PATRYK HARDZIEJ 

GRAFIKA, ILUSTRACJA I RETRO ŚWIAT

Jego ilustracja przedstawiająca Tima Burtona znalazła się na okładce magazynu pokładowego British Airwaves, a dzięki portretowi Stevana Hawkinga został ekspertem w kanadyjskiej telewizji. Współpracował z wieloma prestiżowymi markami i chociaż mógłby być celebrytą, pozostaje ciepłym, skromnym człowiekiem. Z Patrykiem Hardziejem, wybitnym i wielokrotnie nagrodzonym grafikiem i ilustratorem młodego pokolenia, spotykamy się w jego studiu projektowym, na terenie portowym, które prowadzi wraz ze swoją partnerką Adą Zielińską.

Kiedy rozmawiam z projektantami, często spotykam się z opinią, że przy realizacji projektu dochodzi do sytuacji, że klient zaczyna wiedzieć lepiej. Dlaczego praca grafika jest ważna? Jak przekonać klienta, że warto zaufać projektantom?

Wydaje mi się, że jest to nasza narodowa przypadłość. Kiedy pracuję z klientem zagranicznym, nigdy mi się to nie zdarza. Może wynika to z tego, że w Polsce poziom ekspertów jest bardzo różny i może stąd brak zaufania do profesjonalistów. Być może też brakuje nam kształcenia w zakresie estetyki. Odpowiadając na twoje pytanie: projektowanie graficzne jest ważne i nie jest ważne. Najważniejsza w nim jest komunikacja przestrzenna. Chodzi o to, że jeśli mamy dobrze oznakowane lotnisko, to nie spóźnimy się na lot. Dwa lata temu zdarzyła się podczas rozdania Oskarów sytuacja, że został wyczytany zły film. Miało to miejsce tylko i wyłącznie dlatego, że tekst został źle złożony. Formę graficzną można wykorzystywać komunikacyjnie i perswazyjnie. I tu może być pułapka. Zamiast przekonywać, powinniśmy informować. 

Czujesz, że odniosłeś sukces?

Mając kontakt z takimi legendami grafiki jak Karol Śliwka czy Ryszard Bojar, trudno odnieść to co zrobiłem do ich osiągnięć. Trochę onieśmiela mnie ilość nagród i wyróżnień i mówienie o tym. Ale może to potwierdza sensowność mojej roboty. Z drugiej strony rośnie presja. Człowiek próbuje przeskakiwać samego siebie, trzeba robić następne rzeczy. I trzeba im sprostać.

Jak zaczęła się twoja przyjaźń z Karolem Śliwką, jednym z najwybitniejszych światowych grafików starszego pokolenia i czego się od niego, jak również innych grafików, z którymi współpracowałeś nauczyłeś?

Wszystko zaczęło się od poszukiwania informacji o polskich znakach graficznych do pracy dyplomowej. Chcąc dowiedzieć się czegokolwiek, trzeba było zaczerpnąć wiedzy u źródeł, czyli u autorów tych projektów. Chodziło między innymi o znak CPN Ryszarda Bojara, PKO Karola Śliwki czy LOT Romana Duszka, które do dziś funkcjonują w przestrzeni publicznej. Tak powstała moja  praca dyplomowa, a następnie wystawa. Chciałem dowiedzieć się, co kierowało twórcami projektując kultowe do dziś znaki. Wysoki poziom tych projektów stał w sprzeczności do opowieści o złym i mrocznym okresie PRL-u. Udało mi się przeprowadzić krótkie wywiady z Romanem Duszkiem, Ryszardem Bojarem i Karolem Śliwką. 

Czego się od nich dowiedziałeś?

