Katarzyna Groniec

Gwiazda z undergroundu

W latach 90. była „Anką”, gwiazdą musicalu „Metro”, by potem stać się dojrzałą i wyrazistą wokalistką, a także autorką tekstów i muzyki. Dzisiaj to prawdziwa „firma” jeżeli chodzi o piosenkę aktorską i poetycką. Mocno utytułowana, a do tego mieszkanka Sopotu. „Smutek nie jest dla wszystkich. Żeby go używać, trzeba wiedzieć jak” – mówi artystka. W rozmowie z Prestiżem opowiada nie tylko o swojej twórczości, ale i dzisiejszej branży muzycznej, popularności, feminizmie, no i o Sopocie.

Jak to się stało, że Sopot jest pani domem?

Mój mąż jest z Sopotu i to mnie łatwiej było przenieść się tutaj. Nie jestem przywiązana do miejsca czy do etatu. Jeżdżę  z koncertami po Polsce, a mąż jest inżynierem od statków, więc mieszkanie gdzie indziej nie byłoby dobrym pomysłem.

Czyli ta historia nie ma nic wspólnego z romantyczną wizją artystycznego Sopotu?

Jest romantyczna, bo zakochałam się w moim mężu. Ale nie chodziło o sopocką plażę.

Rozmawiamy w trakcie Open’er Festivalu. Czuje pani, że ze swoimi kameralnymi występami w Teatrze Atelier konkuruje z tym wielkim wydarzeniem?

Rzeczywiście w tym roku mam trochę trudniej, bo moje występy  otwierają sezon Teatru Atelier, który dzieli przestrzeń z innym teatrem, więc zanim  się  teatr Atelier organizacyjnie rozgości i umości, mija jakiś czas, bilety nie mogą pójść do sprzedaży odpowiednio wcześniej a  na to wszystko nałożył się jeszcze Open’er. Wczoraj zapytałam publiczności, kto jest przyjezdnym, a kto miejscowym i wszyscy byli miejscowi. No i fajnie!  Więc jest dodatkowy dreszczyk emocji jak to będzie  w tym roku, ale, że nie pierwszy raz gram w  Atelier - jestem dobrej myśli. 

Jest pani gwiazdą, ale zawsze trochę w undergroundzie.

W undergroundzie  - to dobrze brzmi. Chciałabym, ale to gdzie jestem  raczej  przypomina margines. Tak, trzymam się z boku. Czasem to nie jest łatwe, a czasem zbawienne. Staram się podejmować decyzje artystyczne nie przybierając wymyślnych póz, które na dłuższą metę byłyby dla mnie nie do wytrzymania. Wiem, że choruję kiedy robię coś wbrew sobie, więc zazwyczaj nie robię. Pilnuję prawdy, choć pokusa, żeby się przystroić w cudze piórka bywa silna. 

Jaka to prawda?

Środków wyrazu pozbawionych efekciarstwa. Lubię zostawiać tylko rdzeń tego, co mnie interesuje. 

Co myśli pani dziś, gdy patrzy pani na swoją koleżankę z „Metra”, Edytę Górniak?

Że od pierwszego wejrzenia nikt nie miał wątpliwości, że będzie błyszczeć i że pięknie potoczyła się jej kariera. I  wierzę, że wybrała to, co kocha najbardziej. Rozumiem, że to pytanie jest pytaniem porównawczym, to jeszcze dodam , żeby rozwiać wszelkie wątpliwości: każda z nas wybrała przestrzeń w której czuje się najlepiej. O ile w ogóle mogę wypowiadać się w imieniu Edyty, z którą ostatni raz rozmawiałam mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu wyłącznie na tematy błahe typu ładna dziś pogoda. 

Zasiada pani w jury konkursu piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Dziś jest pani po profesorskiej stronie.

Brzmi poważnie. Zasiadam w różnych jury. Zapraszano mnie do jurorowania jeszcze zanim ukończyłam trzydziestkę, co wprawiało mnie w zakłopotanie więc odmawiałam. Mam wrażenie, że czasem wystarczy być choć trochę popularnym, żeby zasiąść w obrotowych fotelach i mówić kto ładnie śpiewa, a kto brzydko. Ale dziś, ponieważ moje doświadczenie bywa starsze od wieku niektórych jurorów oraz fakt, że  udało mi się czasem dotrzeć w piosence aktorskiej do jej sedna, usprawiedliwia moją obecność również w  jury PPA.

I jak wygląda młody narybek wokalistów tego nurtu?

