Żegnaj profesorze


prestiz
Michał Stankiewicz

Choć o Szekspirze wie chyba każdy to jednak dla większości z nas ta wiedza ogranicza się do tego kim był, względnie wymienienia najważniejszych dzieł tego pisarza. Co niektórzy potrafią przywołać wątki fabuł jego dramatów, a już naprawdę bardzo nieliczni wdać się w dyskusję na jego temat. Bo sama wiedza to jedno, ale umiejętność jej wykorzystywania to drugie. Wszystkie z tych cech posiadał Jerzy Limon i jeżeli kogokolwiek miałbym nazwać dzisiaj erudytą, określeniem coraz rzadziej używanym – to pewnością na pierwszym miejscu ze znanych mi osób wskazałbym właśnie Jego. O tej cesze wspomina zresztą wiele bliskich mu osób, zarówno tych, którzy mieli okazję z Nim współpracować lub po prostu obcować. 

Erudycja wiążę się z wszechstronną, szeroką wiedzą, niektórzy dodaliby, że wiedzą interdyscyplinarną, a także z umiejętnością swobodnej jej prezentacji. To jej najkrótsza definicja, choć są też próby uczynienia z niej pojęcia o zabarwieniu pejoratywnym, mającym określać osoby, które w przeciwieństwie do posiadaczy mocno specjalistycznej wiedzy z jednej, konkretnej dziedziny wolą „ślizgać się” po wszystkich obszarach. 

Profesor posiadał cechy spełniające chyba wszystkie te definicje i niczym lew salonowy poruszał się po wielu zakamarkach nauki, a jednocześnie posiadał specjalistyczną wiedzę w jednej dziedzinie. Do tego tak zaawansowaną, że w Szekspirologii uznawany był za jednego z najlepszych na świecie. W pewnym sensie był więc erudytą kompletnym. Co do lwa salonowego sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Bo ani nie był nim z własnego wyboru, tylko z powszechnego zainteresowania jakie budził, w tym także u płci przeciwnej. Nie był też nim w znaczeniu uwodzicielskiego donżuana, lecz urodzonego światowca.

Trudno było tego nie zauważyć. Z Profesorem mijaliśmy się przy bardzo różnych okazjach, najczęściej ściśle związanych ze sztuką i kulturą, ale też i wszelkich uroczystościach, czy też po prostu w Jego teatrze. I wszędzie tam gdzie się pojawiał dość szybko skupiał na sobie uwagę. Nie dlatego, że o to zabiegał, ale dlatego, że każdy chciał zamienić z nim choć kilka słów. A On jak na erudytę i lwa salonowego przystało zawsze stawał na wysokości zadania. 

Na jednym ze spotkań jakie zorganizowaliśmy pod szyldem „Prestiżu” został nieoczekiwanie „wywołany” do dyskusji. Tematem wieczoru było powstające Nowe Muzeum Sztuki „Nomus” w Gdańsku i w pewnym momencie wywiązała się dyskusja na temat tego, czy i w jakim stopniu kultura powinna być finansowana ze środków publicznych. Iskrą zapalną dyskusji był kontrowersyjny zakup przez Miasto Gdańsk „Rydwanu”, tj. pracy autorstwa Joanny Rajkowskiej.  Czy pieniądze na sztukę są w stanie konkurować z tymi na chodniki i ulice? – padło pytanie.

Profesor został nagle wywołany do dyskusji. I choć jego wystąpienie było dużo krótsze od innych komentatorów to zebrało najwięcej braw.

„To są inne szuflady. Na kulturę jest osobna szufladka, więc nikomu się nie zabiera. Gdyby się nie kupiło „Rydwanu”, to żłobków wcale by nie przybyło” – wyjaśnił spokojnie Jerzy Limon, by zakończyć swoją wypowiedź słowami ukochanego Williama Szekspira: „Ignorancja jest przekleństwem Boga. A wiedza niesie nas na skrzydłach do nieba”.

Panie Profesorze, jesteśmy spokojni o to, gdzie Pan teraz jest.

 

 

Magdalena Hajdysz

Rzecznik prasowy Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego

Ze wspomnień o Profesorze nie wybiorę jednego, które rozrosło się do rozmiarów anegdoty. Wręcz, gdy myślę o mistrzostwie, z jakim opowiadał historie, intuicyjnie wycofuję się z tej formuły, nie chcąc nazywać, dookreślać, umniejszać.

