Trzy twarze 

Marcina  Mellera

Politycznie anarcho - konserwatysta, a do tego zwolennik opozycji i kryptopisowiec. Dziennikarz, choć nie pisarz. Ale jednak literat. Nie tylko z powodu napisanych już czterech książek, a piątej w planie, ale także z powodu bycia szefem wydawniczym uznanego wydawnictwa Foksal. Warszawski playboy. Jeżeli nawet nie w sensie dosłownym - bo przecież żyje w szczęśliwym związku z „najlepszą z żon” -  to z racji kierowania znanym erotyczno - reporterskim magazynem. I to w najlepszych latach jego świetności. Dziennikarz telewizyjny, niedawno wyzwolony ze śniadaniówki „Dzień Dobry TVN”, za to dający - coraz rzadziej spotykaną w telewizjach - radość ze słuchania interesujących, wyważonych rozmów w „Drugim Śniadaniu Mistrzów”, nadawanym na antenie TVN24. Wreszcie, ten, który powiedział „kurwa” na wizji. Marcin Meller, człowiek o wielu twarzach. Przynajmniej trzech.

#Playboy

Żałujesz Playboya? Po 27 latach znika z polskiego rynku.

Jego wydawca jest po prostu skrajnie niekompetentny. Wiadomo, że padają tytuły, spada sprzedaż prasy. Natomiast Marquard zamknął nie tylko Playboya, ale wszystkie 6 tytułów jakie wydawał. To jest absurd. Mam nadzieję, że to nie koniec Playboya w Polsce.

Ktoś inny wznowi jego wydawanie?

Mam nadzieję. Wiedząc jaka była ostatnia sprzedaż, jaki ma potencjał to spokojnie można wydawać Playboya i na nim zarabiać. To jest przykład niekompetencji ostatniego zarządu firmy.

Niekompetencji w zarządzaniu, czy też złych decyzji co do linii pisma?

Jedno i drugie. W sensie braku pomysłu na pismo, czy też pchania Playboya w jakąś dziwna stronę. 

Masz na myśli decyzję o wycofaniu się z nagości?

Wycofanie się z nagości to była też decyzja Amerykanów. Chodzi bardziej o brak konsekwencji - najpierw się z niej wycofali, potem wrócili i tylko sobie zaszkodzili. Żeby było jasne - rozumiem motywację wycofywania się z nagości. Gdy kierowałem Playboyem miałem pomysł, by pójść z sesjami w bardziej artystyczną stronę.  Zrobić z tego bardziej luksusowy magazyn, z długimi tekstami, reportażami, gdzie do tego będą fajne, a czasem może pikantne sesje wykonywane przez artystów. Ówcześni prezesi z jednej strony doceniali pomysł, ale nie chcieli w tą stronę pójść. Tylko to było ponad 10 lat temu.

W tym roku po raz pierwszy w polskiej historii redaktorem naczelnym Playboya została kobieta. To też była zła decyzja?

Za moich czasów na świecie było przynajmniej pięć naczelnych Playboya. Kobieta kierowała brazylijskim Playboyem, który jednocześnie najbardziej epatował seksem. Jak u nas sesja zdjęciowa miała 8 stron, to oni mieli po 20. Na jednej z corocznych konferencji Playboya siedzieliśmy na plaży w Meksyku i ona mnie przekonywała, że mój Playboy jest za mało seksualny. W Słowenii też była bardzo fajna naczelna. Dlaczego o tym mówię? Problem jest nie w tym, że kobieta została redaktor naczelną, ale to co deklarowała. Głosiła, że Playboy będzie prezentował feministyczny światopogląd. Mam żonę feministkę i bardzo szanuję feministyczny punkt widzenia, ale jak chcę sobie poczytać feministyczne teksty to albo kupuję Wysokie Obcasy albo wchodzę na Krytykę Polityczną, a nie sięgam po Playboya!

Może po prostu Playboy nie ma już racji bytu? Od lat 90. zmieniło się wiele - nie używamy słowa murzyn, krytykujemy polowania i myśliwych, fryzjerzy stali się stylistami, a wybory miss dla niektórych są synonimem obciachu.

