Natalia Przybysz

W DOBRĄ STRONĘ

Spotkanie z nią jest kosmicznym doświadczeniem. Bije od niej spokój, trudne do wyjaśnienia uduchowienie oraz ciepło, które roztacza jak energetyczną aurę. Z drugiej strony jest zwierzęciem scenicznym i pełną ognistej pasji wokalistką. Natalia Przybysz karierę muzyczną zaczynała od duetu „Sistars”. Po latach postawiła na solową ścieżkę i pod własnym nazwiskiem wydała sześć płyt. Zgarnęła cztery Fryderyki, nominację do SuperJedynki, a w 2020 roku sięgnęła gwiazd – jako dziewiąta dołączyła do grona polskich artystów zaproszonych do kultowego formatu „MTV Unplugged”. W wywiadzie z Halszką Gronek zdradza, jak w swojej galaktycznej podróży przez życie uczy się subtelności wobec świata, jak zaklina słowa i uwalnia energię.

W 2021 roku świętujesz 15-lecie solowej kariery muzycznej...

Tak? Nie wiedziałam!

Zespół Sistars zaprzestał działalności w 2006 roku, a Ty i Paulina rozpoczęłyście indywidualne kariery. Jakby nie liczyć, wychodzi 15 lat.

Słabo przywiązuję się do dat. I jak ja mam się teraz czuć? 

No właśnie o to chciałam Cię spytać!

Patrząc na karierę linearnie, czuję, że zbliżam się do punktu zero. To takie miejsce spójności myśli z wypowiedzią. Mam wrażenie, że wiem już, jak komunikować się ze swoimi odbiorcami. Wiem, kim jestem w kontekście piosenek. 

A po "punkcie zero" co może być?

Rozwój! Czuję, że wszystko będzie szło w dobrą stronę. Musi tak być. Ostatnio pomyślałam, że w mojej praktyce jogi nie robię dziś więcej pozycji niż kilka czy kilkanaście lat temu, ale za to czuję się bardzo komfortowo we wszystkich asanach. Mam poczucie komfortu ze swoim ciałem i wierzę, że ma to wiele wspólnego z relacją, jaką wypracowałam sama ze swoim głosem, ciałem i z procesem twórczym.

Czujesz stabilizację?

Czuję udomowienie tego, co wcześniej wydawało mi się nieco nieposkromione i nie zawsze zaspokojone. To właśnie "punkt zero". 

W roku 2010 podczas festiwalu Smooth w Bydgoszczy śpiewałaś cover jednej z piosenek Alicii Keys, a dziś, przeszło dekadę później, tak jak ona należysz do zaszczytnego grona artystów zaproszonych do formatu „MTV Unplugged”! To chyba najlepszy dowód na to, że w swoim rozwoju muzycznym osiągasz spełnienie.

Wtedy nawet przez myśl mi nie przyszło, że otrzymam taką szansę. Ale dziesięć lat temu też się spełniałam, oczywiście inaczej niż dziś. Świetnie wspominam możliwości zagrania "Empire state of mind" w wersji bigbandowej. Wpadłam na pomysł takiego przedstawienia utworu Alicii Keys i byłam bardzo podekscytowania. Do koncepcji zapalił się też Adam Sztaba i wraz z jego orkiestrą zrobiliśmy wyjątkowy cover. Uwielbiam śpiewać z dużymi zespołami!

Całkiem pokaźny zespół towarzyszył Ci podczas koncertu „MTV Unplugged”. Format „bez prądu” jest kultowy – istnieje od lat 80., a udział w nim biorą największe światowej gwiazdy. Koncerty Nirvany czy Erica Claptona to absolutna klasyka!

Tak! Aż przed chwile chcieliśmy wystąpić wszyscy w swetrach jak Kurt, by pokazać, że rozumiemy wagę sytuacji, i nawiązać do początków formatu. Tamtego stylu. [śmiech]

Jak to w ogóle się stało, że stałaś się częścią "Unplugged"?

