dr Hubert Bilewicz 

Mniej znaczy więcej

Z  jednej strony chcemy się odróżniać, chcemy, żeby polskie wyroby były rozpoznawalne, z  drugiej zaś chcemy potwierdzić swą przynależność do światowej nowoczesności, podkreślać swą bezdyskusyjną europejskość. Nie chcemy być skansenem. Chcemy wyznaczać trendy – mówi Hubert Bilewicz, historyk sztuki, który w  tym roku prowadzi cykl wykładów na temat designu w  dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatnio powszechne zainteresowanie tym okresem, znajduje oddźwięk we współczesnych projektach wnętrz, mebli czy typografii.

Sztuka i projektowanie w dwudziestoleciu międzywojennym były ukierunkowane na przyszłość?

Odzyskanie niepodległości było ziszczeniem dążeń kilku pokoleń Polaków. To zrozumiałe, że patrzono w przyszłość stając przed wyzwaniami odrodzenia państwowości, integracji infrastrukturalno-społecznej czy wizjami modernizacyjnymi. Nowoczesność, modernizm stały się hasłami młodych elit i wielu awangardowych artystów. Jednak współtworząc Polskę nie można było odwrócić się od jej przeszłości. Dziedzictwo zniewolenia wraz z martyrologiczno-romantycznym bagażem pamięci było jednak nie do przezwyciężenia. Sztukę i projektowanie II Rzeczpospolitej określało zatem stałe napięcie między narodowym tradycjonalizmem, a kosmopolitycznym modernizmem, którego skrajną, internacjonalistyczną postać stanowiła awangarda artystyczna.

Mam wrażenie, że dziś dzieje się coś podobnego. Czy możemy mówić o analogiach między zjawiskami we współczesnej architekturze i designie, a tym co działo się w tym obszarze w międzywojniu?

To chyba stały komponent polskiej kultury; rozdźwięk między zmitologizowaną tradycją narodową, ucieleśnianą idealistyczną wizją szlacheckiego dworu, czy współczesnych, mniej lub bardziej upiornych „dworków”, a nowoczesnością, często o  bardzo zunifikowanym, a zatem nie ostentacyjnie lokalnym charakterze, której wielu do dziś nienawidzi, zaś inni admirują. Wystarczy spojrzeć na międzywojenną Gdynię, miasto modernizmu rzecz jasna, ale również oazę historyzującego stylu dworkowego, lansowanego od pierwszych dekad 20. wieku jako preferowany styl narodowy. 

Widoczne to jest zwłaszcza na Kamiennej Górze.

Tak. Wille z  kolumnowymi portykami, nakryte przełamanymi dachami, towarzyszą tam kubicznym kostkom o  płaskich dachach i  poziomych, wstęgowych rytmach okien. To oczywiście jaskrawy kontrast, lecz również pluralistyczne dopełnienie, dowodzące, że polskie tradycje architektoniczne i  projektowe mają swoje zróżnicowane korzenie i  oparte są o różnorakie wizje artystyczne: te bardziej lokalne, historyzujące, narodowe i  bardziej nowoczesne, międzynarodowe. 

Czy podobne mechanizmy możemy zaobserwować również w  trzech ostatnich dekadach po transformacji ustrojowej?

Jak najbardziej. To co jest znaczące, to sentymenty związane z  polskością oraz resentymenty w  stosunku do Zachodu i  europejskości utożsamianej z  kosmopolityzmem. Rewersem tego stała się apologia wszystkiego, co zachodnie, pospieszna i  często powierzchowna europeizacja, czy globalna amerykanizacja, towarzysząca procesom transformacyjnym i modernizacyjnym. Chcemy się odróżniać, chcemy, żeby polskie wyroby były rozpoznawalne, z  drugiej zaś strony chcemy potwierdzić swą przynależność do światowej nowoczesności, podkreślać swą bezdyskusyjną europejskość. Nie chcemy być skansenem. Chcemy się wyróżniać, wyznaczać trendy.

