Marcelina  Zawadzka

Dziewczyna z sąsiedztwa

Miss Polonia, prowadząca popularny program „Pytanie na śniadanie”, atrakcyjna influencerka. To pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą na myśl o niej. Wystarczy jednak spędzić nieco chwil w jej towarzystwie, trochę pogadać, by szybko odkryć, że pod tym oficjalnym wizerunkiem kryje się ktoś inny. Pasjonatka motoryzacji, właścicielka kilku motocykli, kierowca rajdowy i po prostu dziewczyna z… sąsiedztwa, która pewnego dnia musiała odnaleźć się w świecie modelingu, ale nigdy nie oddała mu swojej duszy. Taka jest właśnie Marcelina Zawadzka. W wyjątkowo szczerej rozmowie z Michałem Stankiewiczem opowiada o życiu pomiędzy Warszawą a rodzinnym Malborkiem, o blaskach i cieniach bycia na świeczniku, poszukiwaniu samej siebie i ukochanych rajdach.

W jakim momencie kariery jest dzisiaj Marcelina Zawadzka?

Mam wrażenie, że w takim momencie, gdy muszę zastanowić się nad swoim życiem, a ta kariera schodzi na drugi plan. Pierwszy raz skupiam się na sobie. Chodzę do psycholożki, która właśnie uświadomiła mi, gdzie w życiu jestem ja, dla samej siebie. I okazało się, że bardzo daleko mi do balansu pomiędzy pracą a życiem. Nie wynosi on pięćdziesiąt do pięćdziesięciu, ale osiemdziesiąt do dwudziestu. 

I teraz szukasz siebie samej?

Tak. 

Odnalazłaś? 

Wiesz co? Coraz częściej mam odwagę myśleć, że tak. Oczywiście jestem jeszcze mało otwarta na niektóre sfery, ale staram się. Zaczynam ze sobą rozmawiać, głaskam się trochę bardziej po tym brzuchu. I zaczynam siebie słyszeć.

Wcześniej byłaś wobec siebie krytyczna?

Bardzo. Właściwie nie wiem, na czym to polega, że z bardzo kochającej rodziny wyszłam taka. Od rodziców otrzymałam dużo ciepła, ale może nie do końca  byłam przygotowana na świat, do którego zamierzałam wkroczyć. Rodzice nauczyli mnie być dobrym, ufnym i uczciwym człowiekiem, ale bardzo szybko musiałam  zmierzyć się z dorosłością. Miałam 14 lat, gdy trafiłam do agencji modelek i przez cały okres dorastania słyszałam, że mam być chudsza,  zgrabniejsza, że to i tamto muszę poprawić. Martwiłam się więc, że jestem kształtna, że mam większy biust. Wciąż powtarzano mi, że muszę schudnąć. Całe dorastające życie słyszałam, że jestem niedoskonała.

Bycie modelką to był twój pomysł?

Siostra zrobiła mi zdjęcia w takiej starej, opuszczonej mleczarni w Malborku, moim rodzinnym mieście. Zrobiła mi je na tyle dobrze, że odezwali się z warszawskiej agencji. Pojechałam, a tu od razu umowa na 5 lat. Rodzice dawali mi na pociąg, jechałam i zarabiałam trzysta złotych. I tak spędziłam kilka lat.

I wtedy zostałaś Miss Polonia.

Tak, wygrałam wybory w 2011 roku. To było ogromne zaskoczenie - przez cały czas mówią ci, że jesteś niedoskonała, a tu nagle wygrywasz konkurs doskonałości. I dzisiaj słyszę od mojej psycholog „Marcela, zobacz ile znaków miałaś w swoim życiu, żeby przestać już tak o sobie myśleć. Nieprzypadkowo  wygrałaś wybory Miss Polonia”. Na pewno to zwycięstwo były pewną trampoliną, Jest to konkurs, któremu wiele
zawdzięczam.

A minusy? 

Powstaje pewna łatka, którą ma się do końca życia,  zawsze jesteś już byłą miss. Zawsze jesteś oceniana przez pryzmat tego wyróżnienia.