Tylko wszystkie te zmiany doprowadziły właśnie między innymi do odwrotnych reakcji, np. tego, że wybory w USA wygrywa Donald Trump. Wiem, że świat się zmienił, ale Playboy i tak sprzedawał 20 tysięcy egzemplarzy, co znaczy, że można było to podciągnąć do dwudziestu paru. Z taką sprzedażą można spokojnie funkcjonować. Kobiety mają mnóstwo pism dla siebie, a faceci nie mają. W zasadzie zostało Logo, Men’s Health. Był taki film „Władza absolutna” z Clintem Eastwoodem. W jednej ze scen jest rozmowa o jazzie. Rozmówczyni Eastwooda ironizuje, że to taka muzyka dla białych facetów po pięćdziesiątce. A Eastwood jej mówi, że może i tak, ale trochę nas jeszcze zostało i całkiem dobrze sobie radzimy. Spokojnie sobie wyobrażam funkcjonowanie zmienionego Playboya skierowanego do dzisiejszych 30- i 40-latków o starszych nie zapominając.

Skoro jednak pism dla facetów jest coraz mniej to może wkrótce powstanie Playgirl dla pań?

Wszystko możliwe. Kobiety nieustająco się rozwijają. Chodzą na Uniwersytet Trzeciego Wieku, dokształcają się, idą na dodatkowe studia. Po drugie mają cały, spójny przekaz popkulturowy - od seriali na każdym poziomie, estetycznym, od głupawych telenowel po ambitne seriale. Kobiety się kształcą, awansują i walczą o swoje. Faceci nie mają takich wzorów, mają pod górę, choć nadal zarabiają więcej, zajmują stanowiska. Jest coś takiego w Polsce, że faceci uczą do trzydziestki, a wyjątki może do czterdziestki. W zasadzie mogliby równie dobrze się położyć do grobu. Kobiety są bardziej mobilne, opuszczają swoje wsie, miasteczka, żeby jechać do większych ośrodków, żeby się uczyć, pracować, kształcić, co powoduje sytuację, że na tych wsiach zostają faceci. I dlatego mamy program „Rolnik szuka żony”. Zostają chłopy, którym nic więcej nie potrzeba, tylko baby. Ale one już wyjechały do miast.

Wracając do Playboya, którym kierowałeś blisko 9 lat, najdłużej ze wszystkich naczelnych - która okładka utkwiła ci najbardziej w pamięci?

Na pewno Anka Mucha. Choćby dlatego, że wydrukowaliśmy rekordowe nakłady. 

Shazza nie miała większej sprzedaży?

Nie. Shazza miała 130 - 140 tysięcy. Mucha pojechała na 160 tys. Po trzech dniach nie było pisma. Zastanawialiśmy się czy robić dodruk, ale zapadła decyzja, żeby jednak nie robić, bo ja potem wyjaśnić zagranicznemu właścicielowi, że sprzedaliśmy 200 tys., a na co dzień sprzedajemy 70. Pamiętam też, że zazwyczaj, jak się robiło sesje z  gwiazdami, to one starały się złagodzić nasze pomysły. Mucha była wyjątkiem, bo ona jeszcze podkręcała i wymyślała, żeby było naprawdę pikantnie. Drugą pamiętną okładkę wymyśliła Łódź Kaliska – grupa artystyczno-happeningowa. Chcieli zrobić akcję z nowym godłem Polski, czyli z Orlicą. I tak powstała ta okładka. Przy okazji odbył się wernisaż, a ja miałem chyba siedem zawiadomień do prokuratury.

A niezrealizowane marzenia?

Przez 9 lat namawiałem Magdę Mołek na sesję, ale nie udało się. Magda była moją największą porażką. Pamiętam jak w swoim programie Kuba Wojewódzki pytał się mnie kiedyś kogo najbardziej Polacy chcą widzieć na okładce Playboya. Odpowiedziałem wtedy, że najczęściej chcą Edyty Górniak.

No i była na okładce.

Była. Ale Polacy też chcieli Jolantę Kwaśniewską jak była pierwszą damą.

Proponowałeś Jolancie Kwaśniewskiej sesję?