Pewien znany mi artysta – nie zdradzę kto! – został zaproszony do formatu i przekierował energię na mnie. To z kolei spotkało się z entuzjazmem zarówno moim, jak i MTV. Mogę więc powiedzieć, że wzięłam udział w tym kultowym projekcie dzięki poleceniu artysty, ale wierzę, że ta energia, którą mnie obdarzył, wkrótce wróci do niego i zadzieje się kolejna muzyczna magia.

Jak się czułaś, gdy MTV powiedziało "tak"?

To nie było światełko nadziei w pandemicznej ciemności. To był zdecydowanie jarzący się meteoryt, coś kompletnie nie z tej ziemi, jak kometa nad Doliną Muminków. [śmiech]

Był strach?

To chyba nie był strach... W głowie dudnił raczej ogromny głód na to, żeby coś zagrać. Ja i mój zespół czuliśmy ogromną motywację, zajawkę, ale też trochę nie dowierzaliśmy. Przed nami było tyle niepewnych i tyle elementów, które było trzeba dopiąć, by występ „Unplugged” doszedł do skutku, że staraliśmy się nie cieszyć sukcesem od razu. 

Dziś już wiemy, że się udało! Koncert odbył się w grudniu, a jego emisja – 27 lutego na antenie MTV. Na scenie zgrywało się wszystko, od wokalu i muzyki, przez światło, aż po kostiumy i taniec.

Och, taniec... On był dla mnie bardzo stresujący, ale bardzo chciałam wystąpić z moją nauczycielką tańca, tancerką choreografką , Izą Szostak. Zanim zaczęłyśmy przygotowania do występu w MTV, pracowałyśmy głównie nad improwizacją i uwolnieniem ciała. Tym razem postawiłyśmy na konkret i przygotowałyśmy choreografię. 

Jak czułaś się w tym zadaniu?

Z jednej strony dobrze, bo przełamałam się i odważyłam na coś nowego, ale z drugiej – wydaje mi się, że widać, jak liczę ruchy, ale może tylko ja to zauważam. 

Liczyłaś do ośmiu? [śmiech]

Gdyby chociaż! Do trzech, i to w utworze granym na cztery! To naprawdę było trudne zadanie. Dużo ćwiczyłam, także w domu, a moje dzieci miały ze mnie niezły ubaw.

Taniec był tylko jednym z elementów występu w ramach formatu MTV. Ciężko było dopiąć całość w czasie pandemii? 

Spraw z dużym potencjałem niepowodzenia było wiele, ale od początku towarzyszyło nam szczęście. Magiczne było chociażby to, że przed wejściem na scenę wszyscy mieliśmy negatywne testy na obecność koronawirusa. Ta kometa nad Doliną Muminków nad nami czuwała i świeciła światłem pomyślności.

W jaki sposób wybrano artystów gościnnie występujących z Tobą na scenie? 

Wybrałam ich sama. Umiałam to sobie wymarzyć i wiedziałam, że nasza wspólna historia muzyczna coś znaczy.

Wśród nich znalazła się między innymi Hania Rani, gdańska pianistka i okładkowa bohaterka Prestiżu sprzed dokładnie roku – z marca 2020 roku.

Z Hanią poznałyśmy się sesji do Vogue’a. To było bardzo kosmiczne przeżycie, trochę dziwne i trochę nie do opisania w słowach, bo słów padło najmniej. Stanęłyśmy obok siebie przed kamerą, ramię w ramię, i sama z siebie wytworzyła się więź. Jakbyśmy miały siostrzane dusze i znały się od dawna. Nasza współpraca skończyła się – oczywiście na razie – moimi słowami: "Hania, jestem tu i jakby co, to mnie masz". 

Skoro mówisz już o siostrzanej energii...

...to muszę powiedzieć o kolejnej artystce występującej ze mną w MTV. O mojej siostrze, Paulinie. My musimy razem śpiewać, a jej obecność obok na scenie zawsze daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że jestem w domu.

Był też Ralph Kamiński.

