Anna Kiełbasińska

SPORTOWA AWANGARDA

 

Jej ulubionym kolorem jest czarny, ukochanym zespołem Flume, pasją bieganie i fotografia. Jeżeli spojrzycie na sesję, to od razu widać, że ma też wrodzony talent do modelingu! Od kilku lat mieszka i trenuje w Sopocie. Jest starszą szeregową, która wygrała w swoim życiu ważne bitwy na różnym polu. Prowadzi swoje życie alternatywnie, pod własne dyktando, a do tego zdobywa złoto na arenie międzynarodowej! Poznajcie Anię Kiełbasińską, niesamowicie wszechstronną polską biegaczkę, która przebojem wdarła się do „złotej” polskiej sztafety  4 x 400 metrów!

Kim jesteś?

Człowiekiem (śmiech).

To jasne! Zawodowo?

Sportowcem.

Sportowcem? A jaka jest żeńska forma sportowca?

Sportowczyni? Nie… zupełnie to nie brzmi.

Nie ma takiej dyskusji w świecie sportu?

Raczej nie, chociaż sam temat jest bardzo modny. Wszyscy raczej skupiają się na sobie.

Ale nie czujesz się z tym gorzej?

Jestem bardzo elastyczna, tolerancyjna i nie przejmuję się rzeczami, które nie mają bezpośredniego wpływu na moje życie. Wbrew pozorom świat lekkoatletyki jest dosyć konserwatywny. Nie mogę wszystkich zaszufladkować, chociaż panuje tu takie poczucie wspólnoty i przynależności. Niepisana zasada jest taka, że jeżeli ktoś myśli inaczej, to lepiej żeby zachował to dla siebie.

A duża jest między wami rywalizacja, jeżeli chodzi o miejsce w kadrze w danej dyscyplinie?

Oczywiście, każdy walczy jak może.

Sportowo czy pozasportowo również?

Ja walczę tylko sportowo, nie wchodzę w inne konfrontacje. Jestem zainteresowana sportem, to jest moja pasja i chce ją uprawiać. Z własnego doświadczenia wiem, że jak tylko trochę się w to zaangażuje to spadają moje wyniki sportowe. Długo pracowałam nad tym z moją psycholog, by móc się od tego odizolować, chociaż wcale nie jest to takie proste.

Od niedawna mieszkasz i trenujesz w Sopocie, tu jest łatwiej?

Na początku przeprowadziłam się tu głównie ze względu na trenera. Mój poprzedni odszedł na emeryturę, a ja w zasadzie już od dwóch lat wiedziałam, że chcę, żeby dalej prowadził mnie trener Michał Modelski, który ma bardzo otwartą głowę i podejście, które w 100% mi odpowiada. Jednak dzięki tej przeprowadzce okazało się, że chyba poznałam swoje miejsce na ziemi. Często mówię, że mogłabym nie wyjeżdżać na te wszystkie zgrupowania, ponieważ mam tu wszystko, czego potrzebuję. Warszawa kojarzy mi się bardziej szaro i smutno. Wiem, że teraz się rozwija i ma dużo świetnych miejsc, z których zresztą korzystam, ale tutaj w Sopocie mam wrażenie, że ludzie są weselsi, spokojniejsi. Panuje tu taki klimat uzdrowiskowy. Nie jest za dużo, ale
w sam raz.

Bo, twoje korzenie sportowe zostały w stolicy, prawda? Kto odkrył w tobie talent sprinterski?

Odkąd pamiętam byłam szybka, zwinna, dobra w lekkiej atletyce. Jednak prawdziwym bodźcem była moja starsza siostra, która wówczas biegała przełaje i trenowała już w klubie Polonii Warszawa. W wieku 14 lat po raz pierwszy przyklękłam w blokach startowych i pamiętam jak dziś, że mój pierwszy wynik na 100 metrów wyniósł 13 sekund i 40 setnych.

To chyba całkiem nieźle jak na totalną nowicjuszkę?

Wuefista, który mierzył czas od razu zapytał czy trenuję. Zaprzeczyłam, a on zdecydowanym głosem powiedział, że powinnam. Później ot tak skoczyłam w dal 4,80 m - w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że to ponadprzeciętny wynik.

