Zanzibar

Wyspa z tysiąca i jednej nocy

Zanzibarskie drzwi pierwszy raz zobaczyłam na starej, afrykańskiej karcie pocztowej sprzed wieku. Drewniane wrota, wieńczył półkolisty panel z rzeźbionymi motywami roślinnymi oplatającymi kartusz z wersetem z Koranu. Wejścia strzegło dwóch Zanzibarczyków w białych galabijach i fezach na głowie, trzymający ogromne słoniowe ciosy niczym afrykańskie halabardy. Były jak wrota do dawnego, afrykańsko-arabsko-indyjskiego świata, który dziś pozostał niemal tylko w opowieściach.

Kultura suahili powstała w X wieku między Rogiem Afryki a Mozambikiem na wschodnim wybrzeżu afrykańskim. Przedkolonialna cywilizacja o handlowym charakterze wyrosła na wymianie kości słoniowej, skór egzotycznych zwierząt, płodów rolnych i niewolników z Czarnego Lądu na płótno, metale, ceramikę, cukier i zboża z Bliskiego Wschodu, Indii i Chin. Zanzibar stał się jednym z głównych ośrodków suahilijskiego handlu, a kultura wyrosła pod wpływami arabskimi, perskimi i indyjskimi. Nigdy nie doszło jednak do powstania tam większych struktur państwowych, a kres cywilizacji położyły w XIX i XX w. wojny Masajów i europejska kolonizacja. 

W labiryncie kamiennego miasta

Specyfika nadmorska, handel, kultura piśmienna i doświadczenia kolonialne, z czasem także wpływ islamu, stworzyły unikatową kulturę miejską i kupiecką. Dzisiejszą pamiątką tamtych czasów jest stolica Zanzibaru Stone Town, którego najstarsza część miasta z labiryntem wąskich uliczek, pełnych sklepów, pracowni rękodzieła i perełek arabskiej architektury wpisana została na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. 

Mury tego miasta pamiętają czasy panowania Arabów, Portugalczyków, omańskiego sułtanatu i Brytyjczyków. Przywołują też lata wywozu kości słoniowej, egzotycznych trofeów z czarnej Afryki, goździków i haniebnego handlu ludźmi, kiedy Zanzibar był największym targiem niewolników w Afryce Wschodniej.

Wędrowanie uliczkami starej części Stone Town jest wciągające. Mapa okazuje się zupełnie nieprzydatna, wędrujemy intuicyjnie po wąziutkich uliczkach, czasem kończących się skrzyżowaniem lub placykiem, gdzie panuje już większy gwar i skupisko ludzi. Po drodze co chwilę trafiamy na ciekawy obiekt, meczet, dawny sąd, perską łaźnię czy domy kupieckie, dawnych plantatorów i kupców. Większość budynków stanowią surowe, pociągnięte wapnem proste bryły zbudowane z rafy koralowej upstrzone czarnymi liszajami z wilgoci. Wiele z nich ma jednak niebywałą ozdobę – stare i oryginalne wielkie drzwi. 

Zanzibarskie drewniane wrota są chyba najbardziej charakterystycznym materialnym śladem kultury suahili. Niektóre nawet sprzed trzech wieków należą dziś do największego zbioru w całej Afryce Wschodniej. Niestety z każdym rokiem jest ich coraz mniej. Podlegają degradacji pod wpływem starości i wilgoci, rozpadają się w zawalonych budynkach lub są wywożone z Afryki. Jeszcze 30-40 lat temu szacowano, że jest ich ponad 500, dziś najprawdopodobniej nie ma już nawet 300. Za najstarsze w Stone Town uznaje  się wrota  pochodzące z końca XVII wieku – obecnie w Peace Memorial Museum.

Krążąc uliczkami, pomiędzy domami, warsztatami rękodzieła i sklepikami znajdujemy drzwi ze starej pocztówki z Zanzibarczykami z wielkimi ciosami słoniowymi lub niezwykle podobne z tym samym motywem drzewa z kufickimi znakami. Zwierzęcych trofeów już dawno nie ma na wyspie, a stare drzwi pozostały niemal w niezmienionym stanie. Poszukiwanie zanzibarskich drzwi w wąskich uliczkach stolicy wyspy i analizowanie ich detali może zajmować całe godziny. Niektóre z nich są odnowione, niektóre o zgrozo pomalowane olejną farbą, inne noszą ślady rozpadu ze starości i wilgoci. Co prawda istnieją rzemieślnicze warsztaty, które wykonują współczesne repliki dawnych wzorów, jednak nie są one już tak wyrafinowane i szlachetnie spatynowane.

Księżniczka na ziarnku piasku 

Wielkość i zdobienia zanzibarskich drzwi symbolizowały status i zamożność właściciela domu od sułtana Barghasha po handlarza niewolników Tippu Tipa. Jak mówi miejscowa tradycja od drzwi rozpoczynano budowę, a dopiero wokół nich stawiano mury domostwa.