Nie, ale powiedziałem to w programie u Kuby. Później uznałem, że za późno ugryzłem się w język, że to było trochę niestosowne, bo to jednak pierwsza dama. Minął jakiś czas i spotkałem na imprezie Olę Kwaśniewską, która wspomniała o mamie. Wyjaśniłem, że głupio mi, że tak powiedziałem. A ona na to: słuchaj ja oglądałam z mamą tego Wojewódzkiego. I jak tyś to powiedział, to mama zrobiła takie hohoho! 

#DZIENNIKARZ

Czemu pożegnałeś się z Dzień Dobry TVN? Z powodu odejścia Magdy Mołek?

Tak. Występowaliśmy z Magdą Mołek jako duet, a ona miała dość DDTVN, więc odeszliśmy razem.

Gdyby Magda dalej prowadziła ten program to …

Gdyby Magda dalej prowadziła, to na pewno bym dalej prowadził. Z kolei jak ona odchodziła, to wiadome było, że ja odchodzę. 

Nie było ci żal? Jednak kawał życia tam spędziłeś.

Pewnie, ale drugi raz odchodziłem, więc mam już praktykę. Odchodziłem z Polityki, odchodziłem z Playboya. Odchodziłem z… , na pewno skądś jeszcze odchodziłem. Widzieliśmy się z Magdą niedawno, w gronie rodzinnym i zastanawialiśmy się nad wspólnymi pomysłami na przyszłość. No i tyle. 

Prowadzisz w TVN24 program „Drugie Śniadanie Mistrzów”, zupełnie inny od DD TVN. No i w pewnym sensie jest twoim autorskim programem, chociażby pewnie dlatego, że sam prowadzisz rozmowę, dobierasz gości i kształtujesz tematy. Nie podejrzewam, żeby tematy w DD TVN wychodziły od ciebie.

„Drugie śniadanie mistrzów” robią trzy osoby.  A w zasadzie to Magda Zasadni, dziennikarka i dokumentalistka i ja. Pracowała w DD TVN i odeszła, chwilę po nas. Zbiera tematy, a jak mi coś wpadnie w oko to jej podsyłam linka. I w piątek wysyła dokumentację mnie i gościom. W pigułce opisane są tam tematy na które będziemy rozmawiać. Zabawne było to jak kiedyś zadzwonił do mnie jeden z moich gości, który miał iść do jakiegoś programu publicystycznego, a wrócił akurat z zagranicy i nie bardzo wiedział, co się dzieje. Zapytał czy mógłbym mu podesłać tą dokumentację, bo Magda tak świetnie to robi. Co do gości - mam swoją bazę, Magda też podsyła całą listę, których gdzieś zauważyła i można spróbować. Zawsze staram się jakiś nowych zapraszać. Staramy się też ich dopasowywać, gdy są jakieś powszechnie znane „anse” pomiędzy niektórymi ludźmi.

Analizujesz dobór gości pod kątem, kto kogo nie lubi?

Tak, bo sam wiem, jak to jest. Nie grymaszę specjalnie, ale jest parę osób w Warszawie, z którymi nie siadłbym przy stole. I nie chodzi o sprawy polityczne, ale o prywatną opinię o nich. Staram się też trochę pokoleniowo gości dobierać. Jak był za duży rozstrzał wiekowy to momentami brakowało komunikacji. Ogólnie to jednak mieszam.

Politycznie i światopoglądowo też mieszasz?

Staram się, choć u mnie twardej prawicy nie ma.

Bardziej chodziło mi o światopogląd. Szukam w programach publicystycznych dyskusji. Nie ma nic gorszego jak siedzi kilka osób, które się całkowicie ze sobą zgadzają. Wtedy zaczyna się wyścig kto powie bardziej krytycznie o przeciwnej, nieobecnej grupie światopoglądowej. 

Staram się nie zapraszać ludzi, którzy mają bardzo podobne poglądy. Poza tym, których zapraszam po raz pierwszy, bo wtedy to wychodzi niejako w praniu. Czasem wiem, że to ludzie teoretycznie tej samej opcji politycznej, ale między nimi iskrzy. Zapraszam i patrzę co się będzie działo.

Jest ktoś politycznie wykluczony z twojego programu?