Wrodzony talent…

Chyba trochę tak, chociaż na początku daleko mi było do treningów. Byłam nastolatką, nie zapuszczałam się dalej niż Bemowo, chyba, że z rodzicami, a treningi na starym stadionie Polonii były dla mnie abstrakcją. Był listopad, zimno, ciemno, ja bez żadnych profesjonalnych ubrań - trochę mnie to zniechęcało. Trenowałam w kratkę, ale zaledwie po kilku tygodniach zostałam mistrzynią Warszawy w halowych mistrzostwach młodziczek w biegu na 60 metrów. To był taki przełom, a jednocześnie znak, że jest coś w czym jestem naprawdę dobra.

Właśnie wtedy postanowiłaś zostać zawodową sprinterką?

Chyba tak. Tym bardziej cieszyły wyniki, które na przestrzeni kilku lat były naprawdę dobre - kilkukrotne mistrzostwo Polski, później zmiana trenera, który niestety w młodym wieku z dnia na dzień umarł na zgrupowaniu. Okazało się, że miał wrodzoną wadę serca, wtedy moje zawodnicze życie trochę się zawaliło. To było dla mnie bardzo mocne przeżycie. Przekierowali mnie jednak do trenera, który specjalizował się w dystansie na 400 metrów.

Przez lata specjalizowałaś się w sprintach, skąd pomysł na przedłużenie dystansu do 400 metrów?

W sprincie naprawdę ciężko jest coś osiągnąć na arenie międzynarodowej, a ja chciałam więcej. Nie satysfakcjonowało mnie już dostawanie się do półfinałów zawodów rangi mistrzowskiej. Zrobiłam sobie szybki rachunek - ile lat mi zostało, czego chcę i jaką drogę muszę obrać, by to uzyskać - wypadło na 400 metrów. Z tyłu głowy, jakoś od zawsze wierzyłam, że to będzie dobre.

To chyba idealnie zadziałała kobieca intuicja, bo dzisiaj jesteś wśród sławnych „Aniołków Matusińskiego” - presja?

Raczej motywacja. Dziewczyny postawiły poprzeczkę bardzo wysoko, a jednocześnie wyrobiły w sobie taki spokój, który zaczął się mi udzielać - nie jedziemy na imprezę mistrzowską, by stresować się co to będzie, tylko wręcz przeciwnie, żeby walczyć i wygrywać. Jeżeli z jednej strony masz taki komfort, a z drugiej swoje wyniki na poziomie europejskim, to są to dowody na to, że jest dobrze i nie trzeba się bać. Od początku w to wierzyłam, miałam w sobie dużo ciekawości, a do tego bardzo pragnęłam sukcesu.

A ten przyszedł szybko i w najlepszej możliwej opcji. W pierwszym występie sztafetowym zdobyłaś pierwszy seniorski, i to od razu złoty, medal mistrzostw Europy.

Dystans 400 metrów przyjęłam w kontekście igrzysk w Tokio, wiedziałam, że te wszystkie imprezy rangi mistrzowskiej to przystanki, które muszę odhaczać. Z jednej strony do Glasgow podeszłam właśnie w taki sposób, ale z drugiej strony, coś co dotychczas było tylko myślami, stało się rzeczywistością. To był dla mnie duży szok, ale też tego dnia, pół godziny przed biegiem, zmarł mój ukochany dziadek. Dowiedziałam się o tym kolejnego dnia i ciężko mi było się tak naprawdę cieszyć, dlatego kojarzę to tak różnie…

Większego rollercoastera emocjonalnego sobie nie wyobrażam, jednak mimo wszystko to chyba twój najlepszy rok w karierze?

Zdecydowanie. W maju zdobyłyśmy wspomniany złoty medal, w międzyczasie wygrałyśmy drużynowe mistrzostwa Europy, kilka miesięcy później sztafeta żeńska 4x400 metrów zdobyła wicemistrzostwo świata w Katarze, a w październiku w chińskim Wuhan na igrzyskach wojskowych zdobyłyśmy złoto.

Zdaje się, że ty jako starsza szeregowa Kiełbasińska musiałaś mieć szczególne powody do radości z tego ostatniego zwycięstwa.

Niewiele osób wie, że po igrzyskach w Londynie wstąpiłam do armii i, że to właśnie wojsko umożliwiło mi kontynuowanie kariery! Nie miałam wtedy żadnych dochodów, skończyło mi się stypendium za młodzieżowe mistrzostwa Europy i stanęłam pod ścianą. Wtedy na horyzoncie pojawił się etat w Zespole Sportowym Sił Powietrznych w Poznaniu. To był idealny moment, i wiem, że gdyby nie wojsko, to na pewno dzisiaj bym już nie trenowała. W pełni świadomie mogę powiedzieć, że to właśnie im zawdzięczam swoją sportową karierę.

