Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Prawdziwi bohaterowie „Kleru”

„Kler” to nie tylko film o grzechach Kościoła, skupiający w 90 minutach jego najcięższe przewinienia, ale także pokazujący porażkę mediów. Wyjątkowo trafnie. Każdy kto zna mechanizmy obowiązujące w kościele wie jak bardzo trafnie – pisze Michał Stankiewicz, autor wielu reportaży o kościele, m.in. „Nietykalny ksiądz Andrzej D.” i „W imieniu kościoła”.

- U mnie nic. 

- U mnie też nic. 

- U mnie wzmianka na 3 stronie.

Kto widział „Kler” wie o co chodzi. To znamienna scena. Zgromadzeni w krakowskiej kurii księża sprawdzają świeże wydania gazet szukając informacji o księdzu podejrzanym o gwałt na chłopcu. Dzień wcześniej inny kapłan skruszony wyrzutami sumienia wysłał list do mediów oskarżając swojego kolegę o czyny pedofilskie. Kuria zamiast interweniować wobec pedofila stosuję kontrakcję: wszelkimi dostępnymi metodami dewaluuje donos, a przede wszystkim samego oskarżyciela. Z pełnym sukcesem.

„Kler” to nie tylko film o grzechach Kościoła, skupiający w 90 minutach jego najcięższe przewinienia, ale także pokazujący porażkę mediów. Wyjątkowo trafnie. Każdy kto zna mechanizmy obowiązujące w kościele wie jak bardzo trafnie. 

Rok 2007. Początek.

Sprawa była trudna i niejednoznaczna. Ksiądz Andrzej D. to szef liceum katolickiego w Szczecinie, szef centrum edukacyjnego archidiecezji szczecińsko - kamieńskiej, zaufany arcybiskupa, człowiek od diecezjalnych biznesów i spraw trudnych. Część jego podwładnych zaczęła jednak oskarżać go o molestowanie niepełnoletnich chłopców. Do kontaktów seksualnych miało dojść na początku lat 90. kiedy to założył i kierował Ogniskiem Brata Alberta. To miejsce schronienia dla chłopców z trudnych rodzin. Trafiali tam niepełnoletni chłopcy, niektórzy bardzo młodzi, nawet w wieku 10 lat. Do zbliżeń miało dochodzić w pokoju księdza, czy też w łazience. 

Tak na początku 2007 roku zaczęło się moje śledztwo w „Rzeczpospolitej”. Wiele miesięcy pracy i mnóstwo spotkań w całej Polsce. Z wychowawcami, ze świadkami i oczywiście ofiarami. Wśród nich także duchownymi. Bardzo trudnych rozmów. 

W maju 2007 roku mocno udokumentowany materiał był gotowy. Nie tylko o zarzutach wobec księdza, ale i wieloletnim milczeniu kościoła w jego sprawie. Bo już w 1995 roku ofiary przy wsparciu wychowawców ogniska ośmieliły się złożyć skargi w archidiecezji szczecińsko - kamieńskiej. Wysłuchano ich, odbyło się nawet spotkanie z biskupem pomocniczym. Obiecano zająć się sprawą. Duchowny musiał odjeść z ogniska, oficjalnie został odsunięty od pracy z dziećmi i trafił do parafii. Nie na długo.  Oskarżający go wychowawcy stracili ostatecznie pracę w ognisku, a duchowny wrócił z „zesłania” i otrzymał od arcybiskupa nowe misje.

W 2003 roku z pomocą ofiarom ruszyli Dominikanie, którzy rozpoczęli własne śledztwo, a jego wyniki – relacje ofiar – złożyli w kurii. Nie spotkali się jednak z przychylnym przyjęciem. Jeden z Dominikanów jako młody chłopak również pojawiał w ognisku. Nie trafił jednak w ręce księdza Andrzeja, ale Zdzisława K., kolegi księdza z seminarium. K. seminarium nie ukończył, za to był współtwórcą ogniska i pojawiał się w nim jako… wizytator z kuratorium.