Najsilniej noszę w pamięci nasze rozmowy, przeciągające się nierzadko do godziny, mimo tak zawsze gęsto wypełnionego Profesorskiego – i Dyrektorskiego – kalendarza, precyzyjnie zaplanowanej każdej chwili. To jedna z cech Profesora, które budziły podziw i szacunek. Nie marnował żadnej chwili. Wydawało się wręcz, że czas jest Profesorowi posłuszny, jest na Jego usługach. Rozmowa była jednak zawsze najważniejsza. Były to chwile, które ustawiały dzień, tydzień, miesiąc. Ba, czasem nawet cały rok! Poruszane w takich odbywanych „poza czasem” rozmowach wątki rozrastały się, meandrowały w rejony literatury, malarstwa, historycznych faktów. „Pani Magdo, przecież to jest scena z obrazu Petera Breughla!”. Albo: „To jeszcze nic. Wie pani, co wyprawiał król Jakub I?!”.

Każda sprawa, myśl, temat uruchamiały w Profesorze sieci odniesień, powiązań, zależności, wcześniej nie dostrzeganych. Niczym Demiurg ze wzburzonym, bielejącym już włosem tworzył, budował na bazie poruszanego wątku nowe światy – o ileż bogatsze, bardziej nęcące, pasjonujące, inspirujące od tych, do których sami mieliśmy dostęp. Ale też nie tylko po to, by „pofantazjować”, sprawdzić poprzez materię słowa, czy mogłyby zaistnieć naprawdę – lecz, o zgrozo, by naprawdę je realizować, powołać do życia!

I, proszę wierzyć, po pierwszych chwilach niedowierzania, jakiejś elementarnej mojej/naszej niezgody – że niemożliwe, niewykonalne – Profesor zawsze znajdował sposób. Jego idea nie pozostawała w sferze marzeń. Zawsze odnajdywał dla niej „ziemskiego bliźniaka”, realne alter ego. I robiliśmy te niemożliwe rzeczy, były naszym „chlebem powszednim”. 

Przyjemność i wyzwanie pracy z Profesorem zmieniło mnie na zawsze. Niezłomność. Pasja. Wiara we własne pomysły. Ale i ogromna odpowiedzialność – za te pomysły i za tych, którym się je powierza. Kultura słowa na rzadko spotykanym poziomie. Kultura obcowania z ludźmi. Szacunek, otwartość, ciekawość. I przekonanie o tym, że życie nie jest tak poważne, jak nam się wszystkim wydaje.

Cokolwiek Profesor robił, czemukolwiek poświęcał swoją uwagę, musiało być zrobione najlepiej, jak umiał – i jak my umiemy. Nie szanował półśrodków, dróg na skróty, braku zaangażowania. Wierzył, że w tym, co robimy, mamy misję poruszania serc i umysłów na wielką skalę. Był nie tylko mistrzem słowa i wyobraźni, ale człowiekiem czynu.

Nie pozwalał mówić o sobie samym, o nagrodach, wyróżnieniach. Czasem nie słuchałam. „Pani Magdo, to nie ja jestem tu ważny”, zwykł mówić. 

Gdy poważnie zachorowałam, pisał, pytał, odwiedził mnie w szpitalu. Kiedy w listopadzie zeszłego roku, tuż przed festiwalem, przechodziłam Covid-19, codziennie dzwonił, by zapytać, jak się czuję. 

Mawia się, że miarą wielkości człowieka są jego czyny. Warto dodać: i to, jak traktuje drugiego człowieka.

Małgorzata Jarmułowicz

Kierownik Zakładu Dramatu, Teatru i Widowisk Uniwersytetu Gdańskiego.