Z Ralphem zagraliśmy razem "Sto lat”. On wybrał utwór – mówił, że jest dla niego ważny i ma osobistą relację z tą piosneką – a wcześniej ja wybrałam Ralpha. Obydwoje mieliśmy przyjemność w czytaniu audiobooków dla Storytell. Ja nagrywałam odczyt jednej z książek Virginii Woolf, a on – Małego Księcia. Do dziś myślę o Ralphie jak o Małym Księciu! Stąd taka a nie inna aranżacja wykonu "Sto lat" podczas koncertu dla MTV – połączona z odczytem fragmentu powiastki Antoine ’a de Saint-Exupéry ’ego. Ralph Kamiński jest dla mnie Małym Księciem, rozczula mnie. Zdradzę, że na nasz wspólny występ kupił sobie w lumpeksie kurtkę i sam poprzyszywał do niej gwiazdki... On jest po prostu niemożliwy!

Każdy artysta mógł wybrać utwór?

Każdy! Nie chciałam narzucać artystom, co oni mają śpiewać. Cenię sobie przestrzeń – bez niej nie ma przepływu energii. Chciałam jedynie, by grany w MTV utwór coś dla nas znaczył. Na przykład Iza Szostak tańczyła do "Nazywam się Niebo", bo poznałyśmy się przy pracy nad tą piosenką. Z kolei Hania Rani nie mogła się zdecydować na utwór, a ja zaproponowałam jej "Vardo" i "Królową Śniegu". Poszłam tropem chłodnej skandynawskiej bryzy, bo Hania kojarzy mi się z taką typową dla krajów Północy miłością do natury – tej surowej, niewinnej, nieskażonej człowiekiem.

To na koniec został Skubas.

Występ ze Skubasem to jeszcze inna historia! Podczas pandemii graliśmy razem online'owy koncert dla WWF na rzecz zrównoważonego rybołówstwa. Jako weganka wolałabym, aby w ogóle nie było rybołówstwa, ale zgodziłam się wziąć udział w projekcie. Wtedy też powstała minimalistyczna wersja "Ciepłego wiatru" i Jurek Zagórski, mój szwagier i gitarzysta z zespołu, zaproponował, żebym taką aranżację, właśnie ze Skubasem, włączyła w format
„MTV Unplugged”.

Czy MTV ingerowało w twoją wizję koncertu?

Nie, takich rzeczy na szczęście nie było. Zgodnie z tradycją formatu dwa utwory musiałam zaśpiewać na siedząco. Jedna piosenka miała być też coverem – zdecydowaliśmy się na "Krakowski spleen". 

Dlaczego właśnie na ten kawałek? Nagrałaś przecież całą płytę z coverami Janis Joplin...

Z "Krakowskim spleenem" mam szczególną więź. Poza tym tekst utworu wydaje mi się dziś bardzo aktualny – ten wolnościowy duch Kory jest nam potrzebny.

O teksty właśnie chciałam spytać... Ty nie tylko jesteś wokalistką, ale także – a to wcale nie jest takie oczywiste – autorką tekstów. Tu trudna sztuka, trochę pokrewna z pracą poety. Wiesz o czym mówię?

Wiem. Rozumiem. Ale poezja jest chyba trudniejsza... 

Dlaczego? Przecież poezja nie musi być meliczna, nie musi pasować do muzyki.

Muzyka nie jest dla mnie problemem. Jak mam poczucie, że napisałam coś dobrego, to tekst sam się śpiewa. Właściwie zaśpiewać mogę wszystko, bo melodia wychodzi ze mnie naturalnie. Ale najpierw musi być tekst – dlatego nie lubię improwizować słów i nigdy się nie podjęłam tej sztuki. 

A łatwo przychodzi ci tworzenie tekstu?

To jest dla mnie najtrudniejsze. Muszę znaleźć myśli, sformułować je, a później przenieść na papier. A wymyślenie melodii do utworu – bo też się tym zajmuję – zawsze się udaje. Wierzę, że wraz z moim zespołem mamy wspólną świadomość – tylko tak potrafię wyjaśnić, jak to możliwe, że oni oni nawet nie znając moich tekstów i melodii, po prostu je grają. To trochę newage ’owe, co mówię, ale tak to czuję. 