Masz za sobą loty samolotami wojskowymi? Strzelanie? Poligon? Pytam, bo powiem ci, że ciężko mi sobie to wyobrazić!

Tak było na przeszkoleniu! Jak tam jechałam to moje siostry mówiły: „Sorry Anka, ale to chyba nie dla ciebie”, a ja jak zawsze odpowiadałam przekornie. Początki były ciężkie, ale potraktowałam to jak każde nowe wyzwanie, które w życiu przyjmuję - na 100%. Oprócz strzelania, poligonu, mam za sobą też loty samolotem CASA, gdzie siedzi się dokładnie tak jak w filmach wojennych! To ekstremalnie fajne doświadczenie!

Teraz wciąż jesteś w armii? Jakie jest twoje zadanie?

Tak, cały czas jestem zatrudniona jako żołnierz w zespole sportowym. Moim głównym obowiązkiem jest dbanie o kondycję fizyczną, żeby móc jak najlepiej reprezentować kraj na igrzyskach wojskowych. Może to nie brzmi cudownie, ale etat w wojsku to dla nas - sportowców, duża zapomoga. 

Czy łatwo jest w Polsce być lekkoatletką?

Coraz łatwiej. 

Czy da się z tego utrzymać?

Coraz lepiej.

Dobrze (śmiech). To zapytam inaczej, czy ten sport zmierza w dobrym kierunku?

Zdecydowanie! Bardzo się cieszę, że trafiłam na te lata, w których lekkoatletyka zaczęła być w Polsce doceniana. Zaczęliśmy być zauważani, interesują się nami sponsorzy, dzięki temu wszystko stało się prostsze. Do niedawna było tak, że uprawiałam ten sport tylko ze względu na pasję. To były zarobki, które pozwalały się utrzymać i ewentualnie po uzbieraniu odpowiedniej kwoty z małym kredytem kupić sobie samochód. Teraz już myślę, że może uda się z tego zainwestować coś na przyszłość.

Jednak był moment, kiedy toczyłaś walkę nie tylko o finansowanie. Na początku 2016 roku oficjalnie ujawniłaś, że cierpisz na autoimmunologiczną chorobę, która objawia się okresową utratą włosów. Dlaczego nagle po tylu latach postanowiłaś powiedzieć o tym głośno?

Byłam w beznadziejnej sytuacji. Przez kilka lat było wszystko dobrze, a potem nagle pojawiła się reemisja. Ta choroba jest o tyle paskudna, że naprawdę daje o sobie zapomnieć na jakiś czas, a potem wraca z podwojoną siłą. Stres, wysiłek fizyczny, nieodpowiednio dobrana dieta, doprowadziłam swój organizm do tak skrajnego wyczerpania, że ta choroba się bardzo uaktywniła i wypadły mi praktycznie wszystkie włosy. Wtedy nie byłam już nawet w stanie tego ukrywać. 

Dla nas kobiet to może być szczególnie bolesne…

Długo wypierałam to ze swojej głowy, nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Patrzyłam na swoje rówieśniczki, które upinają sobie długie włosy - ja mogłam jedynie o tym pomarzyć. Do tego  pojawiły się plotki czy to może nie nowotwór? Jednak to był moment, w którym jako sportowiec byłam już trochę rozpoznawalna i miałam dwa wyjścia: albo usiądę w domu, będę płakać, zawieszę treningi i poczekam aż odrosną albo powiem to na głos i dalej będę robić swoje. Na początku było ciężko, dużo spekulacji, ocen, opinii, ale było też bardzo dużo miłych telefonów, wsparcie od znajomych i bliskich. Wtedy jako człowiek odzyskałam wiarę w ludzi.

Ogromna z ciebie fighterka.