Sytuacja ekonomiczna czy społeczno – polityczna nie pozostaje bez wpływu na projektowanie. Jak to było w  tamtym okresie, a  jak jest dzisiaj?

Ówcześni artyści, architekci i  projektanci mieli przekonanie, że są potrzebni młodemu państwu. Wiedzieli, że to oni wizualnie współtworzą Polskę. Władza nie pozostawała im dłużna. Mecenat państwowy, rozbudowane dotacje państwowe, takie inicjatywy jak Państwowe Zbiory Sztuki czy TSSPO, czyli Towarzystwo Szerzenia Sztuki Polskiej wśród Obcych były wyrazem prężności organizacyjnej i  przekonania, że sztuka, państwo i  naród są kategoriami współzależnymi. Z  drugiej strony rozwijał się świetnie, wynikły z  pozytywistycznych tradycji oraz lewicowych idei ruch spółdzielczy. Jednak katowickie drapacze chmur, budowę Gdyni czy sukcesy polskiej sztuki na wystawach światowych zawdzięczamy nie wyłącznie państwowemu wsparciu, lecz przede wszystkim entuzjazmowi samych twórców, z  młodzieńczą żarliwością współtworzących wyśnioną Polskę marzeń, Polskę szklanych domów.

Gdybyśmy mieli pokrótce scharakteryzować czytelnikom style typowe dla tego okresu, posługując się najbardziej reprezentacyjnymi przykładami, co by Pan wymienił?

Międzywojnie zdominowane zostało najbardziej przez dekoracyjną formułę modernizmu, zwaną art déco, mającą do dziś swoich wielbicieli i  trwającą we współczesnym trendzie projektowym neo art déco. Styl ten to elegancja, melanż inspiracji klasycznych, jak również egzotycznych, dążenia do luksusu, ale bez  ekstrawagancji. Dobrym przykładem polskiej odmiany art déco, lansowanej jako styl państwowy II Rzeczypospolitej są projektowane przez Wojciecha Jastrzębowskiego wnętrza Ministerstwa Wyznań Religijnych i  Oświecenia Publicznego (obecnie Ministerstwo Edukacji Narodowej) w  Warszawie. Najbardziej skrajną tendencję modernistyczną reprezentowała radykalna awangarda projektowa, spod znaku progresywnych środowisk europejskich eksperymentatorów: niemieckiego Bauhausu, holenderskiego ugrupowania De Stijl, kręgu Le Corbusiera - papieża modernistycznej architektury, czy choćby rewolucyjnej awangardy sowieckiej. Tu podręcznikowymi przykładami pozostają funkcjonalistyczne wille własne warszawskich architektów: Bohdana Lacherta i  Józefa Szanajcy na Saskiej Kępie, czy Barbary i  Stanisława Brukalskich na Żoliborzu. 

Jakie zjawiska w  tym okresie są dla historyka sztuki najciekawsze? Jest coś co np. Pana zadziwia?

Do takich wyjątkowych realizacji należy choćby Zameczek Prezydenta w Wiśle, zbudowany na przełomie lat 20. i  30. dla Prezydenta RP Ignacego Mościckiego w formie ufortyfikowanej willi stojącej na malowniczym zboczu, o ścianach obłożonych kamieniem, asymetrycznej kompozycji i płaskich (pierwotnie) dachach. Wnętrza awangardowo pomalowano mocnymi kolorami,  wypełniono modernistycznymi meblami, wykonanymi w  większości z  metalowych giętych rurek (zachowanych częściowo do dziś), zaś na wyłożonych szarymi wykładzinami podłogach rozłożono barwne ludowe kilimy. To chyba jedyny na świecie przykład rezydencji głowy państwa tak odważnej koncepcyjnie. Tu spotkała się tradycja z  nowoczesnością, a  historyzujące nawiązania nie kłócą się z  modernistycznym wyrazem całości. Dziś Zameczek udostępniany jest zwiedzającym.