Jesteś bardziej dumna ze swoich tekstów, czy z tego, co potrafisz dziś zrobić ze swoim głosem?

To zależy od piosenki. Czasami podoba mi się, jak zaśpiewałam, a czasami co. Tylko w przeciwieństwie do wokalu czy melodii, tekst nie jest ponadjęzykowy – trzeba go przetłumaczyć, a to nie zawsze jest łatwe. Kiedyś mój kolega chciał przełożyć na angielski słowa "Miodu" i skwitował próby zdaniem, że się nie da.

Zupełnie jak z wierszami... Mam też wrażenie, że w twoich tekstach – tak jak w poezji – możliwe jest każde dekodowanie. Że nie ma jednej dobrej interpretacji. To celowy zabieg, prawda?

Tak! Staram się nie zdradzać, o czym dla mnie był dany utwór. Nie chcę psuć odbiorcom tego procesu, żeby mogli we własny sposób zsynchronizować się z kierunkiem energii płynącej z tekstu. Chcę, by mieli ciarki, a przepływ odbywał się miedzy ciałami. By odczuwali muzykę na poziomie fizycznym.

Twoje teksty w dużej mierze dotykają kobiecości. To ciekawe, że muzykę do nich tworzysz w całkowicie męskim zespole. Jak to się sprawdza?

To jest złożone... U nas w zespole są dwie bardzo dobre pary. Pat Stawiński na basie i Kuba Staruszkiewicz na perkusji są jednością, kompletnym muzycznym dziełem, naszą sekcją rytmiczną. Podobnie Jurek Zagórski i Mateusz Waśkiewicz, dwóch niesamowitych gitarzystów. Daleko im do typowej postawy muzyków grających na gitarach elektrycznych. Nie walczą o uwagę, nie konkurują, tylko doskonale się uzupełniają. Jurek zwykle jest bardziej rytmiczny i ambientowy, z kolei Mateusz częściej gra solówki i obiegniki. Ale też ich role się zamieniają. Panuje symbioza. Gdy ma się tak zgrany zespół, powstająca muzyka niezależnie od tematyki tekstu po prostu będzie dobra. Poza tym ja w twórczości staram się nie myśleć o podziałach, także tych płciowych. Sama czasami czuję się jak kobieta, a czasami jak mężczyzna. Jako zespół nie bawimy się w łatki. Przyznam, że czasami puszczają mnie w drzwiach i czasami mam ochotę im nagotować i ich wykarmić, ale odpowiada to i mi, i im. Czujemy się przy sobie po prostu sobą i nie próbujemy tego "sobą" definiować. 

Jaką mieli minę, gdy przyszłaś do nich z tekstem "Śniło mi się, że mam duży biust, poruszam nim i wszyscy się gapią”? Myślisz, że zrozumieli, o czym chcesz śpiewać?

To zdanie wypowiedziała kiedyś do mnie koleżanka, a ja od razu poczułam kosmiczne uderzenie. Tym samym zdaniem zaczyna się dziś moja piosenka "Miód". Pamiętam, jak o pomyśle na takie otworzenie rozmawiałam z Jurkiem Zagórskim i pamiętam jego zszokowanie. Myślę, że odebrał ten tekst inaczej niż kobieta. Proponował nawet zamianę zwrotek, ale zostałam przy swoim. 

Z drugiej strony mężczyźni też śpiewają ten utwór!

Najbardziej rozbroił mnie Krzysiek Zalewski, śpiewając „Miód” na solowych występach z gitarą. To było cudowne! Pamietam też jedną z imprez organizowanych w ramach Warsoul, gdzie podczas jam session zaśpiewałam sam tekst „Miodu”. Nieżyjący już dziś muzyk Maceo Wyro (Maciej Wyrobek) po występie wrócił do mnie z pytaniami o znaczenie niektórych słów czy zdań. Widziałam, że głęboko wszedł w ten utwór i bardzo go przeżywał. Do tej pory słyszę, że tekst "Miodu" dla wielu osób, w tym mężczyzn, jest czymś szczególnie zapamiętanym. 