Nie zapraszam twardych prawicowców. Biorę na klatę te zarzuty, że u mnie jest przechył w stronę dzisiejszej opozycyjności, bo jest już tyle programów, gdzie się goście zwyczajnie naparzają. A my chcemy sobie pogadać.

Tylko, że widz musi potem skakać po programach, by móc poznać wszystkie punkty widzenia. O ile oczywiście chce je poznać. 

Mój program ma swoich fanów, zwłaszcza w takich miastach średniej wielkości. To jest formuła takiej inteligenckiej rozmowy ludzi kultury… I ja przy tym dłubać nie będę. 

Czyli nie zobaczymy u ciebie dyskutującego Janusza Rewińskiego z Maciejem Stuhrem albo Jana Pietrzaka z Agnieszką Holland?

Nie.

To są też ludzie kultury.

Zgadza się.

Choć mocno ukierunkowani politycznie.

Zgadza się. Ale to tak trochę jak było z Playboyem, gdzie ustaliliśmy zasadę, że nie robimy wywiadów z ludźmi, których uważamy za palantów, nawet gdyby miały się cieszyć dużym czytelnictwem. Jeżeli uważamy, że coś jest do dupy, w ogóle się tym nie zajmujemy. Tak jest z „Drugim śniadaniem mistrzów”. Nie jestem masochistą i nie będę się zmuszać.

Szczerze. A czy masz świadomość, że prowadzisz program luksusowy? W tym znaczeniu, że ludzie kultury mogą w telewizji swobodnie przez 40 minut mądrze dyskutować. 

Oby nie za bardzo luksusowy, bo wiem, jak to się kończy. 

A ty jakie masz poglądy? 

Nie mam spójnego światopoglądu. Mam opinie na różne tematy. Zdecydowanie bliżej mi do świata niepisowskiego,  a „dobrą zmianę” uważam za katastrofę dla Polski. Dla sporej części widzów jestem jednak kryptopisowcem, dostaję regularnie bury, że tak naprawdę powinienem pracować w TVP. To wynika z tego, że nie jestem ślepy. Jeżeli PiS zrobi coś z czym się zgadzam to mówię to. Mój kolega powiedział, że jestem znanym przypadkiem anarcho-konserwatysty. I coś w tym jest, bo łączę u siebie wiele rzeczy. np. szacunek dla instytucji państwa, wojska, policji i tradycji. Z drugiej strony jeżeli chodzi o sprawy aborcji, czy legalizacji marihuany jestem bardzo liberalny. W sprawach gospodarczych jestem centrowy, a co do przyjmowania uchodźców mam zdanie bliższe prawicy, niż 95% osób z mojej bańki. Moja własna żona się ze mną nie zgadza.

Polityczne nieokreślenie jest z pewnością atutem jeżeli chodzi o zawód dziennikarza. Tym bardziej, że to cecha zanikająca.

Jak mi się urodził syn, czyli 7,5 roku temu to wtedy Mikołaj Lizut z Krzysztofem Skowrońskim żartowali, że u Mellera jest jedno z ostatnich miejsc w Warszawie, gdzie ludzie z dwóch stron sobie gadają. No, ale na pępkowym córki Barbary - dwa lata później - już tam z tej prawej strony były może 2, 3 sztuki. Podejrzewam, że jakbym teraz robił, to już by pewnie nikogo nie było z tej strony pisowskiej, choć ja bym zaprosił. Nie zrobiłem swojej pięćdziesiątki rok temu, bo mnie trochę to przytłoczyło, ale mam teraz taki plan, że zrobię na wiosnę 51,5. I zobaczymy kto przyjdzie.

#LITERAT

Jesteś szefem dużego wydawnictwa. Mam wrażenie, że dzisiaj mamy renesans pisarstwa, literatury, a książek, nowych tytułów pojawia się więcej niż dekadę temu.

Spadek czytelnictwa zatrzymał się dwa lata temu, choć nadal jego poziom w Polsce jest na beznadziejnym poziomie, jeśli chodzi o Europę. Pula wydawanych książek jest podobna jak 10 lat temu. 

Za to tytułów jest znacznie więcej.