Dowiedziałem się przede wszystkim, że można się pięknie różnić. Dziś w świecie silnej polaryzacji, z najmniejszych różnic wynikają straszne afery. W dzisiejszej rzeczywistości ci twórcy, pewnie nie mogli by współpracować, a wiem, że wówczas współpracowali nie raz i szanowali nawzajem swoją pracę. Śliwka mówił o sobie, że jest artystą znaku, podchodził do tego co robił bardzo twórczo, Bojar z kolei do wszystkiego przymierzał się z linijką, myślał po inżyniersku, a mimo tak wielkich różnic potrafili się szanować. Dziś brakuje takiego podejścia, bo różnice, zamiast się uzupełniać, wykluczają się. Zrozumiałem też, że warto znać swoje korzenie. Chcemy dziś żyć w nowym, lepszym, kapitalistycznym świecie, ale zapominany o ważnych rzeczach, które nas ukształtowały. Choć utrzymywałem kontakt ze wszystkimi projektantami, Karol Śliwka był wyjątkowym, sympatycznym człowiekiem. Nie dało się go nie lubić. Nie traktował mnie nigdy z wyższością, z pozycji mistrza. Był niezwykłym, otwartym człowiekiem, z którym można było pić kawę, jeść szarlotkę, nie myśląc o tym, że mamy przed sobą jednego z najwybitniejszych przedstawicieli znaku graficznego na świecie.

Nadal myślisz obrazem graficznym?

Już trochę z tym wyluzowałem, ale jak zaczynasz studia na grafice, to po pół roku czujesz się super ekspertem. Wtedy dostrzegasz wszelkie błędy. Patrzysz i mówisz: o tutaj są litery źle ustawione. To jest zaszyte w charakterze grafika. Trzeba się jednak pogodzić z pewnymi sytuacjami, że nie będzie tak idealnie, jak byśmy chcieli. Dzięki temu, że coś jest niedorobione lub źle zrobione, mamy różnorodność w świecie, a w Polsce jest jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia.

Dość wcześnie zorientowałeś się, co chcesz w życiu robić. Wybierając liceum poszedłeś do orłowskiego plastyka.

Zawsze wiedziałem, że będę chciał pracować kreatywnie. Szukałem dla siebie obszaru, ale projektowanie pociągało mnie najbardziej, że względu na to, że nie jest czysto artystyczne. Łączy w sobie ten pierwiastek ze światem użytkowym. Można tu spożytkować wiele umiejętności. Na początku myślałem o architekturze, fascynowała mnie jej skala oraz to, że potrafi przetrwać wieki i jest śladem osiągnięć myśli projektowej. Nie czułem się jednak na siłach, jeśli chodzi o matematykę. Postanowiłem więc pójść w stronę projektowania graficznego. Zdawałem najpierw do Wrocławia, bo chciałem uciec z Trójmiasta. Za pierwszym razem się nie udało.

Twoja koleżanka z liceum zapamiętała cię, jako małego, grzecznego chłopca, który na dyplom, robił okładki płyt Zeppelinów.

(Uśmiech) W liceum plastycznym byłem w pracowni reklamy wizualnej i tam zrealizowałem ten projekt. Od tego zresztą zaczęła się moja fascynacja znakiem graficznym, bo wtedy zrozumiałem, że ta mała, skondensowana forma może być nośnikiem wielu informacji. Była akurat okrągła rocznica powstania zespołu, więc wpadłem na taki pomysł, bo myślałem, że fajnie by było w przyszłości robić okładki płyt. Wtedy wydawało mi się to nieosiągalne.

Dziś masz na koncie kilka okładek…

Tak, byłem też w jury na najlepszą okładkę płytową. Temat muzyczny jest mi bardzo bliski.

Podobno jako nastolatek nieświadomie zadarłeś z pewną instytucją kultury ...

(Śmiech) To był okres, kiedy robiłem kopie obrazów znanych artystów. Kopiowanie jest formą ćwiczenia. Skopiowałem jeden z obrazów Zdzisława Beksińskiego. Byłem wówczas zafascynowany jego twórczością. Nie miałem co z nim zrobić, więc postanowiłem go sprzedać na Allegro. Wtedy odezwało się do mnie Muzeum z Sanoka i pogroziło palcem. Przestraszyłem się i usunąłem obraz. Nie wiedziałem nic o prawie autorskim i sądziłem, że takie działanie jest nieszkodliwe.