Roztaczał wokół siebie charyzmatyczną aurę, która zawsze go wyróżniała, równie skutecznie jak charakterystyczna srebrzysta czupryna. Profesorski autorytet łączył ze szlachetnym wdziękiem dżentelmena i ogładą światowca, imponującą wiedzę – ze swadą duszy towarzystwa. Jako doktorantka trafiłam na jego wykład o Szekspirze, improwizowany, ubarwiony anegdotami, a zarazem bardzo erudycyjny. Bardziej niż temat – choć pasjonujący - zafascynował mnie jednak hipnotyczny urok samego Profesora, odrobinę stremowanego, ale po mistrzowsku, w „zachodnim stylu”, przykuwającego uwagę słuchaczy. Miał wszelkie cechy Mistrza, a na akademickich żółtodziobów działał z iście uwodzicielską siłą.  Zapamiętałam spotkanie pokonferencyjne w jakiejś restauracji w Katowicach. Jako teatrologiczny „narybek” z UG trzymałam się tam blisko Profesora, zaszczycona i uszczęśliwiona jego towarzystwem. Monopol na to towarzystwo straciłam w kilka minut - do naszego stołu błyskawicznie dosiadła się cała gromada naukowej młodzieży z różnych uczelni, adorując Profesora niczym wyznawcy swego guru. Odnajdował się w tej roli znakomicie, ale potrafił też w ujmujący sposób obdarowywać własną uwagą i serdecznością. Tuż przed moim kolokwium habilitacyjnym z ceremonialnym wdziękiem, po ojcowsku „kopnął” mnie na dobrą wróżbę w miejsce, gdzie kończą się plecy. I podarował wyjątkowy amulet: czterystuletni fragmencik drewnianego fundamentu gdańskiej Szkoły Fechtunku, właśnie odsłoniętego przez archeologów. Pół roku później, w marcu 2013, cała moja teatrologiczna katedra, na czele ze śp. Profesorem Ciechowiczem, została zaproszona na pierwszą wizytę w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, budowanym na tych szesnastowiecznych fundamentach. Uzbrojeni w ochronne kaski oglądaliśmy ostatni etap prac nad dziełem życia Profesora i błysk ekscytacji w Jego oczach, gdy oprowadzał naszą oszołomioną wycieczkę po kolejnych zakamarkach niezwykłej budowli. Nie sposób oswoić się z myślą, że w jednej, druzgocącej chwili przestała być ona miejscem zasilanym Jego niespożytą wizjonerską energią. Teraz – to monumentalny pomnik Jego pamięci.  

 

Krzysztof Polkowski

Rektor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku

Specyficzność a specyfika. Profesor uzmysłowił mi, jak często używamy tych określeń zamiennie, nie zdając sobie często sprawy, że oznaczają zupełnie coś innego. Zwrócił mi kiedyś uwagę ze znanym sobie wdziękiem. Przyjąłem Jego korektę z pokorą, podziękowałem i od tego czasu używam prawidłowo. Jedna z najlepszych lekcji w moim życiu. 

 

Ewa Nawrocka

Kierowniczka Zakładu Teorii Literatury Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego (kadencja 2005-2008), wiceprezeska Polskiego Towarzystwa Szekspirowskiego, członkini Zarządu Fundacji im. Stanisławy Fleszarowej-Muskat.

 

Dawno, dawno temu… Zacznie się jak bajka. Data nie jest ważna, zresztą nie pamiętam roku. Na pierwszym piętrze Wydziału Humanistycznego UG poloniści i angliści zajmują do dziś przeciwległe korytarze. Na końcu korytarza anglistów był pokój teatrologów, w którym rezydował dr Janek Ciechowicz, Bywałam tam częstym gościem na rozmowach o teatrze i na plotkach, których Jaśko był niezrównanym mistrzem. Zmierzając do tego pokoju „anglickim” korytarzem od pewnego czasu mijałam młodego, przystojnego blondyna, trochę nieśmiałego. Zwrócił moją uwagę. Któregoś dnia, gdy byłam w pokoju teatrologów wszedł tam ów mężczyzna mając jakąś sprawę do załatwienia. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale powiedziałam do niego „Pan mi się bardzo podoba!” Młody człowiek zarumienił się zawstydzony. Chyba nic nie odpowiedział i speszony moim obcesowym zachowaniem pożegnał się i wyszedł. Być może Janek Ciechowicz przedstawił nas sobie. Wtedy dowiedziałam się, że to nasz nowy anglista, Jerzy Limon. Nie był wtedy jeszcze żonaty, o Teatrze Szekspirowskim nawet nie myślał. Od tej chwili mijaliśmy się z uśmiechem i wzajemną życzliwością. Byłam od niego dziewięć lat starsza, ale wtedy jeszcze „wiotka, słodka i powabna”. Potem nasza znajomość zacieśniała się głównie za sprawą Szekspira. Jerzy Limon był inicjatorem powołania Polskiego Towarzystwa Szekspirowskiego, z którym związałam ponad 20 lat mojej działalności, Bardzo wspierał Towarzystwo, był jego członkiem, a kolejne inicjatywy szekspirowskie zbliżały i cementowały naszą znajomość i przyjaźń. Gdy odchodziłam na emeryturę dostałam od prof. Jerzego Limona twórcy i dyrektora Teatru Szekspirowskiego wspaniały prezent: teksty dramatów Szekspira w przekładzie Macieja Słomczyńskiego wraz z przedstawieniami Teatru TV BBC.