Wiesz jak to jest, siedzisz sobie ze znajomymi w restauracji i ktoś nagle zauważył kogoś „innego” - wtedy zaczyna się naśmiewanie, przezywanie - niestety taka jest często rzeczywistość. Wtedy w mojej głowie głównie kiełkowała myśl: „okay, ja też mam coś innego, więc ze mnie pewnie też będziecie się śmiać”, więc automatycznie stało się to tematem tabu.
Jednak okazało się, że jest zupełnie inaczej. Im bardziej oswajałam ludzi i siebie z tym problemem, tym robiło mi się lżej. Jak przestałam się tym przejmować, to nagle włosy zaczęły mi odrastać. Tak naprawdę z każdego z pozoru negatywnego wydarzenia można wyciągnąć coś, co potem zbuduje cię jako inną osobę.

Pewnie doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, że w ten sposób stałaś się inspiracją dla innych ludzi cierpiących na tę chorobę. Pokazałaś, że mimo przeciwności losu, dalej można robić swoje.

Napisało do mnie bardzo dużo osób. Młode dziewczyny, młodzi rodzice, których dzieci mają z tego powodu problemy z samoakceptacją. Ja zrobiłam coming out dla siebie, a finalnie okazało się, że też pomogłam innym. Wyszedł z tego duży pozytyw.

Nie ma się co dziwić, bo dla niektórych jesteś na pewno autorytetem.

No właśnie, nigdy sobie tego nie wyobrażam. Robię swoje treningi, reprezentuję kraj na zawodach, ale nie wyobrażam sobie, że mogę być dla kogoś wzorem do naśladowania. To jest takie wiesz… abstrakcyjne!

Jesteś też kobietą, która przełamuje stereotypy. Po mistrzostwach świata w Katarze w wywiadzie poruszyłaś temat, który dotychczas wśród sportowców był tematem tabu. Chodzi o miesiączkę.

Możesz być doskonale przygotowana, ale natury nie oszukasz. To jest największy pech, gdy akurat nakłada się to z ważną imprezą sportową. Można to oczywiście pewnymi metodami poprzesuwać, ale nie jestem fanką takich rozwiązań, bo wiem, że prędzej czy później gdzieś się to odezwie. U mnie ostatnimi miesiącami to jest dzień, dwa wyjęte z życia, jednak kobiety prawie wcale o tym nie mówią. W naszym środowisku zawsze było to brane za tzw. głupie tłumaczenie, z drugiej strony również przez kibiców jesteśmy traktowani bardzo surowo. Oni zawsze oczekują jak najlepszych wyników i nie ma zmiłuj, jak coś pójdzie gorzej, to już nikt nie zastanawia się jaka była tego przyczyna. Nie chcę niczego usprawiedliwiać, ale pokazać też ludzkie, normalne oblicze trenujących kobiet.

To wszystko o czym rozmawiamy przekazujesz za pomocą portali społecznościowych. Dzisiaj do głosu mocno doszły social media - jak bardzo jesteś zaangażowana w ten wirtualny świat?

Z natury zawsze dążę do tego, by być niezależną w każdej dziedzinie, nie lubię jak ktoś mi coś narzuca, więc zawsze chcę żeby to co robię, było spójne ze mną. Jeżeli chodzi o treści sponsorowane, to nigdy nie angażuję się w akcje, w które po prostu nie wierzę. Polecam tylko te których używam i które są przeze mnie sprawdzone. Nie wciskam kitu i nie zamierzam.

Pytam, bo przejrzałam twojego Instagrama i ten profil jest zwyczajnie ludzki, autentyczny, nienaciągany - widać tu ciebie jako osobę, a nie tylko sportowca. I zdarzy się nawet kawa z ciastkiem! (śmiech).

Ciągle nie wiem jak powinnam to robić. Z jednej strony wiem, że to profil sportowy i ludzie głównie tego ode mnie oczekują, ale z drugiej chcę pokazać, że nie jestem tylko sportowcem, ale też człowiekiem, normalną Anią. Nie chcę za bardzo wchodzić w to życie prywatne, ale jednak trochę korci mnie by je pokazywać. Balansuję.

Jednak to nie jest twój jedyny profil… Na @taktowidze.a pokazujesz siebie jako wrażliwą artystkę.

Zgadza się (śmiech). Umieszczam tu głównie swoje zdjęcia z podróży. Fotografią zaraził mnie mój partner Artur [Waś - olimpijczyk, panczenista], który już od dawna się tym interesuje. Pojechaliśmy razem na Islandię, on z aparatem, ja z aparatem w telefonie i chyba wtedy złapałam bakcyla. Artur stwierdził, że mam „oko” i namówił mnie do kupna swojego sprzętu. Długo zwlekałam, ale jak już kupiłam to wsiąkłam kompletnie.

