Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Fake newsy na pomoc mediom

W ostatnich latach dość często narzekamy na jakość mediów. „Słaby dziennikarz, zadaje głupie pytania, nieprzygotowany, nie ma wiedzy, pisze bzdury, a jakie błędy popełnia. To nie jest dziennikarz!” – to najczęstsze określenia jakie dzisiaj padają pod adresem dziennikarzy.

Krytyka dotyka zarówno prasę, radio i telewizję – czyli trzy filary tzw. tradycyjnych mediów. No i… rzeczywiście – trudno nie zauważyć spadku jakości na przestrzeni ostatniej dekady. Choć nie jest tragicznie i wiele redakcji trzyma poziom, to jednak erozję widać od środka, nad czym bardzo ubolewam. I nie chodzi tylko o upolitycznienie, bo to oddzielna choroba, ale zwykłą jakość tworzonych produktów. 

Główna przyczyna takiego stanu rzeczy jest dość prozaiczna. To kasa, a dokładniej jej brak. Wyobraźcie sobie, że jest pewna pula środków do rozdysponowania. Np. 100 zł. I przez całe lata ta pula jest stabilna. Tzn., co roku powoli sobie rośnie i jest dzielona pomiędzy trzy segmenty mediów, które mogą długofalowo planować  i budować swoje struktury. Ta pula to „tort reklamowy”, czyli cała kasa jaka wydawana jest w mediach na reklamę. I pewnego dnia przy owym torcie pojawia się nowy petent. To Internet. Z czasem mały i nieśmiały, niedoceniany przez starszych, doświadczonych kolegów - szybko jednak rośnie, dorabiając się potężnej rodziny. Obok stron www i portali wyrastają kanały telewizyjne, blogi, vlogi, itd. Wreszcie do głosu dochodzą tzw. social media. Z czasem cała rodzina „on - line” staje się potężnym graczem, większym od każdego z pozostałej trójki. Oczywiście światowe, w tym polskie budżety przeznaczane na promocję w mediach stale rosną, ale znacznie wolniej niż zagarnianie przez Internet kolejnych fragmentów reklamowego tortu. Efekt był prosty do przewidzenia – tradycyjne media rozpoczęły walkę o przetrwanie – z jednej strony weszły w świat on - line,  z drugiej zaczęły się potężne redukcje. Na wszystkim co się da, a przede wszystkim na ludziach. Dzisiejsze zespoły w prasowych redakcjach to ułamek tego co było 20 lat temu, a ci co dalej w nich pracują ze swoimi zarobkami spadli na dół krajowej siatki płac. Jak więc dotknięta tak poważną chorobą branża ma produkować zdrowy towar? To tyle jeżeli chodzi o przyczyny ekonomiczne.

Tradycyjne media już nigdy nie wrócą do dawnego stanu posiadania, mają jednak wszelkie szanse się bronić, a nawet przejść do ofensywy. Tutaj punktem wyjścia jest rozróżnienie treści podawanej w mediach od tej podawanej w blogach: youtubie, twitterze, czy fejsie. Te pierwsze z założenia są (a przynajmniej być powinny) informacjami, te drugie - opiniami. Mówię o pewnej zasadzie generalnej. Z czasem zapomnieliśmy o tym traktując wszystkie treści jednakowo. Szansą dla mediów tradycyjnych jest więc profesjonalizm, merytoryczność i obiektywizm. Oddzielenie faktu od komentarza. Oczywiście redakcje także używają sieci, ale swoje treści produkują przy użyciu tradycyjnych redakcji i dziennikarzy (a nie blogerów, czy youtuberów).

Co ciekawe – tradycyjne redakcje mają już „pomocników”. I to z nieoczekiwanej strony. To tzw. fake newsy. To już nie tylko opinie, ale opinie zniekształcone i oparte na fałszywych informacjach lub po prostu w 100 procentach nieprawdziwe. Jak podaje TVN24 „fake news” zostało ogłoszone na świecie frazą roku 2017! I wciąż rośnie. A im więcej fake newsów – tym większa szansa dla mediów tradycyjnych, które mogą udowodnić, że nic nie zastąpi, profesjonalnej redakcji działającej wg ściśle określonych reguł i przepisów prawnych. Doskonale wyczuł to  ostatnio TVN24, który uruchomił projekt anty-fakenewsowy o nazwie Konkret24. Kieruje nim doświadczona dziennikarka i znawczyni sieci Beata Biel. Cel: demaskowanie informacji pojawiających się w sieci. Dokonywane przez klasyczną redakcję. To symboliczne.

Tak więc dla profesjonalnych, a także branżowych mediów otwierają się nowe możliwości. O ile – tutaj jednak pojawia się inny warunek – o ile nie ulegną innej chorobie, czyli upolitycznieniu. To poważna epidemia, którą dotknęło mnóstwo redakcji. Widać to także na naszym trójmiejskim podwórku. Coraz radykalniejsze upolitycznienie, czyli sprzyjanie politykom PiS, a jednocześnie totalną krytykę jego przeciwników widać już dawno na gdańskiej antenie TVP. Szkoda jednak, że tym samym tropem, tylko z całkowicie odmiennym przekazem politycznym podąża Gazeta Wyborcza. Można było odnieść wrażenie, że kampania samorządowa w Gdańsku to przy okazji starcie dwóch lokalnych redakcji – TVP i GW. Paweł Adamowicz nie pojawił się w studiu TVP, a Kacper Płażyński nie udzielał informacji GW. W piątkowym magazynie gazeta, tuż przed drugą turą wyborów na okładce wskazała Adamowicza, nie wymieniając nazwiska jego kontrkandydata. Dwa dni później Płażyński nie wpuścił na swój wieczór wyborczy dziennikarzy gazety. Itd… Co ciekawe w Szczecinie, gdzie w drugiej turze wyborów prezydenckich także starł się kandydat bezpartyjny z kandydatem PiS – tamtejsza redakcja GW pokazała na okładce obydwu panów z pełnymi nazwiskami, a oni sami pojawili się na debacie w tamtejszej TVP. Ciekawe co nas czeka przy kolejnych wyborach?

 

Michał Stankiewicz

98
11/2018

W młodości był barmanem, pojechał też na saksy do Wiednia, gdzie sprzątał mieszkanie bogatej Austriaczki.