Szewc  odchodzi  do lamusa?

W xxi w. Prowadzi dochodowy biznes  i reklamuje się na instagramie

Karol Kacperski

Kiedyś służyły latami, dziś co rusz kupujemy nowe.  A jednak nasza ulubiona para butów może dostać drugie życie – jeśli tylko trafi w odpowiednie ręce.

Starszy pan pochylony nad parą butów, w suterenie bez okna i w oparach kleju Butapren – tak millenialsom i ich rodzicom kojarzy się szewc. Zetkom i młodszym pokoleniom, wychowanym w świecie fast fashion, nie kojarzy się wcale – oni nie korzystają z usług szewca, stare buty wyrzucają na śmietnik i kupują nowe. Bo tak jest szybciej i taniej. Tym bardziej, że buty z chińskich platform sprzedażowych mogą dzisiaj kupić za grosze.

– W Polsce nadal tkwimy w przekonaniu, że zawody rzemieślnicze są pozbawione prestiżu, zupełnie odwrotnie niż za granicą. Na zachodzie Europy krawcy, szewcy, kaletnicy są bardziej cenieni. W Polsce, jako społeczeństwo, nie dorośliśmy jeszcze do tego, by cenić wyroby wykonane ręcznie, rzemieślniczymi metodami – mówi Mikołaj Rybak, który w 2023 r. przy ul. Rybaki Górne w Gdańsku wraz ze wspólnikiem otworzył pracownię rzemiosła „Prawy i Lewy”, specjalizującą się w tworzeniu butów na zamówienie. Ceny męskich zaczynają się od 4,8 tys. zł za parę, damskie można kupić taniej – od 2,5 tys. zł za baletki. Uszyte na miarę, ręcznie wykonane buty potrafią nawet po 10 latach „być w szyku”, jak to mówią szewcy.

Karol Kacperski

Nowe oblicze starego fachu

– Staramy się zrywać ze stereotypowym wyobrażeniem zawodów, z którymi związana jest nasza praca, tj. szewca, kaletnika – podkreśla Mikołaj. – Szewc naprawkowy kojarzy się w Polsce nadal pejoratywnie – z zakładem, gdzie wymienia się podstawowe elementy obuwia, np. zelówki. A przecież szewstwo jest dużo bardziej ciekawe i dotyczy szerokiej gamy usług – dodaje. Z wykształcenia nie jest szewcem, ale tworząc obuwniczy biznes, najpierw w Gdańsku, a potem w Warszawie, z czasem nauczył się zawodu od mistrzów w swoim fachu. Dziś zasiada m.in. w zarządzie Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego, a także organizuje kursy dla uczniów i studentów.

„Prawy i Lewy” nie ma nic wspólnego z sutereną bez okna śmierdzącą klejem – właściciele firmy rozdzielili pracownię rzemieślniczą od miejsca, gdzie spotykają się z klientami, umówionymi uprzednio za pomocą formularza na stronie internetowej. Showroom to eleganckie i przestronne miejsce z designerskimi meblami i sztuką. Tutaj przy kawie omawiane są szczegóły zamówienia. W pracowni rzemieślniczej „Prawy i Lewy” na każdym etapie produkcji korzysta się z tradycyjnych technik szycia miarowego. Buty na zamówienie powstają ręcznie, a do produkcji każdej pary potrzeba aż czterech różnych rzemieślników, jak w dawnych, dobrych dla polskiej branży obuwniczej czasach. Współwłaściciel gdańskiej pracowni tak opowiada o tym procesie:

- Przy zamówieniach indywidualnych obuwia na miarę często spotykamy się z klientami w ich domach. Proces szycia butów to praca zespołowa – zaczyna się od pobrania miary, potem powstaje kopyto, na którym kamasznik szyje cholewki, a całość kończy szewc, składając gotową parę. Każda para kopyt w naszej pracowni powstaje indywidualnie do miary klienta, nad złożeniem pary butów czuwa zaś kilku mistrzów szewskich - każdy bowiem posiada inne umiejętności, zależnie od wybranej metody szycia obuwia lub specyfiki danej pary. Rodzajów szycia jest bowiem bardzo dużo - od prostych horyzontalnych pasów szytych sztuperem czy perełką, przez buty szyte kilkukrotnie, skończywszy nawet na szyciu piętrowym.

