatwo rozstawać się ze swoimi dziełami? 

Te co zostawiamy na ścianach, te one już są. Nie pozbywamy się. A z resztą bywa różnie.

Jak pan dokonuje wyboru, co zostaje w domu, a co nie?

Nie wiem, to samo się dzieje, że coś zawiśnie i tak zostaje. 

(Natalia Bereźnicka, która przysłuchuje się rozmowie: Nic nie wisi przypadkowo. Już w trakcie powstawania obrazu wiem, który zostanie w domu.)

Często robi pan zmiany w domu?

Przez te lata musiały być zmiany. Dawno temu kręcono film o mnie. Wymyśliłem taką sekwencję:. Jestem w ogrodzie, w moim dawnym domu w Orłowie. Zbieram jabłka. Biorę obraz ze ściany i przyjeżdżam do mojego nowego domu, tutaj w Sopocie. To było symboliczne.

Czy ogląda pan sztukę ulicy? 

Oczywiście. Nawet jeden z twórców murali robił u mnie dyplom. Marek Rybowski „Looney”. Zresztą w tym samym czasie co mój syn Kuba. 

Podoba się panu taka forma?

Jak dobrze robione, sensownie to mi się podoba. Akurat oni skończyli grafikę użytkową, uzyskali  dyplomy. Robili je już pod kątem właśnie takiej twórczości. I teraz wykorzystują tą wiedzę.

Gdyby ktoś pana poprosił o taką szaloną akcję jak namalowanie muralu? Myślał pan kiedyś o tym?

Nie mam czasu. Już nie.

(Natalia Bereźnicka: Od szaleństwa to jestem ja.)

Ale mam inne plany, które próbuję realizować, tj. drogę krzyżową. Jestem w trakcie pracy nad 14 stacjami. Są w pracowni, tylko tyłem je odwróciłem. Więcej dzisiaj nie mogę zdradzić.

Co można panu życzyć?

Trochę zdrowia, bym mógł skończyć drogę krzyżową. Tych lat za dużo nie zostało, ale trzeba jeszcze coś porobić, pokończyć.