Ludzie oczekiwali, że nieustannie będziesz lśnić i w koronie wchodzić do spożywczego po sałatę i masło?

Prawie (śmiech). Wyjście w dresie było źle widziane. Choć takie minusy bywają też mobilizujące do tego, by nie odpuszczać pewnych rzeczy.

Jesteś feministką?

To ma być odpowiedź poprawna, czy prawdziwa?

Prawdziwa. 

Trochę tak, ale nie taka zagorzałą. Jestem sobą.

Co dzisiaj powiedziałabyś młodym dziewczynom, które wchodzą na ścieżkę modelingu lub konkursów miss? Róbcie to? Czy też, żeby szukały innych pomysłów na życie?

To w zależności od ich zainteresowań, pasji i predyspozycji. Nie tylko tych fizycznych, ale i wewnętrznych. Nie ma już jednego kanonu piękna jak kiedyś. Wszelkie niedoskonałości są bardziej akceptowane, a wręcz podkreślane i pokazywane jako walory. Współczesny modeling jest już inny. 

Od pięciu lat jesteś jedną z głównych prowadzących „Pytanie na Śniadanie” TVP.

Lubię ludzi i bardzo lubię pracę na wizji. Wiadomo, że przygotowanie do programu dzień wcześniej jest dosyć trudne i mozolne, trwa kilka godzin, ale następnego dnia jest już ten dreszczyk emocji – czy wszystko pamiętam, czy się nauczyłam. Chociaż nie da się nauczyć 4 godzin programu, który jest na żywo, a tym bardziej gości, którzy są nieprzewidywalni. Lubię też ułatwiać  ludziom wejście na  antenę, bo wiem, że się stresują, szczególnie gdy są u nas pierwszy raz. Gość czuje się też doceniony tym, że całą swoją uwagę skupiamy na nim, a nie np. na sobie lub na tym, by jak najlepiej wypaść na antenie, co niestety czasem widać w różnych programach telewizyjnych.

Czy masz wpływ na poruszane tematy?

Największą robotę wykonują wydawcy. To jest tak, że mają siedem dni przygotowań do jednego dnia anteny. My o godzinie 17.00 dostajemy scenariusz i dokumentację na dzień następny. Mamy kilka godzin na poznanie materiałów, przygotowanie się, czytanie scenariusza, omawianie z wydawcą i współprowadzącym, w moim przypadku jest nim Tomasz Wolny.

Czy macie jakiś ustalony schemat podziału tematów? Np. w programie ma pojawić się kolejarz i mleczarz. Ty wiesz więcej o kolejnictwie, więc prowadzisz rozmowę z kolejarzem, a twój partner wtedy bierze mleczarstwo?

Są pewne podziały. Siłą rzeczy ja prowadzę tematy modowe i urodowe. Czas antenowy przeznaczony na jeden temat to tak mniej więcej 5 do 6 minut, a po to, by nie zjadać tego czasu, wypuszczany jest jeden prowadzący. Ważne jest to, kto czuje się swobodniej w danym temacie. Tomasz mógłby czuć się mniej komfortowo, rozmawiając o kosmetykach czy trendach modowych. Staramy się jednak dzielić po równo. Najgorzej radzę sobie z tematami tragicznymi, bo jestem bardzo wrażliwa i to pewnie widać na antenie. Oczy zalane łzami. Najbardziej mnie wzruszają osoby starsze. Mam chyba jakąś starą duszę, bo jak słyszę ich historie, to jestem chętna im pomóc niezależnie od sytuacji. Jak mieliśmy rozmowę z muzykiem w trudnej sytuacji, to ja znowu w ryk. Wtedy wychodzę na Marcelinę-płaczkę. Nie jestem aktorką, nie jestem wyzbyta z emocji... stąd może takie szczere wzruszenie i reakcje. 

Wystarczy jedna epicka wpadka i trafiasz na dożywotnią aleję sław. Miałaś taką?