Pasja czy może nowa furtka na przyszłość?

Mam typową naturę sportowca, wciąż chcę być lepsza i to dotyczy chyba każdej dziedziny w życiu. Sporo podróżuję, i żal mi tego nie wykorzystać. Często na zgrupowaniu mam dużo czasu pomiędzy treningami, a przebywając w hotelu miałam wrażenie, że ten czas marnuję. W fotografii znalazłam brakujący element. Coraz poważniej myślę o tym, żeby kiedyś zacząć się tym zajmować profesjonalnie. Cały czas żyję w stresie, co będę robić po zakończeniu kariery, czy sobie poradzę. Jako sportowcy mamy trochę skomplikowaną sytuację, ponieważ wchodzimy do dorosłego życia jako trzydziestolatkowie bez doświadczenia w fachu. Na szczęście zdaję sobie z tego sprawę, dlatego prowadzę życie właśnie w taki sposób. Staram się nie zamykać tylko na sport, bo wiem, że on się kiedyś skończy.

Gdy reszta kadry odpoczywa w hotelu, ty biegniesz na miasto i czerpiesz z niego garściami. Taka odskocznia?

Zazwyczaj to tak to wygląda. Czasami wypożyczam samochód i jadę w miejsca, które wcześniej upolowałam. Fotografuję głównie krajobrazy, naturę, ale ostatnio zaczęłam interesować się też portretami. Chcę być wszechstronna. Zresztą taka fotografia na wyjazdach z kadrą to, tak jak wspomniałaś, swego rodzaju azyl, którego potrzebuję. Nienawidzę maczać się w jednym sosie przez cały czas. Potrzebuję świeżości, nowych bodźców. Jedni potrzebują skupiać się na sporcie w 110 %. Ja taka nie jestem i uważam, że jestem w stanie zachować pełen profesjonalizm realizując się też na innych polach. Staram się korzystać z życia. Chcę być szczęśliwa. Jeżeli tylko widzę jakieś możliwości i coś mnie zainteresuje, to dlaczego mam z tego nie skorzystać? Dlaczego mam się zamykać tylko do jednej szufladki?

Masz w głowie moment, w którym chciałabyś zakończyć zawodowe bieganie?

Kiedyś myślałam, że po igrzyskach w Tokio, jednak teraz wiem, że to jeszcze nie ten czas. Jestem naprawdę w dobrej dyspozycji, ponieważ moje wyniki wciąż rosną. To napawa mnie optymizmem, ale nie czuję się jeszcze do końca usatysfakcjonowana. Nie mam jeszcze doświadczenia w bieganiu na 400 metrów. Mam za sobą dobre biegi, ale nie mam bardzo dobrego. Czuję natomiast, że mam możliwości, nie wiem gdzie są moje granice, a bardzo chciałabym je poznać! Po Tokio rok na pewno, a później zobaczymy jak będzie z życiem prywatnym, bo wiadomo - zegar tyka i może być tak, że po prostu zostawię po sobie ślad (śmiech).

Wraz z nowym rokiem zaczęło się wielkie odliczanie do igrzysk w Tokio. Jakie plany na najbliższe miesiące?

W styczniu na trzy tygodnie lecimy na zgrupowanie do RPA, gdzie będziemy trenować głównie pod sezon halowy. Na początku marca czekają nas halowe mistrzostwa Polski w Toruniu, a potem zaczynamy przygotowania typowo pod sezon letni. Później Teneryfa, Turcja i zaczyna się sezon, który zacznie się od mistrzostw Polski, po Tokio, a zakończy na mistrzostwach Europy.

Zapowiada się intensywnie - sportowo i fotograficznie (śmiech).

Wszystko na to wskazuje!

Na koniec muszę zapytać, jaki cel na Tokio?

Chciałabym, żebyśmy wszystkie były zadowolone - to jest mój cel!

 

 

Produkcja: Karol Kacperski, Klaudia Krause-Bacia
Miejsce: Luks Sfera Gdańsk
Make-up: Karoli MakeUp

 

112
01/2020

Jej ulubionym kolorem jest czarny, ukochanym zespołem Flume, pasją bieganie i fotografia. Jeżeli spojrzycie na sesję, to od razu widać, że ma też wrodzony talent do modelingu! 

4 x 400 metrów!