Dziś problem łamania praw autorskich dotyka również ciebie.

Cztery lata temu dostałem maila od kogoś z Meksyku z wiadomością, że wspaniale, że można wreszcie zobaczyć moje plakaty na ulicach Monterrey. Bardzo się wtedy zdziwiłem, bo w tamtym czasie nie robiłem niczego w Meksyku. Okazało się, że duży festiwal muzyczny bazował na mojej ilustracji, którą pobrali po prostu z internetu i obrandowali nim cały festiwal. Z jednej strony trochę mnie to zdenerwowało, z drugiej odczułem pewną satysfakcję, że z pośród wszystkich ilustracji, które można znaleźć w internecie, wybrali akurat moją. 

Twoje ilustracje podbijają internet, a dzięki temu w Twoim życiu zdarzają się bardzo nieoczekiwane sytuacje. Tak było na przykład z portretem Stevena Hawkinga...

Narysowałem ten portret rok przed jego śmiercią. Kiedy zmarł, ponownie wrzuciłem rysunek do sieci. Tego dnia otrzymałem maila od kanadyjskiej telewizji informacyjnej z prośbą o nagranie dla wieczornego wydania wiadomości wypowiedzi, odnośnie tego, jak Steven Hawking wpłynął na moją twórczość. To była bardzo zaskakująca wiadomość. Nagrałem tę wypowiedź i rzeczywiście została wyemitowana. Tak się składa, że mam w Kanadzie rodzinę. Proszę wyobrazić sobie ich zdziwienie, kiedy usłyszeli moją wypowiedź w wieczornym wydaniu wiadomości. Hardziej z Polski jednym z ekspertów w temacie Hawkinga (śmiech).

Młody, zdolny, z dorobkiem artystycznym, działający na wielu obszarach. Czy Patryk Hardziej znajduje czas na życie po pracy?

To dla mnie trudne pytanie, które sam często sobie zadaję i okazuje się, że nie do końca znam na nie odpowiedź. Jeśli chcesz funkcjonować w dzisiejszym, dość dynamicznym świecie i nie zawieść tych, wobec których masz zobowiązania, trzeba się poświęcać temu, co się robi. W pewnym momencie przestałem rozróżniać, co jest moim życiem prywatnym, a co zawodowym, ponieważ identyfikuję się z tym, co robię i każda aktywność jest dla mnie budująca. 

Czy Ty masz jakieś fanaberie, dziwactwa? Ta samodyscyplina i zorganizowanie wydają mi się podejrzane (śmiech)

Może moim dziwactwem są właśnie moje zainteresowania tym retro światem? Albo to, że jak coś przyciągnie mogą uwagę, to od razu musi z tego wyjść ogólnopolska wystawa, a jak zobaczę czterdziestoletniego klasyka, to od razu musi stanąć w moim garażu (śmiech). Chyba lubię idealizować przeszłość, chociaż wiem, że nie była idealna. Jednak myślę, że żyjemy w bardzo ciekawych czasach.

 

PATRYK HARDZIEJ

Działający międzynarodowo, multidyscyplinarny ilustrator, projektant grafik oraz researcher. Wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku oraz założyciel kursów pod patronatem Karola Śliwki „Sztuka Projektowania”. Pomysłodawca i kurator Drugiej Ogólnopolskiej Wystawy Znaków Graficznych, międzynarodowej wystawy polskiego designu, która odbyła się w pięciu krajach, nagrodzonej "Projektem Roku 2016". Ma na koncie współpracę m.in. z takimi markami i instytucjami jak: Amnesty International, British Airways, BMW, Costa Coffee, Coca-Cola, Mini, New Scientist Magazine, Bertagnolli, Mondadori Libri, Narodowa Galeria Sztuki Zachęta, Muzeum Emigracji w Gdyni, Centrum Designu Gdynia, Ministerstwo Obrony Cywilnej i Zarządzania Kryzysowego Nowej Zelandii.

104
05/2019

W dzieciństwie los go nie oszczędzał. Mógł skończyć tragicznie, ale rękę na pulsie trzymała babcia.