Hmm... zapowiadałam i zapraszałam na koncert, który miał się odbyć na żywo. Podawałam cenę biletów, a po chwili zorientowałam się, że one są za darmo i jedyne, co mogłam potem powiedzieć, to „żee… są… zaaa… 0zł’’…. bo już mówiąc o pieniądzach, nie dałam rady inaczej tego ująć. Coś takiego miało miejsce, ale epickich wpadek nie pamiętam. Bywały przewroty i potknięcia, ale zawsze podnosiłam się z ogromnym uśmiechem.

W cenie są przewrotki w studiu.

A, wywracałam się i owszem, potykałam też. Pewnie  dlatego, że lubię się wygłupiać. I chyba ludzie uważają to u mnie za normę, a nie za jakąś wpadkę (śmiech). Tutaj ja z kolei trochę miałam wpływ na Tomka, bo on jest zawsze opanowany i trzyma wszystko w ryzach.

Tak na sztywno? 

Nauczył mnie pewnego kunsztu i smaczków dziennikarskich. Ja też sama starałam się to wyłapać z jego pracy. Zawsze mi pomagał, a nie strofował. Jesteśmy kolegami nie tylko na antenie i bardzo się lubimy. On jest w ogóle dobrym człowiekiem i ma kręgosłup moralny. To teraz rzadkość w tym świecie. Bardzo się cieszę, że mam okazje się od niego uczyć.

Dotknęłaś kwestii moralności, a skoro rozmawiamy o TVP…

O, ciężki wdech widzę… 

No ciężki, bo Polska jest mocno podzielona, a TVP zajmuje określoną pozycję, jeżeli chodzi o politykę. Jak się z tym czujesz? Dotyka cię polityka?

„Pytanie na śniadanie” to – jak sama nazwa wskazuje – śniadaniowy program. Lekki, poranny, ma budzić i bawić widza. Tam nie ma tematów politycznych. My w programie tego nie czujemy. Powiem więcej – tam pracuje mnóstwo tych samych ludzi od wielu, wielu lat. Nie wszystko kręci się wokół polityki.

Słyszysz czasem krytyczne komentarze?

Jak każdy. My normalnie pracujemy, wykonujemy swoją robotę za określone pieniądze. I nie są to jakieś krocie, jak niektórzy uważają. 

Czy dużo zarabiają prezenterzy TVP? 

Zależy kto i gdzie, i w jakim programie.

Niedawno jedna z prowadzących „Pytanie” – Tamara Gonzalez Pereira – odeszła z programu. Powodem miały być warunki nowej umowy na impresariat, jaki prowadzi telewizja. Chodziło o podział zysków z jej pracy poza telewizją.

Rozmawiałam z nią, na pewno było jej bardzo przykro, bo wiem, że też chciała dalej tę pracę wykonywać. Tamara zamieściła publiczny komentarz w postaci publikacji na Instagramie, odsyłam czytelników, aby sami zobaczyli to wideo. 

Ty podpisałaś umowę. Dzielisz się teraz z telewizją swoimi wpływami?

Tak, ale powiem tylko tyle, że wynegocjowałam bardzo fajną umowę. Pracowałam nad tym z moja prawniczką przez dłuższy czas. I to są naprawdę dobre warunki.

A gdzie się zarabia więcej – w mediach czy social mediach?

W social mediach. Niemniej „socjale” często są pokłosiem telewizji. Tak jak możliwość prowadzenia eventów. To wszystko się zazębia. Na pewno antena daje duże możliwości, co zresztą widać po gwiazdach i młodych ludziach, którzy są influenserami, a mimo to chcą iść do telewizji. 

Który świat jest prawdziwszy?    

Trudno powiedzieć. Jak ktoś będzie mówił, że coś jest ładne to wcale nie oznacza, że to prawda. A tak jest w social mediach,  bywają jednostronne, wszyscy pokazują się w superlatywach, za filtrami. Bywa tak, że kogoś znam prywatnie i ten ktoś się nie odzywa, jest cichą, wręcz zamkniętą w sobie osobą. A gdy bierze telefon do ręki to nagle wow! W relacji widać nagle prawdziwą duszę towarzystwa żyjącą pełnią życia! Coraz więcej osób ma łatwość pokazywania siebie w Internecie. I tylko w Internecie.