 

Krzysztof Skiba

Muzyk, satyryk, kabareciarz, lider formacji Big Cyc.

Podobno profesor Jerzy Limon wiedział więcej o teatrze elżbietańskim niż sam William Szekspir. To jest możliwe zważywszy fakt, że dzięki jego staraniom odbył się w Gdańsku zlot Hamletów, powstał Teatr Szekspirowski, a królowa Elżbieta obdarowała go Orderem Imperium Brytyjskiego, za popularyzację sztuk Szekspira. Z tym Hamletem, to nie dla wszystkich była taka prosta sprawa. Hamlet miał to do siebie, że zadawał zbyt wiele pytań, miał liczne dylematy i potwornie hamletyzował. Pewnego razu student spytał profesora Limona: - Czy tego Hamleta to trzeba zaliczyć w całości? 

- W zasadzie tak, ale pan wyjątkowo może w połowie. 

I to była logiczna odpowiedź, bo na co połgłówkowi CAŁY Hamlet. Jerzy Limon był postacią zasłużoną i wybitną, ale dla mnie był przede wszystkim szalenie dowcipnym erudytą. Gdy w doborowym towarzystwie przy winie powiedziałem mu, że PiS po dojściu do władzy, zdejmuje w ministerstwach wiszące na korytarzach portrety poprzedników, bo widocznie partia uznała ich osoby za niezbyt godne lub święte, Profesor wypalił, że wobec tego powinni zdjąć też portrety, co niektórych królów na zamku w Warszawie. 

- Królów? A cóż oni zawinili? Przecież za ich czasów nie było PiS! - szczerze się zdziwiłem. 

- No tak, ale to jednak podejrzani faceci. 

- Podejrzani? - dziwiłem się dalej. 

- Wiesz, kilku z nich miało takie hobby, że lubiło wieszać biskupów - odpalił Limon. 

Gdy na ulicach zaczęła protestować młodzież Profesor przysłał mi esemesa z żartem, że dynamicznie rozwija się nić Ariadny. 

 

Władysław Zawistowski

Poeta, dramaturg i tłumacz wielu dzieł Williama Szekspira (wspólnie z Prof. Jerzym Limonem), współzałożyciel Fundacji Theatrum Gedanense. Dyrektor Departamentu Kultury w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Pomorskiego

Dobre ćwierć wieku temu, odwiedzając Waszyngton, spotkałem się z Jurkiem Limonem, który przebywał tam na kilkumiesięcznym stażu w Bibliotece Folgera. Byliśmy już po inauguracji działalności Fundacji Theatrum Gedanense, organizowaliśmy pierwsze happeningi, konferencje, przeglądy teatralne (z których zrodził się Festiwal Szekspirowski), ale wizja budowy gmachu teatru była wciąż – co tu kryć – odległa, a pieniądze potrzebne na ten cel – abstrakcyjne.

Jurek w wolnych chwilach towarzyszył mi w spacerach po amerykańskiej stolicy, pierwsze kroki kierując nie do Kapitolu (skądinąd nieodległego), lecz do położonej w pobliżu siedziby Folger Shakespeare Library, którą koniecznie chciał mi pokazać, również od wewnątrz, korzystając z przywileju rezydenta. Wrażenie było niezwykłe. Okazały budynek, otwarty w 1932 roku, krył w sobie wnętrza przywodzące na myśl renesansową katedrę. Była tu także klasyczna scena elżbietańska, wzorowana na The Globe, a nawet elżbietański ogród. Ale przede wszystkim biblioteka zawierała największą na świecie kolekcję drukowanych dzieł Szekspira, a także bezcenne rękopisy, wydania folio i quarto, setki przedmiotów i sprzętów związanych w jakiś sposób z osobą i dziełem Mistrza ze Stratfordu.       