Karol Kacperski

Buty, które żyją dwa razy

Zaczęło się od pracowni rzemieślniczej Prawy i Lewy, natomiast dziś Mikołaj i jego wspólnik mają jeszcze dwie inne pracownie, m.in. ButKompany w Gdańsku, przy ul. Ludwika Waryńskiego we Wrzeszczu. Współpracują z kilkunastoma rzemieślnikami obuwnictwa – mistrzami w swoim fachu. ButKompany reklamuje się hasłem: „Drugie życie Twoich butów”. Kolejki są długie, w tej chwili na buty trzeba czekać dwa, trzy miesiące. Ceny za renowację butów ze skóry zaczynają się od 209 zł za klapki, sandały czy baleriny. Najdroższa jest renowacja kozaków – kosztuje 309 zł. W ButKompany drugie życie mogą zyskać trampki czy popularne w ostatnim czasie sneakersy. W ofercie ButKompany znajduje się również malowanie butów, m.in. Ecco, Venezia, Ryłko, Eksbut czy Gino Rossi.

- Klienci, którzy oddają buty w nasze ręce mogą mieć pewność, że zaopiekujemy się nimi tak, by wyglądały prawie jak nowe - mówi współwłaściciel firmy. – Często za połowę ceny nowej pary można odnowić stare buty tak, by wyglądały niemal tak, jak po zakupie. Dodatkowy atut? Dzięki takim wyborom produkujemy mniej odpadów. Kiedyś buty były trwalsze, wytrzymywały kilka, a nawet kilkadziesiąt lat, moda nie zmieniała się tak szybko. Pomimo tego, że obuwie w dzisiejszych czasach jest gorszej jakości niż to produkowane 20-30 lat temu, to nadal opłaca się naprawiać buty – zwłaszcza te, które szczególnie lubimy.

Firma współtworzona przez Mikołaja stała się również właścicielem założonego w 2015 r. w Warszawie Wielkiego Shoe – miejsca, gdzie nie tylko naprawia się obuwie, ale i daje drugie życie skórzanym torebkom. Działa tam też komis z butami m.in. Isabel Marant czy Manolo Blahnika – ulubionej marki bohaterki „Seksu w wielkim mieście” Carry Bradshaw. W komisie znajdziemy torebki, paski i rękawiczki takich marek, jak Dior, Versace czy Louis Vuitton. Klienci którym znudziły się szpilki o wartości najniższej krajowej czy droga torebka, wstawiają je do komisu na Mokotowie.

– Klienci powierzają nam buty warte kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych. Co ciekawe, zdarza się, że są one gorszej jakości niż tańsze modele wykonane przez polskich producentów z wysokogatunkowych materiałów – przyznaje Mikołaj.

Karol Kacperski

Drożej niż u szewca

Ceny napraw?

- Rynek w Polsce jest bardzo zróżnicowany – w każdym mieście wygląda inaczej, a każdy region ma swoją specyfikę – mówi Mikołaj. – Każdy na swój sposób wycenia wartość napraw, dlatego czasem słyszymy, że nasze usługi są zbyt drogie. Mimo to wiele osób decyduje się na renowację, chcąc dać swoim butom drugie życie. Wielu klientów wraca do nas z butami, z którymi są emocjonalnie związani – mówi Mikołaj. – Chcą je uratować, bo takich modeli nie można już nigdzie kupić.

Przedsiębiorca podkreśla, że bez względu na to, czy ma do czynienia z butami za 500 zł czy za 5 tys. zł cena za usługi jest taka sama, choć droższa niż u szewców w Gdańsku. Tych, jak na półmilionowe miasto, nie ma wcale wielu – najlepsze zakłady szewskie, które nie zajmują się przy okazji dorabianiem kluczy, można policzyć na palcach jednej ręki. Szycie butów czy czyszczenie obuwia to koszt, który średnio nie przekracza 50 zł.

– Radzimy klientom, żeby oddawali buty tylko do sprawdzonych miejsc. Często bowiem, gdy ktoś szuka tańszej lub szybszej opcji, to i tak koniec końców trafia do nas z nieudaną naprawą – mówi Mikołaj pytany o wyższe ceny w ButKompany. – W naszym doświadczonym zespole każdy wie, czego może się spodziewać po butach danej marki. Ważne jest, żeby wiedzieć, czego nie da się zrobić, dlatego czasem musimy odmówić klientom – nie chcemy, żeby byli rozczarowani. Efekty naszej pracy można zobaczyć w mediach społecznościowych.