Uważasz to za wyjątkowe chwile w karierze? 

Skoro pamiętają, to znaczy, że przeżyli tę czy inną piosenkę, że ich poruszyła. To dla mnie największy sukces zawodowy. Uwielbiam, gdy ludzie na moich koncertach płaczą. Czuję, że się uwalniają, że popuszczają więzy i pozwalają sobie być. Jestem wtedy trochę jak akupunkturzystka, która znalazła odpowiedni punkt i ukłuła, by qi mogła zacząć przepływać. 

A jak się dziś czujesz w życiu prywatnym?

Żyję chwilą. Pandemia sprawiła, że w końcu mam czas poczytać książki. Że mogę się zatrzymać, bo nigdy wcześniej nie miałam domu ani obiadów, które mogłam ugotować. Byłam w ciągłych rozjazdach, a jak wracałam, to potrzebowałam doby tranzytowej na akomodację. Teraz zrobiło się ciepło i stabilnie. 

Czujesz się z tym dobrze?

Z jednej strony bym chciała, aby taki stan się utrzymał, a z drugiej – żebym mogła grać koncerty. Brakuje mi tych innych stanów świadomości ze sceny.

Myślisz, że to jest w ogóle możliwe?

Nie wiem. Myślę, że trzeba się puścić i dać porwać tej podróży.

Podróż to też rozwój. Sądzisz, że rozwijasz się, tak prywatnie?

Czuję, że cały czas się uczę od natury i od zwierząt, jak być blisko tej energii ziemskiej. Jak ją dostrzegać, rozumieć i szanować. Pracuję nad tym, by się uczulać na subtelności. 

Uczulasz nie tylko siebie, ale też innych. Promujesz dietę roślinną, adopcję zwierząt i pomoc zagrożonym gatunkom. Nagłaśniasz problem kryzysu klimatycznego. Udzielasz się też w różnych projektach, na przykład na rzecz walki z AIDS, malarią czy rakiem piersi.

Staram się zachęcić ludzi do większej czułości wobec świata, w którym żyjemy. Czuję, że to moja dharma. 

To może na koniec spytam o plany na najbliższą przyszłość. 12 marca w sprzedaży ukaże się płyta z nagranym koncertem „MTV Unplugged”. A w czerwcu ruszacie w trasę!

Odwiedzimy osiem miast – ja, mój zespół i goście specjalni, którzy towarzyszyli mi w formacie MTV. Na razie nie zdradzam, które miasto wylosuje którego artystę – to będzie niespodzianka! A po lecie, być może już we wrześniu, wypuścimy kolejną płytę z nowym materiałem, nad którym dziś pracuję. Ale to też na razie tajemnica!

Czyli nic nie zdradzisz? Ani słowa?

Mogę powiedzieć: „Duch!”. Albo nawet więcej! „Opiekuńczy duch!”.

Natalia Przybysz

Urodzona w 1983 roku w Warszawie. Polska wokalistka i autorka tekstów. Zaczynała w zespole Sistars tworzonym wraz z siostrą, Pauliną Przybysz. Od 15 lat prowadzi solową karierę muzyczną, a jej główne style to muzyka alternatywna, pop, soul, blues i rock. Pod własnym nazwiskiem wydała sześć płyt, a w marcu 2021 roku ukazał się kolejny krążek z akustycznymi coverami utworów artystki przygotowanymi w ramach kultowego formatu "MTV Unplugged". Prywatnie matka dwójki dzieci, żona, weganka i joginka.

 

 

Koncepcja: Halszka Gronek

Zdjęcia: Przemysław Koronkiewicz

Asysta techniczna: Natalia Matys

Wizaż: Karolina Szimelfennig / Karoli MakeUp

Miejsce: Drizzly Grizzly, Plenum

Polecane artykuły

nic
123
03/2021

Spotkanie z nią jest kosmicznym doświadczeniem. Bije od niej spokój, trudne do wyjaśnienia uduchowienie oraz ciepło, które roztacza jak energetyczną aurę.