Ale tutaj już wchodzimy w temat umiejętności interpersonalnych. 

I hejtu. Bo powiedzieć komuś coś w twarz to jedno, a w Internecie to drugie. Tam jest to znacznie łatwiejsze. 

Dotyka cię hejt?

No tak.

W prywatnych wiadomościach czy publicznych?

Był taki moment w lipcu tego roku. I prywatnie, i na moim profilu. Wylało się całe zło, bo eskalowało coś, co nie miało miejsca w rzeczywistości. Ruszył młyn plotkarskich mediów. Czyli nagle widzisz nagłówki z Zawadzką w roli głównej i zagarniętymi milionami złotych w wielkiej aferze.

I tutaj dochodzimy do tzw. afery vatowskiej. O niej też chciałem porozmawiać, bo to właśnie chyba przez nią nie widać cię na antenie.

Nie ma mnie, umówiliśmy się z szefostwem programu, że czekamy na pewne rozstrzygnięcia. Przede mną zeznania w sądzie, które chcę złożyć i liczę, że po nich zostanę wyłączona z tej sprawy. Wierzę, że to się po prostu szybko wyjaśni.

No to uporządkujmy tę sprawę. Prokuratura oskarżyła 18 osób o wyłudzenie VAT na sumę 40 mln zł. Chodzi o łańcuszek faktur. Wśród nich znalazłaś się ty i 3 zarzuty: udział w praniu brudnych pieniędzy, oszustwo skarbowe oraz fałszowanie faktur. Przyznałaś się do dwóch ostatnich.

Wiesz, mogłabym wszystko ci powiedzieć, ale boję się, że to będzie woda na młyn dla tych plotkarskich magazynów, które znów tylko napiszą nagłówkami, pomijając sedno. Nie było żadnego prania pieniędzy. Nie fałszowałam, nie oszukiwałam. Przyznałam się, bo to jest tak, że jak człowiek prowadzi firmę, to ponosi karną odpowiedzialność za sposób księgowania. Nie musi mieć nawet świadomości pewnych rzeczy. Są faktury, ty jesteś na nich jako właściciel firmy i ty odpowiadasz. Tak to działa.

Kupiłaś ubrania?

Tak.

I sprzedałaś dalej?

Nie, bo nawet ich nie dostałam, bo jak się później okazało, ta firma sprzedająca chyba w ogóle nie istniała. A w międzyczasie te faktury zostały już formalnie zaksięgowane u mnie jako koszty, dzięki czemu nastąpił zwrot podatku VAT.

I co było dalej?

Gdy zaczęło wychodzić na jaw, że coś jest nie tak, uregulowałam VAT. To było ponad rok temu. Niemniej nie dostałam ani tych ciuchów, ani zwrotu pieniędzy. To była osoba, której ufałam i wydawało mi się, że ją znam, dlatego zapłaciłam. Myliłam się. Finał jest taki, że zostałam oszukana, straciłam pieniądze, a dodatkowo ponoszę karę. Czekam w sądzie na swoją kolej, chcę zeznawać, zakończyć to. Niestety to wszystko trwa. 

Mówisz o karze wizerunkowej?

Nie tylko. Te insynuacje mnie bolą i bardzo szkodzą, pracowałam wiele lat na to, co mam dzisiaj. Dlatego wciąż nie ma mnie na antenie. Tak ustaliliśmy. Myślę, że wkrótce wszystko się wyjaśni, bo czekam niecierpliwie na rozprawę. Wierzę, że sąd mnie szybko wyłączy z tego. Zawsze byłam łatwowierna, mam nadzieję, że ta sprawa w końcu otworzy mi oczy, nauczy czegoś. Najważniejsze to wyciągać wnioski na przyszłość. Dzięki tej sprawie przestałam się przeglądać w oczach innych, łechtać swoje ego dzięki temu, że ktoś powie „och” i „ach” „Ta Marcelina jest świetna”. Teraz uczę się widzieć siebie, przeglądać się w swoich oczach, lubić siebie, akceptować ze wszystkimi wadami. Staję mocno na własnych nogach.