ButKompany, ale również pracownia rzemieślnicza „Prawy i Lewy” mają swoje profile na Facebooku i Instagramie, obserwuje je kilka tysięcy osób, a Wielkiego Shoe prawie 40 tys. obserwatorów na Instagramie.

Karol Kacperski

Młodzi uczą się fachu

Docelowo punkty Wielkiego Shoe mają powstać w innych polskich miastach. W tej chwili w trzech lokalizacjach – jednej w Warszawie i dwóch w Gdańsku – działa jeden zespół składający się z trzech stałych pracowników w serwisie szewskim i trzech w serwisie renowacyjnym. Oprócz tego są jeszcze rzemieślnicy, którzy na stałe współpracują z zespołem – kaletnicy, szewcy obuwnicy czy cholewkarze. Zespół tworzą ludzie w różnym wieku – są i młodzi, mający po dwadzieścia parę lat, i starsi, w wieku przedemerytalnym, ale nie ma nikogo starszego.

– Najmłodsi uczyli się fachu u nas – opowiada pan Mikołaj. – Starsi pracownicy „załapali się” jeszcze na cenionych w zawodzie mistrzów albo szkoły zawodowe. Historia każdej osoby z naszego zespołu jest inna. Jedna z naszych pracowniczek, młoda dziewczyna, zaczynała u nas od przyjmowania zamówień. Któregoś dnia przyszła i powiedziała, że chciałaby nauczyć się fachu. Zgodziliśmy się i tak trafiła do pracowni, gdzie przez dwa lata uczyła się od mistrzów i pod ich okiem rozwijała swój warsztat. Teraz jest samodzielnym szewcem i robi to, czego się od nich nauczyła – szyje buty, naprawia. W dzisiejszych czasach, gdy nie ma możliwości nauki zawodu, jeśli chcemy mieć dobrego pracownika, musimy go sami wyszkolić.

Karol Kacperski

Na południu Polski, w Kalwarii Zebrzydowskiej, od września 2025 r. działa jedyne w Polsce Branżowe Centrum Umiejętności w dziedzinie obuwnictwa. Celem projektu, realizowanego ze środków unijnych w ramach Krajowego Planu Odbudowy, jest przywrócenie prestiżu zawodom związanym z produkcją obuwia oraz przygotowanie specjalistów „gotowych na wyzwania współczesnego rynku”. Projekt otrzymał maksymalne dofinansowanie z KPO w wysokości 10 mln zł na m.in. szkolenia zawodowe i kursy (np. projektowania obuwia, praca z maszynami obuwniczymi) oraz naukę w realnych warunkach produkcyjnych, we współpracy z biznesem i uczelniami.

- Takie miejsce jest jedno w Polsce, ale kto będzie chciał się nauczyć, ten się nauczy – podkreśla pan Mikołaj. Jego pracownicy od połowy tego roku będą uczyć w BCU kaletnictwa i rymarstwa, poprowadzą też kurs szewski.

- Zarówno młodsi uczniowie, jak i osoby dorosłe, które chcą zdobyć nowe kwalifikacje, będą mogły poznać tajniki trzech zawodów – szewca, kaletnika i rymarza. Każdy kurs uczy od podstaw, ale najszerszy program dotyczy obuwnictwa – tłumaczy Mikołaj Rybak. – Kursanci poznają cały proces: od budowania kopyta i dopasowania go do miary klienta, przez tworzenie cholewek, aż po uszycie i złożenie buta. Po takim szkoleniu potrafią zrobić obuwie od A do Z.

Jak dodaje, świat rzemiosła się zmienia. Dawniej przy jednej parze butów pracowało kilku specjalistów, dziś coraz częściej robi to jedna osoba. Za kilka–kilkanaście lat wszechstronność stanie się standardem – nie dlatego, że rzemieślnicy tego chcą, ale dlatego, że rynek ich do tego zmusi. Nikogo nie będzie już stać na zatrudnianie czterech osób do jednej pary butów.