Na ogół zanzibarskie drzwi są ozdobą domu, którego zasobności poza nimi nie widać na zewnątrz. Ale są w Stone Town domy dawnych bogatych kupców i plantatorów, które zarówno na zewnątrz jak i w środku zaskakiwały ilością rzeźbionych detali mebli, werand i balkonów. Do dziś można oglądać i zakosztować kuchni jak i noclegu w dwóch wyjątkowych obiektach. Odbudowane i poniesione z ruin łączą w sobie kulturę, historię i design ciesząc oczy i gust zamożnych turystów. To dawne Domy Kupieckie, należące do fundacji Emerson Zanzibar. Boutikowe hotele Emerson on Hurumzi i Emerson Spice, powstały z inicjatywy Amerykanina Emersona Skeensa, który zauroczony Zanzibarem spędził na wyspie ćwierć wieku. Mówiono o nim, że nie był biznesmenem lecz artystą. Był organizatorem m.in. corocznego festiwalu filmowego Dhow Countries.

Na dachu obu hoteli dawnych Domów Kupieckich znajdują się kameralne tarasy, gdzie można zjeść lunch lub kolację. W pierwszym znalazło się siedzibę małe muzeum poświęcone pamięci i twórczości księżniczki Salme (późniejszej Emily Ruete), krnąbrnej córki sułtana z XIX w., która zerwała z tradycją i opuściła Zanzibar udając się za europejską miłością. Opisy pałacowego życia na sułtańskim dworze opisała w swoich wspomnieniach pt. „Pamiętniki arabskiej księżniczki z Zanzibaru”, które stały się dość sensacyjną lekturą w Europie. Romantyczny i zanzibarski motyw związany był z kresem jej życia poza wyspą. W swojej ostatniej woli wyraziła życzenie, aby po śmierci w jej trumnie umieszczono woreczek zanzibarskiego białego, pudrowego piasku. Warto tu wspomnieć, że jej życiowa europejska wędrówka miała także swój epizod w naszej Bydgoszczy… 

Aria Fitzcarralda

Drugi Dom Kupiecki, należący kiedyś do hinduskiego bogatego kupca, został podniesiony z ruin i mieści hotel Emerson Spice. Butikowy hotel wymaga w swojej restauracji na dachu nie tylko rezerwacji, ale także zaliczki przed kolacją. Zapewnia sobie w ten sposób co wieczór komplet gości, dysponując zaledwie dziesięcioma stolikami. Gościnni gospodarze zapraszają przed zachodem słońca, aby goście mogli zwiedzić werandy, wewnętrzny dziedziniec i pokoje, a potem posłuchać śpiewu muezinów z minaretów w mieście. Oglądaliśmy więc wielkie pokoje, wyposażone w rzeźbione sprzęty w kolonialnym stylu oraz wielkie łoża suahili z orientalnymi baldachimami i moskitierami. Powiewające na wietrze zasłony w oknach z barwnymi witrażami zachęcały do wypoczynku na przewiewnych balkonach i werandach pełnych tropikalnej roślinności. Z racji operowej pasji właściciela Emersona Skennsa, każdy z dziesięciu pokoi nosi inne kobiece miano, niektóre związane ze znanymi operowymi postaciami jak Aida, Turandott, Violetta czy Semele. Egzotyka, upał i operowe odniesienia przywołały nam klimat z filmu „Fitzcarraldo" Wrnera Herzoga. Romantyczna kolacja na tarasie dachu z widokami na miasto, morze, statki na redzie, minarety w promieniach zachodzącego słońca i śpiewy muezinów były prawdziwą ucztą dla zmysłów. Dopełniły je ablucje różaną wodą i pięciodaniowe menu wg kuchni halal, przygotowywane przez kucharzy w tym miejscu codziennie inaczej. Wieczór jak z tysiąca i jednej nocy.

Zanzibarskie wrota

Posiadają dwa skrzydła. Prawe (stojąc twarzą do wejścia) uznawane jest za skrzydło kobiece i to jest najczęściej otwarte i używane na co dzień. Drugie z kolei symbolizuje pierwiastek męski i używane jest na wyjątkowe okazje. Tradycja pierwszych drzwi wywodziła się najprawdopodobniej z Omanu, a charakteryzowało je proste zwieńczenie, ale też wkomponowane we wzory arabskie inskrypcje z Koranu. Popularność łukowatych zwieńczeń przyszła z Indii, stamtąd także przybyła moda na umieszczanie w drzwiach mosiężnych ćwieków. Ponoć niegdyś metalowe, ale większe kolce stosowano w indyjskich wrotach, chroniąc się przed atakami z użyciem słoni. Te mniejsze, zanzibarskie stanowią jedynie dekorację.

Niektóre drzwi w całości składały się z drewnianych, zdobionych paneli. Każde jednak pokryte było plątaniną rzeźbionych ornamentów. Wśród nich stylizowane ryby, fale, kwiaty lotosu, owoce daktyli, ananasy czy wijące się pnącza. Czasem wzory odnosiły się wprost do profesji właściciela – plantatora przypraw czy poławiacza ryb, a czasem symbolizowały gościnność, bezpieczeństwo, bogactwo czy potencję.