Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Fest. Jego ostatnie, najbardziej wyczekiwane dziecko to Klub B90 na terenie Stoczni Gdańskiej. Kolejne dziecko, które przyjdzie na świat niebawem to Browar Gdański Kulturalny. W wolnych chwilach trwoni czas w zespole The Stags, pisząc piosenki tylko miłości.

Z WIATREM I POD WIATR

Polskie żeglarstwo jest jak polska motoryzacja. Wciąż mamy Syrenkę, Junaka, fiacinę, Zasadę, Hołowczyca i jakimś cudem Kubicę. Przyznaje, że czuję się i jestem żeglarzem. Lubię ten sport i do dziś żegluję, lecz w stopniu tylko amatorsko-turystycznym. Czasami kibicuję, oglądam relacje, śledzę niektóre wyczyny, podziwiam zwycięzców, szanuję zawodowców, doglądam konstruktorów i ostatnio coraz częściej przecieram oczy na widok postępów technologicznych. Znam mnóstwo osób, które w tej dyscyplinie przyczyniły się do jej rozwoju oraz przyniosły sporo chwały dla naszego kraju, leżącego jednak wciąż na wschodniej rubieży. Poznałem schematy szkolenia, organizowania funduszy i całej tej drugiej strony mocy czyli emocji, frustracji i dramatów. 

Aby nie wychodzić na znawcę, skosztowałem tego jedynie w stopniu minimalnym, ale na tyle byłem spostrzegawczy by zauważyć jak ta maszyna funkcjonuje. I doszedłem do wniosku, że zawodowstwo w polskim żeglarstwie poza kilkoma przypadkami to jednak 3 liga. I zaraz dostanę opiernicz, że Kusznierewicz, że Jabłoński, że Miarczyński. Jak już wspomniałem, ale tym razem bardziej dosłownie – jako kraj biedny, komunistyczny, pozbawiony ciepłego klimatu, choć z dostępem do morza nie mieliśmy prawa by doczekać takich sukcesów. Niemniej daliśmy radę i to jest nasz wielki wyczyn. Wciąż pojawiają się pojedyncze przypadki i obawiam się jednak, że dziś to kres naszych możliwości. Po każdym takim sukcesie jak po powrocie z filmu Rocky nagle zaczynamy boksować. Zaczynają świtać wizje uczestnictwa w wielkich regatach, nagle montujemy teamy, piszemy projekty startów w prestiżowych zawodach. 

Czy to coś złego? Oczywiście, że nie, tylko czy aby nam nieco nie poprzestawiało się w głowach, aby nie powiedzieć lekko nas porąbało? Jaki Puchar Ameryki, jakie Volvo Ocean Race? Ludzie, my zaistnieliśmy dzięki takim łódkom, jak Finn, jak deska windsurfingowa czy bojer. Z całym szacunkiem dla największych sukcesów w światowym żeglarstwie zawodowym Karola Jabłońskiego, ale ten gość zdobył je w zagranicznych teamach, a nie na polskich łódkach. Bo my po prostu jesteśmy krajem rozwijającym się. Nie jesteśmy potęgą jak USA, jak Niemcy czy Francja. 

Start polskiego jachtu w Pucharze Ameryki? Czy znowu nas naprawdę porąbało? Ktoś się zastanowił w ogóle nad tym choć trochę? A gdzie doświadczenie, baza i przede wszystkim pieniądze? Dlaczego wśród pretendentów do tego cennego trofeum nie ma Rosjan? Przecież mają oligarchów z miliardami dolarów. Bo oni nie mają żadnych sukcesów w tej dyscyplinie. Kto ma tam pływać? Przykład coraz potężniejszych Chin. Mogliby pewnie wystawić 20 najnowocześniejszych jachtów w Vendee Globe. Tylko kto ma na nich pływać? Dean Barker pokazując bez efektów zresztą jaką  potęgą żeglarską jest Japonia? A może Roman Paszke? W sumie to jest on najbardziej utalentowanym polskim żeglarzem jeśli chodzi o realizację projektów. Gorzej z ich wynikami. 

Chińczycy jako organizatorzy Igrzysk Olimpijskich wystawili pełną reprezentację we wszystkich olimpijskich klasach, nie mając żadnych tradycji. Nikt dziś Chińczyków nie notuje w czołówce wyników Pucharu Świata klas olimpijskich poza windsurfingiem. A są przecież potęgą w wielu innych dyscyplinach. Bo żeglarstwo to przede wszystkim pasja. Od tego się zaczyna. Jeśli tę pasję chcemy rozwijać kosztem wyrzeczeń przez brak zaplecza i środków, to nie jest już pasją, a raczej obsesją. W oparach takiej obsesji rodziło się polskie żeglarstwo. Zaczęło się od Teligi i Baranowskiego, potem była Chojnowska-Listkiewicz, Jaskuła. A potem przyszły pierwsze jaskółki regatowe jak Blaszka, Kania, Perlicki, Wróbel, Piasecka by doczekać się pierwszego gigantycznego sukcesu, jakim było złoto w Atlancie Mateusza Kusznierewicza. 

A potem? A potem zaczął się festiwal marzeń i prób zdobycia najwyższych szczytów techniką na Mackiewicza. Czy to źle. Nie. Właśnie przeszliśmy tę drogę, przekonaliśmy się gdzie jesteśmy i wiemy, że to jest proces. On się oczywiście rozpoczął. Przykładem jest choćby Sopocki Klub Żeglarski, który przez lata skromnie, a dziś już jako wypasiona placówka wyszkolił potęgę windsurfingową. Od lat Jacek Noetzel mozolnie od zera buduje w Sopocie naszą polską potęgę katamaranową. Znam Jacka dość dobrze, gdyż wspólnie tę drogę razem zaczynaliśmy  żeglując na olimpijskim katamaranie. Dziś Jacek stworzył ogromne podstawy w tej dyscyplinie i wiem, że on wie jak jeszcze długa droga nas czeka, choćby do pierwszych sukcesów na Igrzyskach Olimpijskich. To między innymi dzięki niemu nasza Zatoka nie jest już tylko granatowa, a sporo na niej bieli od kwietnia do listopada! I dopiero kiedy będzie jej więcej niż granatu zacznie się poważne myślenie o realizacji wielkich, zawodowych projektów żeglarskich. Proces trwa i żadna Fundacja Narodowa tego nie zmieni w rok.