To niezwykłe miejsce – do dzisiaj bodaj najaktywniejszy ośrodek badań na dziełem Szekspira na świecie – powstało dzięki energii, uporowi, a także pieniądzom jednego człowieka. Był nim Henry Clay Folger, który życie poświęcił nafciarstwu i dziełom Szekspira, obdarzanego bezgraniczną miłością. Przez dziesiątki lat kolekcjonując szekspiriana, postanowił zbudować dom dla swego Mistrza, w którym z czasem spoczęły również jego własne prochy. 

Jurek był w tym elitarnym miejscu zadomowiony, nie po raz pierwszy korzystając z gościnnych zasobów szekspirowskiej biblioteki. Miałem okazję przekonać się naocznie, jak wysoko był ceniony w świecie badaczy i interpretatorów szeroko rozumianej epoki elżbietańskiej, jednej z najciekawszych w nowożytnych dziejach teatru, której postacią symboliczną jest William Szekspir, ale jego koledzy po piórze mogliby obsłużyć kilka innych, nudniejszych, epok literackich. Thomas Middleton, Philip Massinger, Henry Cheetle – ich dzieła również znaleźć można była u Folgera – a za sprawą naszych wspólnych przekładów zostały przyswojone polszczyźnie. 

Zwiedzanie biblioteki zakończyliśmy obok centralnie położonego memoriału, gdzie spoczywały prochy założyciela i jego małżonki. – Widzisz? – ze swoim charakterystycznym szelmowskim uśmiechem spytał Jurek – Jaki pomnik wybudował sobie pan Henry Clay z miłości do Szekspira? Setki amerykańskich milionerów poszły w zapomnienie, a pan Folger wciąż żyje w naszej wdzięcznej pamięci. Pomyślałem wtedy: – Tak, Jurek swoje dzieło doprowadzi do finału!

Kiedy w 2014 roku otwieraliśmy Gdański Teatr Szekspirowski, przypomniałem sobie wizytę u Folgera i pomyślałem o płynącej stamtąd inspiracji. I choć Jerzy Limon nie był amerykańskim nafciarzem, dokonał tego, co przez dwadzieścia lat wydawało się niemożliwe, grzęzło w atmosferze niemożności, niechęci, niejasnych przepisów, o  braku środków nie wspominając.  Gdański Teatr Szekspirowski jest wielkim pomnikiem życia i dzieła profesora Jerzego Limona. W naszych rękach pozostało podjęcie Jego dzieła. 

 

Barbara Frydrych

Dyrektor Biura Prezydenta Gdańska ds. Kultury, członkini Rady Programowej Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.

 

Informacje o nagłym pogorszeniu zdrowia, a następnie śmierci Profesora wywołały niedowierzanie, poczucie niezrozumiałej straty i złość na porządek świata - sprzeczny z naszymi wyobrażeniami. Z moimi również. Przecież Profesor Jerzy Limon jawił się jako człowiek instytucja. A instytucja jest bytem długiego trwania.

Kilkanaście dni przed swoją śmiercią Profesor odwiedził mnie w gdańskim magistracie przy Nowych Ogrodach. Bardzo nalegał, abyśmy rozmowy nie odkładali. I nie dotyczyła ona pandemii Covid-19, wszak Profesorowi zależało na omówieniu artystycznych zamierzeń - przyszłości i działalności Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, zbliżającej się rocznicy urodzin Williama Szekspira i tegorocznej dwudziestej piątej już edycji Festiwalu Szekspirowskiego.

Co chwilę w oczach Profesora zapalał się młodzieńczy zachwyt - kiedy wspominał o największych planowanych atrakcjach sezonu i artystach, którzy przyjęli zaproszenie do współpracy. Bo Jerzy Limon potrafił się zachwycać i był zwrócony ku przyszłości, bez oglądania się na przeszkody finansowe czy realia polityczne ograniczające w ostatnich latach ekspresję i wolność twórczą. Robił swoje. Nie znam wielu takich menadżerów kultury, bo i tak należy myśleć o Profesorze Jerzym Limonie - wybitnym szekspirologu, pisarzu, tłumaczu, człowieku o niespotykanej w dzisiejszych czasach kulturze osobistej. Wizjonerstwo i niezwykła pogoda ducha profesora sprawiały, że planował z rozmachem, co u części słuchaczy wzbudzało niedowierzanie, czasem uśmiech pobłażania. Wyobrażam sobie, że tak też rodził się w przeszłości pomysł wzniesienia Teatru Szekspirowskiego w sercu objętego ochroną konserwatorską gdańskiego Głównego Miasta. Jerzy Limon ośmielał się marzyć. Miał też szczęście - spotykał na swojej drodze innych marzycieli, którzy pomagali przekuć śmiałe wizje w czyny. 