No to teraz zacznę przyjemniejszy temat. Jakie są twoje wrażenia, jeżeli chodzi o motocykl BMW R18, który towarzyszył ci podczas naszej sesji?

Jest przepiękny, dla pasjonata, jakim jestem, aż zapiera dech w piersiach. Jest całkiem inny od wcześniejszych modeli BMW,  bardzo w moim stylu. Charakter i klimat bardzo mi odpowiadają. Dobra robota, BMW!

Ani nasza sesja, ani to pytanie nie jest przypadkowe. Powiedz, co masz w swoim garażu?

Trzy motocykle. Mam starą MZ-kę. Taką turbo starą, chyba z 1971 roku. Mam starego DragStara 650. Kupiłam go ponad 5 lat temu za pierwsze odłożone pieniądze. To taki tani Harley. A w ubiegłym roku – Triumpha Bobera, czarnego matowego, jest piękny, mówię na niego „moje baby”. Jeżeli chodzi o auta, to jeżdżę Jeepem Wranglerem z 2011 roku, z otwieraną paką. 

Bardzo oryginalny garaż. Od zawsze miałaś taką pasję do motocykli?

Pasją do motocykli zaraziłam się wiele lat temu od mojego byłego chłopaka. Okazało się, ze sprawia mi to wielką frajdę, później dowiedziałam się, że mogłam to  zamiłowanie odziedziczyć po babci, która była w przeszłości listonoszką i jeździła Simsonkiem,  rozwoziła nim listy.  Jestem pod wieloma względami bardzo podobna do babci.

Jeździłaś już na Simsonie babci?

Nie, tego Simsonka już dawno nie ma. Ale babcia była zawsze silną kobietą, taką trzeźwo myślącą. Od niej dostawałam najfajniejsze porady życiowe. Mówię: „babciu, rozstałam się z tym chłopakiem. No, ale nie wiem, czy dobrze zrobiłam, on mnie tak  bardzo kochał”. Babcia wtedy mówi: „Marcysiu, który to cię nie kochał.”. I to były porady babci (śmiech). A z kolei rodzice mówili „nie no, już chłopa nie znajdzie. Nie no, musisz się jego trzymać… on to dobry był.” Dla nich był super jakikolwiek mężczyzna. Tylko żeby był. Babcia wręcz przeciwnie, dlatego od babci płynęły najlepsze porady. Rodzice już dawno by mnie wydali za mąż, bo kobieta jest w pełni wartościowa, kiedy ma tego partnera. Tak rozumieją świat, a nie, że kobieta ma po prostu w sobie wartość i nie musi iść na ustępstwa, tylko będzie z kimś, kogo kocha.

Nie powiem nic bardziej odkrywczego, niż to, że to typowe różnice i pokoleniowe, ale i mentalne. Wróćmy do motocykli i rajdów. 

No właśnie. Dzięki temu, że poznałam Marka Dąbrowskiego, już prawie dziesięć lat temu  udało mi się zobaczyć, jak wyglądają rajdy. Dobrze się odnajduje w trudnych warunkach, bo zauważyłam, że nikt mnie tam nie ocenia, nie widzi mnie, jako Marcelinę-Miss Polonię, tylko Marcelinę-kierowcę. W tym świecie mogę być umorusana, w brudnych butach, nie pomalowana, nie wykąpana. Jest po prostu… świetnie! I to pomagało mi się wyzwolić. W sportach motorowych nie czuję też podziału pomiędzy kobietami a mężczyznami. Może dlatego, że jestem trzecią córką, tata od dzieciństwa wzmacniał we mnie chłopięce cechy. Jak każdy ojciec pewnie czekał na syna, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało. Angażował mnie do typowo męskich czynności, za co ogromnie jestem mu wdzięczna.

Uczestniczysz w rajdach już od 10 lat, ale w tym roku udało ci się coś wyjątkowego – przejechać kawał Afryki na trasie legendarnego rajdu Paryż Dakar.

