Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Sopockie pospolite ruszenie

To był wyjątkowy wieczór. Z wielu względów. Muzyki, występujących głosów, aranżacji, uczestniczących w nim ludzi, aż wreszcie związanej z nim historii. Mowa o Sopot Remake’68, arcyciekawym projekcie, którego premiera miała miejsce podczas sierpniowego wieczoru w Operze Leśnej w Sopocie. 

Na jednej scenie spotkały się naprawdę mocne osobowości polskiej sceny muzycznej – na czele z Dawidem Podsiadło, Moniką Brodką, Krzysztofem Zalewskim, Natalią i Pauliną Przybysz, Kevem Foxem. Koncert był odtworzeniem sopockiego festiwalu z 1968 roku. W repertuarze znalazły się te same piosenki, które pojawiły się wtedy na sopockiej scenie. Był więc „The House of the rising sun” (w 1968 wykonywany był przez belgijską piosenkarkę, ale oryginał należał do The Animals),  było „Sunny”, które chyba najbardziej znamy z repertuaru Boney M., czy też „Can’t take my eyes off you” (przez producentów koncertu nazwane jako „I love you baby”) – w 1968 śpiewane w Sopocie przez Patsy Mac Lean. Z polskich utworów pojawił się m.in. numer „Daj”, Jerzego Połomskiego z 1968 roku, określany niekiedy mianem pierwszego polskiego erotic songu („Daj, czegoć nie ubędzie, byś najwięcej dała, daj, czego widać żadna przedtem dać nie chciała, daj, co mi wzrok szczerwieni i serce połechce, daj czego chcę od Ciebie, a od innych nie chcę.”, a dalej: „daj, rankiem niebieskim, daj wieczorem długim, daj, przecież zawsze możesz nie dać po raz drugi…” itd.). W sumie 12 ciekawych, bardziej znanych, a także w ogóle nie znanych utworów śpiewanych przez wokalistów z towarzyszeniem orkiestry.

Siłą tego koncertu były jednak nie tyle co gwiazdy, ale lokalna, sopocka społeczność muzyczna. Ludzie, którzy nie tylko pracują ze sobą zawodowo, ale i doskonale się znają i lubią. Ta sopocka tkanka twórcza, z której niegdyś miasto było znane. Muzycznym kołem napędowym projektu był Kuba Staruszkiewicz, jeden z lepszych polskich perkusistów, znany chociażby z „Męskiego Grania”. W ub. roku zrealizował autorski projekt poświęcony Januszowi Hajdunowi, polskiemu kompozytorowi związanemu z Sopotem. I to właśnie Kuba, który opracował współczesne aranżacje starych utworów wraz z innymi lokalnym muzykami stanowił jądro koncertu. To do niego dołączyli m.in. saksofonista Irek Wojtczak (którego można posłuchać czasem z Teatrze Boto), Marsija Loco, Michał Skrok „Bunio”, Tomek Ziętek, Tomek Makowiecki, czy Kev Fox, dzisiaj święcący tryumfu ze Smolikiem, a przez wiele lat związanym z Sopotem. To sopockie „jądro” zaskoczyło na wszystkich poziomach – nie tylko muzycznym, ale i mentalnym, co było widać podczas wielogodzinnych prób. Dzięki temu mieliśmy możliwość posłuchać nie tylko profesjonalnych muzyków, ale i ludzi, którzy dobrze się ze sobą czują i rozumieją. To dało inny wymiar koncertowi.

No i kolej na odrobinę historii, która w stosunku do pierwotnego pomysłu koncertu została nieco zmarginalizowana. Punktem wyjścia do całej imprezy był film dokumentalny Magdy Szymków „Piszę do ciebie kochanie”. To film pokazujący wojskową interwencję w  Czechosłowacji jakiej dokonały kraje bloku komunistycznego w sierpniu 1968 roku. Jednym z agresorów była Polska. Szymków, dziennikarka i zdolna, wielokrotnie nagradzana reżyserka pokazała dwa równoległe światy – polskie czołgi w Czechosłowacji i trwający w tym samym czasie międzynarodowy festiwal w Sopocie. Co istotne – festiwal wyjątkowo nerwowy. Zagraniczni artyści na znak protestu opuszczali Sopot, włącznie z jugosłowiańską prezenterką, odwoływano niektóre koncerty, kolportowano ulotki, a SB zatrzymywała ludzi. To właśnie pokazała Szymków w dokumencie, który premierę miał w maju tego roku w Warszawie. Wtedy mniej więcej powstał też pomysł na sierpniową, sopocką premierę filmu (trwającego nieco ponad 20 minut), a więc dokładnie w 50 lat po wydarzeniach. I to nie byle jaką, ale połączoną z próbą odtworzenia festiwalu. Pomysł zakiełkował. Ostatecznie jednak film nie znalazł się na scenie, a pokazano jedynie jego fragmenty puszczane pomiędzy poszczególnymi utworami. Całość dopełniał głos Wojciecha Manna puszczany z offu , który jako tzw. „Wielki brat” opowiadał o wydarzeniach 1968 roku i zapowiadał artystów.

Finał? Sopot Remake’68 był niezwykłym wydarzeniem (niektórzy narzekali, że za krótkim), wyjątkowym połączeniem dobrej muzyki i ważnej historii. I co już chyba coraz trudniejsze w Polsce – udało się go zrobić w oderwaniu od bieżącej, koszmarnej polityki. I jeszcze jedna uwaga – myślę, że wiele osób po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawiło się w Operze Leśnej w Sopocie. Kojarzonej na co dzień z radosnymi festynami muzycznymi typu top trendy. Co więcej -  okazało się, że widownia była pełna! W takich momentach wraca wiara w ludzi.