Tak, bo poza nielicznymi wyjątkami spadają nakłady pojedynczych tytułów. Ten rynek jest coraz bardziej rozdrobniony. To też jest specyfika polskiego rynku. To co zabija polski rynek Anno Domini 2019 - może to zabrzmieć dziwnie - to Remigiusz Mróz i Olga Tokarczuk. Ktoś tam wyliczył, że gdyby Mróz wydawał wszystkie swoje książki w jednym wydawnictwie, to by było 3. lub 4. największe wydawnictwo w Polsce. Chwała geniuszowi Mroza, natomiast Polacy, którzy chcą sięgać po kryminał, sensację, to sięgają po Mroza. Inni autorzy mają gorzej.

A rola Olgi Tokarczuk?

Od Nobla jest prostu amok. Wszyscy kupują Tokarczuk i jak znam życie, 95% z nich postawi ją na półkę. Na Targach Książki w Krakowie wielu wydawców wspominało, że od momentu Nobla nastąpiła zapaść sprzedaży ich autorów. Po prostu Polacy mają przygotowaną  pewną sumę na książki i Nobel sprawił, że w dużej mierze idzie na książki Tokarczuk. Nie na zasadzie wartości dodanej tylko zamiast. Byłem ostatnio na poczcie i jak zobaczyłem przy stanowisku kasowym taki mały stand, gdzie był Mróz i Tokarczuk, to poczułem atak paniki.

O ilu sprzedanych książkach w Polsce można powiedzieć, że to jest sukces? 

Sukces w Polsce zaczyna się już od 10 tysięcy, a niektórzy to wiem, że sprzedali 7 tysięcy i mówią, że to bestseller. Choć my wydaliśmy ostatnio książkę pt.  „Pacjentka” autorstwa Alexa Michaelidesa i idziemy z nią w kierunku 200 tysięcy sprzedanych egzemplarzy.

Dużo.

To jest wynik w Polsce monstrualny. Hiper bestseller to jest ponad 100 tysięcy. I takich możemy policzyć dosłownie na palcach, pomijając Tokarczuk.

Kto tyle sprzedał?

W ostatnim roku mieliśmy wspomnianą „Pacjentkę”, powyżej 100 tysięcy miała Anja Rubik i jej „Sexedpl”. Potem jest kategoria bardzo solidnego bestselera. To powyżej 30 tysięcy. A powyżej 15 tysięcy to jest naprawdę sukces.

Mówimy teraz o literaturze tylko i wyłącznie w kontekście wyników sprzedaży, a nie jej wartości. To może warto wydawać takich pisarzy jak Anna Lewandowska, Katarzyna Cichopek, Radosław Majdan, Krzysztof Ibisz, czy też Małgorzata Rozenek.

Tak, ale każdy przypadek trzeba by potraktować osobno

Katarzyna Cichopek to chyba już 3 książki wydała.

Jej prawo. Natomiast każdy przypadek jest indywidualny. Ja z góry poza psychopatami politycznymi nikogo nie skreślam. 

Ale tych autorów nie ma u ciebie…

Nie. Musiałbym to przeanalizować, bo to nie jest takie oczywiste, że znane nazwisko wystarczy do dobrej sprzedaży. To nie jest automat w tej dziedzinie.

W dziedzinie literatury.

W książce.

Czy są książki, które nie są literaturą?

Traktuję to jako coś jakościowego. Ja np. nie jestem pisarzem, choć wydałem 4 książki. Pisarzem jest Andrzej Stasiuk, Zygmunt Miłoszewski, Szczepan Twardoch, czy Kuba Żulczyk. Mamy w wydawnictwie taką kategorię - honory domu. Świadomie podejmujemy decyzję o wydaniu iluś tam tytułów rocznie, wiedząc, że możemy na nich stracić finansowo. Robimy to w imię spraw wzniosłych.

A dziennikarze dobrze sprzedają się? 

Zależy kto. 

Bardziej decyduje nazwisko, czy tematyka?

Nazwisko działa, ale też tematyka. Na przykład daleko nie szukając - laureat Nike, Czarek Łazarewicz i książka „Żeby nie było śladów” o sprawie Przemyka. To był bestseller. 

Ty też masz na koncie bestsellery. Długo dojrzewałeś, żeby napisać książkę? To dużo większa forma niż reportaż, wymagająca dużo więcej czasu.

