Coś wesołego w smutnym miejscu

Człowiek, który pokolorował gdańskie ulice. Kiedyś gwiazda hiphopowego podziemia, dziś ceniony artysta, którego murale ozdabiają wnętrza biurowców i modnych restauracji. Marek „Looney” Rybowski mówi dziś o tym, gdzie jeszcze go nie było.

Kiedy graffiti wyszło z podziemia?

Graffiti ma różne nurty, a graficiarz może obrać różną drogę. Są tacy, którzy malują już ponad 20 lat i nadal zostają w podziemiu, uprawiając tzw. bombing, czyli nielegalne malowanie na ścianach. Są też tacy, którzy to rozwijają w kierunku malarstwa, projektowania czy architektury. Często w ich pracach widać inspiracje z czasów graffiti.

Twoja sztuka zmieniła się na przestrzeni dwudziestu paru lat. Z ulicy weszła do ładnych pomieszczeń, jak Olivia Business Centre czy modna knajpka.

No tak, moje prace wyszły z ulicy do galerii, z wiaduktów do biurowców klasy A. Mój przykład pokazuje, że sztuka ulicy to nie musi być wandalizm. Pokazuję dzieciakom, że jeśli ktoś ma na to zajawkę, to może się to stać jego drogą zawodową.

Czy człowiek z podziemia, wchodząc na salony, nie traci swojej wiarygodności?

Jestem jednym z pionierów trójmiejskiej sceny. Większość ludzi wie, w jakich ekipach byłem i z czym miałem do czynienia. Teraz po prostu maluję, bo sprawia mi to frajdę, nieistotne, czy na obrazie, czy na murze. Wielu oldskulowych graficiarzy obecnie robi wielkoformatowe murale dla wielkich korporacji. Wykonują zlecenia w kraju i za granicą. Po godzinach nadal staramy się kilka razy w roku spotkać i pomalować wspólnie graffiti. Nie straciliśmy kontaktu z ulicą, pamiętamy o swoich korzeniach.

W Polsce powstaje coraz więcej murali. Jak pozyskuje się pozwolenie na ścianę?

Zazwyczaj występuje się o zgodę do wspólnoty, rozmawia z mieszkańcami, składa wniosek w odpowiednim urzędzie. Potrafi to potrwać. Jednym z moich murali jest dziewczynka z kotem na ulicy Kartuskiej. To powstało w porozumieniu z mieszkańcami, wspólnotą i konserwatorem. Cieszę się, że przebrnąłem przez tą całą biurokrację, bo odbiór lokalnej społeczności był bardzo pozytywny. Faktycznie w Polsce panuje moda na murale, a z modą u nas w kraju ludzie często się zagalopowują. Nie można wszędzie paćkać ścian, warto, by mural miał uzasadnienie w otaczającej go architekturze. Nie wszystko musi być pomalowane, ale jeśli sąsiedztwo jest ponure, warto dodać coś, co osłodzi mieszkańcom widok.

Dlaczego sztuka i, jeżeli sztuka, czemu akurat graffiti?

Wszystko zaczęło się od jazdy na deskorolkach w połowie lat 90. Moi rodzice wyjechali do pracy pod koniec lat 80-tych. Mieszkaliśmy kilka lat na Fiji, a potem w Australii, gdzie zacząłem jeździć na desce. Deskorolki często były ozdabiane grafikami z elementami graffiti. Wraz z kolegami, inspirowani tym co widzieliśmy na tych grafikach, zaczęliśmy szkicować swoje projekty i pomaszerowaliśmy z nimi na ścianę.

Czyli dosłownie przywiozłeś do Polski kolor.

Tak. Malowaliśmy wtedy zupełnie nie patrząc, jakiego rodzaju sprayu używamy. Bo są spraye lepsze i gorsze. Potem docierało do mnie, że trzeba sobie wymyślić jakąś ksywę. Jako pierwszy malowałem postacie, a znajomy przezwał mnie po kreskówkach Warner Bros „Looney” i tak się przyjęło. Naturalnie przeszło więc z deskorolki na spray, ze sprayu na rap, a potem z powrotem na spray, choć nie tylko tym narzędziem maluję.

Co myślisz o dzisiejszej scenie hiphopowej?