Różnie. Piosenka aktorska się zmienia i stała się pojemnym terminem. Właściwie chodzi w niej głównie o interpretację więc przymiotnik aktorska używany jest po to, żeby odróżnić ją od bezmyślnego śpiewania. Ważne jest, żeby forma nie była pusta, a treść nie była pozbawiona formy. Dobrze jest poszukać  nowych, ciekawych narzędzi. W tym roku fantastycznie się to udało Ralphowi Kaminskiemu.

A propos obrotowych foteli – pani córka, Marianna, wystąpiła w programie „The Voice of Poland”. Nie odradzała jej pani?

Odradzałam. I dopiero za trzecim razem mojego odradzania zbuntowała się i powiedziała, że i tak pójdzie. Odradzałam jej, bo wydaje mi się, że to nie jest miejsce dla niej. Ale ja jestem matką, więc jestem zbyt blisko i pewnie nie potrafię spojrzeć na nią obiektywnie. Marianna pisze świetne piosenki i wierzę, że  dojrzeje do tego, żeby je wydać.  

Dlaczego uważała pani, że taki program nie jest dla Marianny?

Bo Marianna szuka inaczej i to trudniej docenić w tego typu programach – ale na szczęście nie w ogóle.

Czy na polskiej scenie szerzy się dziś celebrytoza?

Celebrytoza zawsze była.  Na miarę swoich czasów, oczywiście. I nazwa była inna.  Kiedyś mieściła się na jednej stronie gazet, tygodników czy miesieczników z  przewrotnym dopiskiem „ wydarzenia kulturalne”, potem w prasie brukowej a dziś na pudelku. Jest popyt, jest podaż. 

W Sopocie jest spokojniej pod tym względem?

Nie sądzę. Tu wypoczywają gwiazdy! Gdyby nie chciały być fotografowane leżałyby na plaży w Dźwirzynie. 

Grała pani w„Metrze”. Czy pozostało w pani coś z postaci Anny?

To nie była Anna, tylko Anka. To był straszny dzieciuch, naiwny i przepełniony wiarą w świat i w ludzi. Trochę ładny, trochę smutny, trochę brzydki,  pijane dziecko we mgle. Czy się utożsamiałam wtedy? Oczywiście. Byłam nią albo ona mną. Potrafiłam jedynie być sobą. Główne cechy charakteru raczej z wiekiem się pogłębiają, znika jedynie świeżość i niewinność, więc coś jeszcze z Anki pewnie w sobie noszę, choć niewatpliwie jestem dziś inna.  

Pani najnowsza płyta, „Ach!” jest właśnie o odradzaniu się, powrotach do siebie, kończeniu czegoś i zaczynaniu na nowo. 

Życie składa się z takich zakończeń i początków, więc co jakiś czas dociera się do takiej pętli i zaczyna wszystko od nowa.

Większość tekstów na tej płycie jest pani autorstwa. Ale nie od początku swojej kariery śpiewa pani własne teksty. Jak dojrzewała pani do tej odwagi, żeby zaprezentować się jako autorka?

Cały czas pracuję nad odwagą, bo wcale nie jest to proste, szczególnie, jeśli na początku śpiewa się cudze teksty i są to teksty na  wysokim poziomie. Dużo łatwiej mając lat naście napisać kilka piosenek i dzięki nim się stać niż schodzić z  wysokiego poziomu, szukać go w sobie i bywa,że nie znajdować. W pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: ok, taka jestem, to jest moje. 

Postrzega się pani jako silną kobietę?

Tak.  Co nie znaczy, że nie bywam słaba.

Przyklejono pani etykietę pani od smutnych ballad. Czy to jeszcze pani przeszkadza?

Przeszkadza, jeśli sprowadza się całość mojej trzydziestoletniej działalności do tego jednego zdania.  Ale tak, lubię smutek. Więcej, uważam, że smutek jest nie dla wszystkich.  Żeby go używać, trzeba wiedzieć jak. Smutek jest złożoną emocją, a bycie smutnym to nie to samo co bycie znękanym i chodzenie z załzawionymi oczami. No dobra, już mi się nie chce tego tłumaczyć (śmiech).

Umiejętność eksplorowania tego smutku wiąże się z dojrzałością, czy może cechą charakteru?

Cechami osobniczymi. Karmię się melancholią ale uważam, żeby nie stała się moim chlebem powszednim, a tylko wykwintnym świątecznym deserem. Na co dzień wolę kartofle z kwaśnym mlekiem, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach, bo im bardziej skomplikowana maszyna, tym trudniej dojść, co w niej jest popsute więc stawiam na prostotę. 