Antracytowy i niezwykle fotogeniczny materialny efekt marzeń Jerzego Limona stoi przy dzisiejszej ulicy Bogusławskiego. Nieszablonowy projekt, podobnie jak przedstawienia teatralne, budzi całą paletę uczuć - od bezwarunkowego zachwytu do zdecydowanego dystansu. Już na zawsze pozostanie symbolem przypominającym o wielkim gdańskim marzycielu. 

 

Zbigniew Canowiecki

Prezydent Pracodawców Pomorza, Przewodniczący Rady Programowej Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego oraz Rady Fundacji Theatrum Gedanense.

 

Z profesorem Jerzym Limonem przyjaźniłem się blisko 30 lat. Na początku lat dziewięćdziesiątych zaprosił mnie do współpracy w ramach Fundacji Theatrum Gedanense. Kiedy spotkaliśmy się w siedzibie fundacji, którą stanowiły trzy małe pokoiki na poddaszu jednej z kamieniczek na Długim Targu przeżyłem szok. Pomiędzy stosami materiałów, książek i fragmentów scenografii kłębiło się mnóstwo pracujących młodych ludzi – wolontariuszy patrzących na profesora z widocznym zachwytem i wręcz uwielbieniem. Czym ich uwiódł, pomyślałem. Wszystko się wyjaśniło, kiedy z cudowną naiwnością zaczął snuć najbardziej fantastyczne, i w ówczesnej rzeczywistości całkowicie nierealne, wizje budowy w Gdańsku teatru elżbietańskiego. Jego wiara i pasja z jaką mówił oraz czar osobisty, nienaganne maniery, dobroć i szczerość promieniująca od Niego spowodowały, że uwiódł również mnie na kilka dziesięcioleci. I nie tylko mnie. Napisał do Księcia Karola - następcy brytyjskiego tronu z prośbą o patronat. Uzyskał go chociaż był bardzo zaskoczony, że odpisał Mu królewski Koniuszy. Książe Karol odwiedzając Gdańsk mógł dzięki zapobiegliwości profesora zobaczyć już makietę z pierwszą wersją, będącą wizją nowego teatru. Profesor pozyskał również patronat Andrzeja Wajdy, który niezwykle zaangażował się w sprawy promocji budowy teatru. Towarzyszyłem Profesorowi i wspierałem Go w staraniach o fundusze na działalność fundacji, później budowę teatru, a następnie na działalność Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Po wielu latach przyznał mi rację, że nie jest możliwe zbudowanie teatru za pieniądze zebrane od pomorskich firm. One mogą wystarczyć na zorganizowanie wystawy, koncertu czy Gdańskich Dni Szekspirowskich. Na szczęście w 2004 roku Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Dzięki intensywnej działalności Fundacji pod kierunkiem profesora starając się o unijne dofinansowanie Minister Kultury Bogdan Zdrojewski usłyszał, że teatr ma już swoją duszę i potrzebuje jedynie ciała. Grunt pod budowę przekazał Fundacji Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, a gros pieniędzy na budowę pochodziło z europejskiego dofinansowania. Położenie kamienia węgielnego pod budowę teatru odbyło się w 2009 roku na które Andrzej Wajda zaprosił blisko stu najwybitniejszych polskich aktorów, którzy recytowali dzieła Szekspira na przedprożach kamienic na Długim Targu.  Z kolei otwarcie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego w 2014 roku naszpikowane było różnymi problemami. Zacinał się przekaz z wystąpieniem Księcia Karola, a w pewnym momencie ewakuowano premiera Donalda Tuska i wszystkich uczestników uroczystości ze względu na podejrzenie zagrożenia bombowego. Oczywiście alarm był fałszywy. Profesor uznał to za znaki zapowiadające przyszłe, wspaniałe  sukcesy teatru. I tak się stało. Przez wszystkie minione lata prowadził Gdański Teatr Szekspirowski od sukcesu do sukcesu.  

 

Polecane artykuły

nic
123
03/2021

Spotkanie z nią jest kosmicznym doświadczeniem. Bije od niej spokój, trudne do wyjaśnienia uduchowienie oraz ciepło, które roztacza jak energetyczną aurę.