Pierwszą napisałem wspólnie z żoną. O Gruzji. To jest książka dziennikarsko - podróżnicza. Dla mnie to było fajne, że nie musiałem przestrzegać takich form, słownictwa jak to było w przypadku reportaży. Mogłem sobie jechać jak chciałem. Na dobre i na złe. Pisałem językiem mega potocznym. Następna książka „Między wariatami” to był zbiór moich reportaży z lat 90. i nowszych tekstów. Potem był „Sprzedawca arbuzów”, wyłącznie felietony, a teraz kolejna książka „Nietoperz i suszone cytryny”. Czyli the best moich felietonów z ostatnich trzech lat oraz opowieści o mediach od kulis. Dlatego mówię, że nie jestem pisarzem, ta weryfikacja dopiero nastąpi, bo chcę napisać powieść. Dzięki pisaniu felietonów wyzwoliłem się w pisaniu i znalazłem
swój styl.

Tak też jest napisany „Nietoperz i suszone cytryny”, którego promujesz podczas nieustającego tournée.

Dużo jeżdżę po Polsce. Prawie, jak Andrzej Duda, który zjedzie do wyborów wszystkie powiaty, gminy. I ludzie się mnie pytają, jak było w Playboyu, jak w TVN24 i jak to się stało, że powiedział pan „kurwa” na antenie. I te moje autorskie spotkania pcham nieco w stronę stand-upów. Niezależnie czy jesteśmy w Gdyni, Iławie, Sanoku czy Warszawie. Tak też układałem „Nietoperza”, żeby te historie były ponadczasowe. Opisuję więc i Playboya i „Drugie  śniadanie mistrzów”. Jako mistrz dygresji jestem z takiej szkoły, że jak na  spotkaniach czasami ktoś mi zadaje pytanie i odpowiadam 20 minut, to na końcu nie wiem, jakie było pytanie. Trochę jak w opowieści barokowej - tam ktoś idzie przez las, podniesie drzewo, to drzewo to jest taki gatunek i to jest opowieść o drzewach. To mój sposób opowiadania.

Jak tak opowiadasz to właśnie przypomniało mi się, że nie zadałem ci pytania o „kurwę”.

Za chwilę będzie 30 lat, jak pracuję w mediach, a przejdę do historii, jako facet, który pierwszy powiedział na żywo w telewizji „kurwa”. A mam też inne historie. Bardzo często byłem kandydatem drugiego wyboru. Z tym, że ja się nie obrażam, traktuję to jako życiową szansę. W „Agencie” ktoś inny miał być prowadzącym. Dosłownie parę dni przed rozpoczęciem zdjęć we Francji zadzwonili do mnie z propozycję w akcie desperacji. Bez castingu. Potem Dzień Dobry TVN. To samo, miał być ktoś inny, gwiazda, która nie chciała, bo się bała, że to nie wyjdzie. Kogo wziąć? Mellera. Potem Playboy. Naczelny już był, ale zabalował i trzeba było mieć rezerwę. Potem powrót do TVN po latach, bo kolega Sołtysik zabalował. Z braku laku stwierdzili, że zamiast szukać jakiegoś ideału mają Mellera.

To brzmi jak „drugi” w filmie „Nic śmiesznego” z Cezarym Pazurą, z tą różnicą, że u ciebie z pełnym happy endem, a i sukcesem.

Tak. I takie historie opisuje w swojej książce. Chodziło mi, by była takim polepszaczem nastroju. Najbardziej uroczy komplement dostałem od pewnej pani, która wylądowała w szpitalu i miała ze sobą moją książkę, co bardzo poprawiało jej nastrój. Jedyna wada była taka, że nie mogła rżeć tak bardzo jakby chciała, bo obok leżała jakaś kobieta po ciężkiej operacji.

Czyli tą książkę polecasz wszystkim pacjentom?

Wszystkim ludziom, którzy mają doła. Są po rozstaniu jest albo w kryzysie w związku. Jak im w pracy nie idzie, w szkole nie idzie, egzamin oblali na studiach, dzieci ich wkurwiają, rodzice ich wkurwiają, szef ich wkurwia. Wszyscy wkurwiają.

Czyli polecasz całej Polsce.

Na to wychodzi.