Jak nie popaść w rozpacz?

Trzeba wiedzieć, jak daleko możemy się posunąć, na ile możemy sobie po tym  morzu smutku bezkarnie żaglować. Smutek jest piękny, ale jak przekroczy się pewną granicę, to  bardzo trudno odnaleźć drogę do portu, że użyję wyświechtanej morskiej przenośni, skoro już rozmawiamy w Sopocie. 

Wracając do świata zewnętrznego, jak postrzega pani dzisiejszą przestrzeń społeczną? Dziś patrzymy na ludzi przez pryzmat ideologii:  kobieta – feministka – niefeministka. 

(Śmiech) To jest bardzo niebezpieczna gra. Bez względu na to, kto mówi – feministka czy niefeministka, każdy radykalizm jest niedobry. Osobiście czuję się feministką, co nie znaczy, że nienawidzę mężczyzn i golę się co rano, co niektórym wydaje się być przypisane feminizmowi. Czym jest ten feminizm. Czy to obrona przed, czy walka o?  

Usłyszałam niedawno zdanie, że żadna pewna siebie kobieta nie jest feministką.

No jasne. Dobrze, że nasze prababki o tym nie wiedziały i jednak wzięły te parasolki i poszły pokrzyczeć na ulicę. Wywrzeszczały sobie prawa wyborcze, bo były niepewne siebie, a te pewne siebie w ogóle nie chciały głosować, bo były pewne siebie. Jasne jak słońce. Czy dzisiaj te, które krzyczą najgłośniej  też są najsłabsze? Ojej cóż za przewrotne myślenie. Odwróćmy je. Pobawmy się nim. To słabi mężczyźni wmawiają słabym kobietom , że są silne, bo nie krzyczą i są zadowolone z tego co mają. Albo czego nie mają i mieć nie powinny, bo nigdy nie miały więc o co chodzi, że teraz chcą mieć. Śmieszne? 

Zdarza się pani rozmawiać z ludźmi o innych poglądach? 

Tak.

Czy dziś to bardziej trudne niż kiedyś?

To zależy od ilości wypitych piw przy tej dyskusji (śmiech). I od tego, co i jak ktoś mówi. Można swoje poglądy przedstawić w taki sposób, że chciałoby się uściskać  rozmówcę  będącego na przeciwległym biegunie ale są też pieniacze, z którymi nie da się dyskutować. O ile da się rozmawiać, a nie tylko wygłaszać swoje poglądy, to jest ok. Gorzej jeśli  wszyscy perorują.

Kilka lat temu w jednym ze znanych internetowych formatów przyznała się pani do tego, że rozmawia z kotami.

Nie, ja mówię za koty. Nie rozmawiam z nimi, bo nie ma o czym. Rozmawiam sama ze sobą, tylko w imieniu kota.

I tu nic się nie zmieniło?

Nie zmieniło się, dodatkowo mam teraz psa, za którego też mówię. Jestem głosem zwierząt, tylko nie wiem, czy one konkretnie chcą powiedzieć to, co ja mówię. 

Nie można pani skategoryzować – psy czy koty.

Nie, ja mówię za wszystko. Mogę nawet powiedzieć  za szafkę nocną.

Niektórzy ludzie mają coś takiego jak „bucket list” - listę rzeczy, które chcą zrobić przed śmiercią. Pani śmiech sugeruje, że nie ma pani czegoś takiego.

Mam, może nie przed śmiercią – chociaż nie wiadomo, bo ta śmierć bywa jednak dość nieprzewidzianym incydentem w życiu. W każdym razie mam listę rzeczy, które chciałabym zrobić do pięćdziesiątki, a to już niedługo. Śmierć zawsze wydaje się czymś odległym, pomimo tego, że jest się już po drugiej stronie smugi cienia. Niby bolą mnie plecy, ale nie na tyle, żeby mieć problem z wyjściem z domu. Dopóki forma nie jest jakimś dramatem, nie bardzo zastanawiam się, co mam jeszcze do zrobienia, bo mam wrażenie, że czeka mnie jeszcze świetlana przyszłość. Staram się raczej wyznaczać sobie krótsze terminy i nie za trudne zadania, żeby się nie zniechęcać.

Zdradzi pani zawartość tej listy?

Nie, bo jak się zdradza swoje plany, to ulatuje energia i już się nie chce.