To dziś potężny biznes. Ludzie, którzy są gwiazdami sceny, zarabiają duże pieniądze. Polski hip hop to nie tylko muzyka, to też np. ubrania, które sprzedawane są nie tylko w Polsce, ale między innymi na Białorusi, Ukrainie. To wielokierunkowy rynek. Kiedy zaczynaliśmy, w najśmielszych snach nie przewidywaliśmy, że to się tak rozrośnie. Ludzie, którzy to zaczynali, zrobili kawał dobrej roboty i nawet dla mnie to jest nie do ogarnięcia. Niemniej ja zająłem się swoim malowaniem i jest mi z tym dobrze. Nie śledzę na bieżąco wszystkiego, co się dzieje, bo tak jak powiedziałem, nie mam na to czasu.

Czujesz, że tobie też się udało?

Lubię to, co robię. Niektórzy koledzy mówią, że powinienem był zostać przy muzyce, bo dla niektórych słowo „udało” wiąże się z ogromną popularnością, którą inni mają wokół siebie. Są przy tym dojrzałymi artystami, nie zatracili siebie. Z jednej strony jest większy hype i fame, a z drugiej – niepewne jutro. Dobrze się czuje z tym, czym się zajmuję i ostrożnie sądzę, że jestem szczęśliwy. Chciałbym więcej robić poza granicami Polski, niemniej mam teraz tyle pracy tutaj, że jak będę miał czas...

Masz na myśli Europę Zachodnią?

Tak, kierunek zachodni, Europa i dalej. Było kilka propozycji wernisaży, ale nic się nie zazębiło czasowo. W tym temacie jeszcze dużo przede mną 

Wielu ludzi mówi, że hip hip to ostatnia subkultura, w której ludziom o coś chodziło.

Ja i wielu moich znajomych jesteśmy podobnego zdania. Spójrz na pokolenie naszych rodziców. Każde pokolenie mówi, że za ich czasów to była kultura i sztuka, a teraz jest bajzel i jazgot z głośników. Zazwyczaj nowe nurty potrzebują trochę czasu, by zostać docenionymi.

Nie dissuję tego, co nowe, bo może prędzej czy później powstanie z tego coś inspirującego. Potrzeba do tego spojrzenia z perspektywy czasu. Ale tak, uważam, że hip hop to ostatnia z ciekawszych kultur. Zresztą stworzyła podwaliny pod taniec, sztukę obecną dzisiaj na świecie. Taniec, DJ-e, rap. Teraz to jest wszędzie. 

To znaczy, że wy hiphopowcy, dobrze wylądowaliście.

Raczej tak, choć nie obyło się bez ofiar. Początki nie były łatwe. Granie koncertów, nagrywanie muzyki spotykało się z wieloma utrudnieniami. Żeby malować, dostać pozwolenie na jakąś ścianę, było potwornie trudno. Teraz jest dużo łatwiej. Ci, którzy przetrwali, dalej tworzą, do tego mają własne firmy, biznesy, wytwórnie płytowe, zainwestowali w działalność.

Kiedy pójdziesz szukać ściany dla siebie?

W marcu albo w kwietniu. Mam już przygotowane ściany, ale nie chcę zapeszać. Trzeba śledzić mój fanpage, tam wszystko będzie wyjaśnione.

Mówiliśmy, że kultura hip hopu była zaangażowana. Czy ciebie jeszcze rusza to, co dzieje się w społeczeństwie, polityce?

Często maluję na osiedlach, gdzie zdania i poglądy są podzielone, a mury szare. Swoimi pracami nie chce wzbudzać kontrowersji, zależy mi, by wnieść szeroko pojętą wesołość i humor. 

Nie chciałbyś być niczym Banksy?

Podoba mi się jego pomysłowość. Sam chętnie czasami bym złamał swoje prace krótkim, graficznym komunikatem, ale mój styl malowania jest bardziej malarski. Mniej zaangażowany politycznie.

Gdzie się widzisz za pięć, dziesięć lat?

Ostatnio zajmuję się głównie wykonywaniem zleceń. Robię to któryś rok z kolei i bardzo mnie to cieszy, ale chciałbym mieć więcej czasu, żeby móc popracować nad autorskimi pracami. Zaprezentować się także w Europie czy też w Stanach.

W Stanach jest już dużo graffiti i murali.

Jest tego trochę, ale polscy muraliści reprezentują wysoki poziom i wielu z nich jest rozchwytywanych na światowym rynku.

A jak ludzkość skolonizuje już Marsa, to chciałbyś postawić tam swojego taga?

(Śmiech) Powiem szczerze, że chętnie bym się tam przeleciał. Tylko o ile mógłbym wrócić, bo mam tutaj masę roboty. 

 

110
11/2019

Chwilę przed wywiadem usiedliśmy 140 metrów nad ziemią i zachwycaliśmy się widokiem na spokojne, skąpane w słońcu morze.