W maju 2007 roku tekst był gotowy. „Rzeczpospolitą” kierował wtedy Paweł Lisicki razem z Piotrem Gabryelem, a szeregi zaufanych felietonistów zasilali Piotr Semka i Tomasz Terlikowski. W międzyczasie odbierałem nieoczekiwane telefony z poradami od „przyjaciół”: „Po co ci ten temat?” albo„Daj spokój. Ten tekst i tak nie pójdzie”. 

Nie poszedł, a pół roku później Gazeta Wyborcza opublikowała tekst „Ukryty grzech kościoła”. Dokładnie o tym księdzu i jego ofiarach. Po publikacji gazety rozpętała się burza. Jedna dotycząca księdza, druga wokół „Rz”, której zarzucono, że przez miesiące ukrywała gotowy materiał. Paweł Lisicki najpierw oświadczył mediom, że tekst nie poszedł, bo był nie dokończony. Po naciskach kolegium redakcyjnego złożył jednak na łamach „Rz” oświadczenie w którym przyznał się, że problem nie leżał w jakości tekstu, a nie dopuszczenie do publikacji było jego osobistą decyzją. W tym samym czasie u Moniki Olejnik pojawia się Jarosław Gowin, wtedy jeszcze polityk PO. Przyznaje, że od dawna zna temat i rozmawiał o nim z abp szczecińsko – kamieńskim. To nie jedyny polityk jaki macza palce w sprawie Andrzeja D. W czasie gdy dochodziło do molestowania zastępcą księdza w ognisku i jednocześnie psychologiem był Bazyli Baran, potem polityk PO i przewodniczący rady miejskiej w Szczecinie. Konsekwentnie broni księdza.

W 2008 roku odszedłem z „Rz”. W dziennikarstwie jest prawda i nieprawda. Układ zero – jedynkowy. Nie ma miejsca na ideologię i relatywizm. 

Rok 2014. Odsłona druga.

Po zmianie kierownictwa i jego otoczenia, a tym samym powrocie „Rz” do dawnych standardów postanowiłem wrócić do sprawy księdza Andrzeja D. Znów na łamach „Rz”, ale już wspólnie z Bertoldem Kittlem i Jarkiem Jabrzykiem, dziennikarzami ze stacji TVN. 

Byliśmy wtedy po dużej produkcji dla Superwizjera. Przez rok kręciliśmy w Krakowie dokument „W imieniu kościoła” o finansach i kościelnej komisji majątkowej. Dokument, którego najważniejszym elementem była prowokacja dziennikarska. Kraków to niezwykle ważne miejsce na mapie interesów Kościoła, co również było widać w filmie Smarzowskiego. Ale to już oddzielna historia. 60 - minutowy dokument można obejrzeć na stronach TVN.

Tym razem w sprawie księdza Andrzeja D. nie chodziło już tylko o wskazanie kolejnych dowodów molestowania, ale próbę odpowiedzi dlaczego – mimo tylu artykułów, świadectw, czy wręcz nacisków zakonników przez tyle lat Kościół nie rozliczył księdza. I znów objeżdżamy parafie, szukamy świadków, rozmawiamy z ofiarami, z duchownymi. W Polsce, ale i za granicą. Po pół roku powstaje nowy obraz z działalności księdza.

Okazuje się, że podjęte przez prokuraturę w 2008 roku - a więc po pierwszych publikacjach prasowych - śledztwo zostało umorzone.

Nie dlatego, że Andrzej D. jest niewinny, ale z powodu przedawnienia. Wobec dwóch ofiar prokuratura nawet przez sekundę nie podjęła analizy materiału uznając, że nie ma sensu wobec przedawnienia. W innej sprawie prokurator uznał, że ksiądz podczas zbliżenia nie użył przemocy fizycznej wobec 16 letniego chłopaka. Nie doszło więc do przestępstwa. Faktycznie, nikt się nie siłował, bo 16 – latek szukał pomocy u księdza - zależało mu na nauce w szkole kierowanej przez niego oraz jakiejkolwiek pracy, by móc przeżyć.

