Przyjaźń, ogień i dziewczyny

Na co dzień dzielą obowiązki mam z pracą zawodową w różnych firmach, a po godzinach… tańczą z ogniem. Trójmiejskie Mamadoo to jedna z pierwszych żeńskich formacji tego typu. Na tyle dobra, że kalendarz występów jest wciąż wypełniony, łącznie ze słynnym Glastonbury Festival.

Monice, Kindze, Ani i Mirze, które tworzą Mamadoo przestrogi rodziców, by nie bawić się ogniem, chyba nie zapadły w pamięć. A może przeciwnie - postanowiły zrobić coś na przekór. W ich piętnastoletniej już działalności wiele razy musiały iść pod prąd. Gdy zaczynały, nie było wszechobecnego Internetu, w którym można by podpatrzeć układy i wysłuchać porad doświadczonych praktyków. Przyjaciółki ze szkoły podstawowej, odkryły fireshow na wakacyjnym wyjeździe, gdzie zobaczyły pokaz takiej grupy. Od razu złapały bakcyla i zaczęły ćwiczyć, najpierw „na sucho”, bez ognia. 

– Popełniałyśmy wiele błędów, eksperymentowałyśmy – mówi Kinga. Mirę, która taniec z ogniem uprawiała w ramach grupy rekonstrukcyjnej, poznały na zlocie fireshow. A, że też była z Trójmiasta, postanowiły razem założyć grupę.

– Nazwa „Mamadoo” to była nasza pierwsza decyzja. Wszystkie istniejące wtedy formacje miały w nazwie „fire” albo nawiązywały do mistycznego wymiaru ognia. My miałyśmy inny pomysł na grupę. Chciałyśmy tworzyć bardzo energetyczne, współczesne widowiska. Szukałyśmy nazwy, która nie kojarzy się z ogniem, ale łatwo wpada w ucho i intryguje. Często przełamywałyśmy stereotypy, które w pierwszych latach pojawiały się w obrębie fireshow. Bardzo długo byłyśmy jedynym żeńskim składem. Teraz z radością obserwujemy, że bardzo dużo dziewczyn zajmuje się tańcem z ogniem – mówią dziewczyny.

Kinga i Monika nazywane są mamami Mamadoo. Nie tylko dlatego, że są nimi dosłownie (ich dzieciaki obserwują dziś ich występy z tatusiami), ale dlatego, że od początku są odpowiedzialne za biznesowo-organizacyjną część działalności grupy. Marketing i organizacja wychodzi im bardzo dobrze, bo grupa od pięciu lat regularnie występuje na największym muzyczno-artystycznym festiwalu w Europie – Glastonbury Festival. Obie dziewczyny przez kilka lat tworzyły własny, międzynarodowy Festiwal Rytmu i Ognia FROG w Gdyni.

Na co dzień Kinga pracuje w dwóch organizacjach pozarządowych. – W jednej z nich wspieram przedsiębiorców i przedsiębiorczynie oraz rozwijam dział edukacji przedsiębiorczej, zarządzam wspaniałym zespołem ludzi. Drugą założyłam sama, żeby realizować projekty obywatelskie i kulturalne. Poza tym hobbistycznie zajmuję się komiksem tworzonym przez kobiety.

Monika zajmuje się projektami marketingowymi i eventami w dużej firmie, jakiś czas temu wyprowadziła się do Warszawy. Do Mamadoo wraca, kiedy tylko jest okazja. 

Mira z wykształcenia jest psycholożką, pracuje jako sushi masterka, a jej drugą pasją jest podróżowanie. Właśnie wróciła z kilkumiesięcznej podróży po Nowej Zelandii, gdzie współdziałała z tamtejszą sceną artystyczną, robiąc pokazy. W Mamadoo lubi zajmować się konstruowaniem sprzętów i akcesoriów ogniowych oraz bezpieczeństwem pokazów. – Umiem dostrzegać detale, więc „musztruję” dziewczyny, kiedy widzę, że np. coś rozjeżdża się nam w układzie tanecznym. Grupa i nasza wspólna praca to dla mnie ogromna szkoła przyjaźni, poświęcenia i współdziałania – mówi.

Ania pracuje w e-commerce, a w Mamadoo rozpracowuje to, co najbardziej kluczowe w widowisku, czyli choreografie. 

– Skomplikowane pokazy stworzone z udziałem czterech osób były ogromnym wyzwaniem, zwłaszcza na początku naszej historii. Pamiętam czasy, gdy wracając z pracy SKM, ze słuchawkami na uszach, po raz dwudziesty słuchałam tego samego utworu i starałam się wymyślić najciekawsze i najbardziej płynne ruchy dla całego zespołu – wspomina. Teraz stawia pierwsze kroki w rysunku i grafice. Od dawna jest po zielonej stronie mocy i stara się żyć dobrze.

Dziewczyny występują nie tylko na festiwalach. Mają sporo zleceń i zgodnie twierdzą, że pokazy to dla nich świetna odskocznia od rutyny. – To, że taniec z ogniem to ważna część naszego życia, sprawia że mamy więcej przestrzeni na kreatywność i jesteśmy lepiej zorganizowane – mówi Kinga.

105
06/2019

Dzisiaj dziennikarstwo wymaga posiadania naklejki na czole, do którego plemienia należysz, a to się kłóci z dziennikarską ideą - mówi Beata Tadla.