Niektóre projekty powstałe w  tamtym okresie do dziś spełniają swoją funkcję, na przykład logotyp linii lotniczych „LOT” zaprojektowany przez Tadeusza Lucjana Gronowskiego. Jakie jeszcze przykłady „żywych” projektów dwudziestolecia można przywołać?

Można oczywiście wymieniać wiele przykładów. Aktualność i nieustanna współczesność wielu z  nich wyraża się nie tylko poprzez karierę antykwaryczną dziś już zabytkowych obiektów czy ich notowania aukcyjne, lecz także dzięki popularności współczesnych reedycji takich celnych projektów, jak choćby porcelanowy serwis kawowy „Kula” zaprojektowany na początku lat 30. przez Bohdana Wendorfa dla Ćmielowa, a  od kilku lat znów sprzedawany koneserom w ofercie ćmielowskiej Kolekcji Koneser.

A  gdybyśmy chcieli pójść szlakiem architektury i  projektowania dwudziestolecia międzywojennego w  Trójmieście, najpewniej powinniśmy wybrać się do Gdyni? Co powinniśmy zobaczyć, jakie miejsca odwiedzić?

Należy skorzystać ze wskazówek Gdyńskiego Szlaku Modernizmu. Tą inicjatywą udało się wypromować Gdynię jako miasto-ikonę modernizmu. Spacer warto rozpocząć od wystawy „Gdynia – dzieło otwarte” w  Muzeum Miasta Gdyni, nieopodal Bulwaru Nadmorskiego. Potem proponuję wspiąć się na Kamienną Górę i  po zaspokojeniu doznań panoramicznych miasta i morza, przejść się koło ekskluzywnej willi hrabiny Łosiowej, by po zejściu i  spacerze ulicą Świętojańską w  kierunku Skweru Kościuszki, skręcić w  ulicę 22 lutego, by obejrzeć dawny budynek biurowy ZUS (późniejszą siedzibę Polskich Linii Oceanicznych), zaś na przeciwległych narożnikach skrzyżowania, klasycyzujący gmach dawnego Banku Polskiego czy modernistyczny apartamentowiec Banku Gospodarstwa Krajowego, w  którego przyziemiu nieprzerwanie od międzywojnia funkcjonuje jedna z najstarszych
gdyńskich kawiarni.

Wiem, że nie jest Pan trendwatcherem, ale doskonała znajomość historii sztuki pozwala przewidzieć pewne tendencje. W  jakim kierunku Pana zdaniem podąży współczesne projektowanie?

Projektowanie ma wymiar totalny. Właściwie wszystko wokół nas jest w  jakiś sposób zaprojektowane. Otaczająca nas natura, w  coraz większej mierze ulega przecież nieodwracalnym procesom urbanizacyjnym. Nawet puszczy, której istotą przecież jest odpuszczanie ludzkiej ingerencji, nie przepuszcza się. Być może we współczesnym świecie i  życiu, nieznośnie „przeprojektowanym”, największym wyzwaniem projektowym będzie –  paradoksalnie – odstąpienie od projektowania, jak zauważył kiedyś przewrotnie wybitny i  niestety przedwcześnie zmarły designer Janusz Kaniewski. Współczesny świat ma przecież problem z  nadmiarem rzeczy, ofert, możliwości. Mam nadzieję, że współczesne projektowanie będzie raczej ekstensywne; bardziej samoograniczające się, niż ekspansywne; bardziej lapidarne niż przegadane; bardziej klarowne niż bełkotliwe; bardziej efektywne niż efekciarskie. Postindustrialna rzeczywistość post-konsumpcyjnej epoki ekologizmu skłania do recyklingu i  minimalizmu. Less is more, można powtórzyć za modernistami sprzed stulecia. I  próbować to wcielać w życie!

Hubert Bilewicz

Historyk sztuki, nauczyciel akademicki. Pracuje jako adiunkt w  Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się badawczo sztuką nowoczesną, historią architektury i  designu w  XX wieku.

 

102
03/2019

Niespełna pięć lat temu stał na życiowym rozdrożu i zastanawiał się, czy zawodowa droga, którą obrał jest właściwa.