Lansowana przez niektóre media – Radio Maryja, Nasz Dziennik - fałszywa teza, że śledztwo umorzono z braku dowodów pozwala Andrzejowi D. rozwijać skrzydła. Wieloletnie starania ofiar, złożone świadectwa lądują w diecezjalnych szafach. Powołany Sąd Metropolitalny wydaje wyrok, który też ląduje w szafie.  Andrzej D. obejmuje funkcję szefa Instytutu Medycznego im. Jana Pawła II, a abp zleca mu najważniejsze misje - budowy szpitala i Domu Opieki Społecznej. D. w centrum Szczecina. D. załatwia dla kurii potężne pieniądze. Dotacje, wsparcia, sumy idą w milionach. Prowadzi ośrodki kolonijne nad morzem, dogląda nieruchomości kościelnych. Jego czarna Skoda Superb krąży po całym regionie. Wśród podkoszalińskich lasów odnajdujemy jego kilkuhektarową posiadłość z wielkim domem, prywatnym jeziorem i zakazem wejścia dla osób z zewnątrz. Udaje się nam wejść do środka. Okoliczni mieszkańcy opowiadają, że w willi prowadzone są nieformalne kolonie dla małych grupek dzieci. Znajdujemy też księdza na jego własnej konferencji  w hotelu i ośrodku SPA w Dziwnowie. Tutaj na ekskluzywne spotkanie w hotelu ze SPA dla kilkudziesięciu osób dostał nawet ministerialną dotację w wysokości 180 tys. zł. W trakcie naszej pracy zgłasza się do nas wysoki oficer służb, z PRL-owskim rodowodem. Jak się okazuje dobry znajomy księdza D. Udziela nam „porad” i ostrzeżeń…

„Nietykalny Andrzej D.”, bo tak zatytułowaliśmy nasz reportaż -  ukazuje się w Superwizjerze TVN w 2014 roku. Równolegle na łamach „Rz”. Tego samego dnia nadajemy na żywo „Uwagę” z dwóch miejsc w Szczecinie, a po niej jeszcze „Uwagę po Uwadze”. TVN angażuje wszystkie anteny z TTV włącznie. Efekt? Andrzej D. do dzisiaj jest nietykalny.

Prawie jak reportaż

Wojciech Smarzowski namalował dokładny obraz mechanizmów jakie są w Kościele. Ksiądz Leszek Lisowski, grany przez Jacka Braciaka to zaufany kasjer bp Mordowicza, diecezjalny biznesmen. Wbuduje rzeczy niemożliwe, znajdzie zawsze kasę, nie zapominając o swoich wygodach. Luksusowy apartament nad Wisłą, Mercedes klasy S. – takie rzeczy lubi ksiądz Lisowski. To także gwałciciel. Nieusuwalny, wręcz nietykalny, mający haka na wszystkich. Korzystających z wszelkich metod i koneksji, by dojść do celu. Nawet z usług oficera dawnych służb. Brzmi znajomo?

W filmie Smarzowskiego kaci są też jednocześnie ofiarami. Jest nią zarówno Lisowski, jak i ksiądz Tadeusz Trybus grany przez Roberta Więckewicza. Smarzowski pokazuje, że ten „zły dotyk” przenoszony jest niejako systemowo. Taki też obraz przewijał się wielu rozmowach jakie przeprowadziliśmy z ofiarami, czy też samymi duchownymi zbierając miesiącami materiały. Wreszcie siła Kościoła jako instytucji, jej wpływ na polityków, czy też na media z blokowaniem tekstów włącznie. Cieszę się, że powstał „Kler”. Tym bardziej, że Smarzowskiemu udało się uniknąć epatowania brutalnością i wulgaryzmem, skutecznie broniąc się przed stylem jaki znamy z filmów Patryka Vegi.

„Kler” to najlepszy materiał dziennikarski jaki powstał.