Tak, ten rajd nazywa się Africa Eco Race. Jacek Czachor chciał wrócić tam po wielu latach niejeżdżenia. Udało nam się zebrać pieniądze, zyskaliśmy sponsorów - Mlekovita, Orlen i Caritas. I jestem im bardzo wdzięczna, bo dzięki nim udało nam się zasponsorować w Senegalu 15 ton mleka w proszku dla noworodków, które nie mają możliwości otrzymania pokarmu od swoich mam, które są zarażone wirusem HIV. To mleko trafiło do polskiej siostry Urszulanki, która od ponad 30 lat mieszka w Dakarze i prowadzi dom pomocy, szpital, świetlicę i szkołę. Siostra pomaga im przeżyć w tych trudnych warunkach. Wykonuje tam niebywałą pracę, walcząc ze stereotypami i zasadami panującymi w muzułmańskim kraju. Bo tam nie możesz po prostu czegoś dać, gdyż jedzenie nie trafi do tego dziecka. Gdyby to mleko po prostu rozdawać, to jedzenie poszłoby do mężczyzny, później do najstarszych dzieci i tak po kolei, a dopiero na końcu do noworodka. Więc matki przychodzą do placówki, tam są karmione razem ze swoimi dziećmi. Ten wspólny wysiłek daje im szansę na przeżycie. 

I to wam się udało. Pięknie. Ile czasu tam spędziłaś?

Sam rajd trwał 2 tygodnie, ale cały wyjazd prawie 3. Startowaliśmy z Monako, a z Monako do Dakaru, wiadomo, trzeba było przepłynąć. Płynęliśmy dwa dni, już na statku inni zawodnicy widzieli, że mam opaskę kierowcy. I niedowierzali. Później, jak już zobaczyli mnie gdzieś na trasie, jak jadę ciężarówką, nabrali respektu. Gdy udało się nam dojechać do mety, czułam ogromną satysfakcję i szczęście. Płakałam i śmiałam się jednocześnie. To jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu. Spełnienie marzeń. 

Ile osób liczyła załoga?

Trzy. Pilot Grzegorz Greszta, kierowca, czyli ja, i mechanik, Grzegorz Baran. Najgorsza do okiełznania była Mauretania, przerażające wydmy i ciężkie tereny.  Od zawsze miałam lekki lęk wysokości, więc wspinanie na niektóre wydmy było ogromnym wyzwaniem. 

To było najtrudniejsze?

Nie. Wydawać by się mogło, że  długie trasy, mało snu i kwestie fizjologiczne. Piach, pył czy upał. Ale szczerze nie mogę nazwać tego trudem, bo nie to było dla mnie najcięższe, a bieda, brak wody, prądu i perspektyw na przyszłość, którą tam widziałam rozdzierała mi serce.

Planujesz już kolejny rajd?

Chciałabym. Małą namiastkę mam też u nas, bo ostatnio dostałam się do Hołowczyc Racing Team. Okazało się, że Pascal Brodnicki może pojechać ze mną jako pilot w Dacii Duster. Pojechaliśmy  razem już w trzech rajdach. Pascal skomentował to tak: „Marcel, naprawdę nie byłem pewien. Bałem się. Nie tylko, że z jadę z kobietą, ale też jako pilot. Czy będę Ci w stanie zaufać…”

I zaufał?

Tak. Nawet w trudnych momentach, nie żałował, że zdecydował się ze mną pojechać cały  Puchar Polski.

Czyli wiadomo co Marcelina będzie robić w przyszłości. Jeżeli nie telewizja… to crossy,  motocykle, rajdy samochodowe…

Tak! Dołożyłabym do tego ciężarówki, autobusy, czy nawet kombajny! (śmiech)

 

 

Autor koncepcji: Michał Stankiewicz

Foto: Karol Kacperski

Make up: Monika Zbrzeźna

Stylizacja fryzur: Maciej Kubuj  |  Excellent Q

Backstage: Marta Blendowska, Jaqueline Sgonina

Social Media: Halszka Gronek

Stylizacja: Katarzyna Kobiela  Charme  |  Galeria Klif

Motocykl: BMW R 18  |  BMW Zdunek

Backstage techniczny: Anna Szymkowiak i Jakub Hołubowicz  |  BMW Zdunek 

Produkcja: MS Group Sp. z o.o.