Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Dokładnie cztery lata temu napisałem w moim wstępniaku te słowa. 

„Z tak zmasowanym atakiem ludzkiej głupoty nie mieliśmy do czynienia już dawno. A z głupotą to jest tak, że gdy już jesteśmy przekonani, iż sięgnęliśmy dna jako społeczeństwo, zawsze musi się wydarzyć coś, co uświadomi nam jak bardzo byliśmy nieświadomi”.

Dziś z przykrością muszę je powtórzyć. Ci, którzy regularnie czytają to co piszę wiedzą, że głupotę ludzką i nieodpowiedzialność lubię piętnować i puentować. A to co się ostatnio dzieje w naszym grajdole, również tym lokalnym, przechodzi ludzkie pojęcie. Z pewnością, wpływ na to ma trwająca kampania samorządowa. To zawsze jest wylęgarnia kuriozalnych wydarzeń, kompromitujących wypowiedzi i dziwnych zachowań. 

Sporo dzieje się w Gdańsku. Paweł Adamowicz najpierw dostał prawym prostym od własnej partii, która nie udzieliła mu poparcia, następnie on sam wbił swojej partii nóż w plecy stając do wyborów z własnym komitetem, a całkiem niedawno wpadł na pomysł nie tylko kuriozalny, ale po prostu głupi – próbował namówić swojego kontrkandydata Jarka Wałęsę, by ten zdradził swoją partię, dzięki której dorobił się milionów w Europarlamencie i dołączył do obozu Adamowicza, obejmując po wyborach stanowisko wiceprezydenta. 

Cóż to za standardy, panie prezydencie? Ciekaw jestem, którego ze swoich zastępców chciał poświęcić Paweł Adamowicz. Oni pewnie też są ciekaw. W zasadzie, jeśli patrzeć na to przez pryzmat kompetencji młodego Wałęsy, to jest to obojętne, można nawet losować, wszak człowiek ten w Gdańsku nie przebywa od lat, o mieście, jego problemach, specyfice zarządzania nie ma zbyt dużego pojęcia. Zatem równie dobrze może zasiąść w fotelu prezydenta Bielawskiego i odpowiadać za politykę przestrzenną, wejść w buty Piotra Grzelaka i zagłębić się w miejską politykę komunalną, albo zmierzyć się z problemami społecznymi które na dość dużą klatę bierze teraz wiceprezydent
Piotr Kowalczuk. 

Oczywiście, jest to scenariusz nierealny, wszak przyjęcie propozycji Pawła Adamowicza byłoby politycznym samobójstwem, a i myślę też, że chyba Jarosław Wałęsa ma trochę więcej przyzwoitości niż urzędujący prezydent. Nie zmienia to faktu, że do rządzenia takim miastem jak Gdańsk się nie nadaje, albo nadaje się o wiele mniej niż Adamowicz. Pan Paweł czuje jednak oddech konkurenta, a na dodatek tam gdzie dwóch się bije, może skorzystać trzeci, czyli Kacper Płażyński, kandydata PiS. Zacne nazwisko nosi ten młodzian i... to by było chyba na tyle. No, ale mierność kandydata nie jest dla jego elektoratu istotna i na około 20 procent pewnie może liczyć z urzędu. 

Każdy z tej trójki do wyborów będzie żył w niepewności, a że sondażowe różnice między nimi nie są duże, to wszyscy robią co mogą by się przypodobać wyborcom. Co? Na przykład udają, że są bardzo ludzcy i wychodzą do ludzi. Płażyński harata w gałę, Wałęsa robi selfie z mieszkańcami w tramwaju, ale ostateczny cios zadał Adamowicz, który na mecz gdańskiej Lechii wybrał się nie jak zawsze urzędową limuzyną, a SKM-ką, na dodatek wypełnioną kibicami jak pociąg tokijskiego metra. 

Co prawda świadkowie nie odnotowali by prezydent podchwycił kibicowskie przyśpiewki o zabarwieniu eufemistyczno-erotycznym dedykowane na przemian piłkarskim sąsiadom zza miedzy i pewnej, mundurowej grupie zawodowej, ale trochę punktów na pewno zebrał. Swój chłop! Jeszcze bardziej swój by był, gdyby chwycił w dłoń Specjala lub przechylił z kibicem małpeczkę, ale tego świadkowie też nie odnotowali. Pewnie nie było tego w scenariuszu, a na spontaniczność i ludzką przecież twarz w czasie kampanii nie ma co liczyć. 

Może nie ludzką, ale na pewno swoją twarz po raz kolejny pokazał arcybirbant Sławoj Leszek Głódź. Ten dziwny człowiek jest dla mnie totalnym odzwierciedleniem pewnej nienaukowej, ale słusznej teorii brzmiącej tak – jako, że światło jest szybsze od dźwięku, niektórzy ludzie wyglądają na oświeconych, dopóki się nie odezwą. Wypisz, wymaluj Głódź. Niestety, znowu się odezwał. Baaa, co ja mówię... odpalił bombę werbalną. Podczas spotkania w Gdańsku z niemieckim duchownym Reinherdem Marxem, jednym z najbliższych współpracowników papieża, nasz arcybirbant publicznie wysunął pomysł, aby sprowadzić do Gdańska i pochować z honorami w Katedrze Oliwskiej biskupa Karola Marię Spletta.

Kim jest ten duchowny o zwodniczo brzmiących imionach i sugerującym nazwisku? Tak, to Niemiec, konkretnie gdański biskup diecezjalny w latach 1938-1964. W czasie II Wojny Światowej współpracował z nazistami, poparł włączenie Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy, wydał zakaz spowiadania w języku polskim i popełnił wiele innych grzechów, których pewnie chciałby nie pamiętać, ale pamięta historia. Generalnie, nazistowskiemu kapłanowi bardzo surową ocenę wystawili zarówno polscy, jak i niemieccy historycy, ale trzeba też uczciwie przyznać, że są głosy, również w Kościele, próbujące wziąć Spletta w obronę i tłumaczyć go po prostu strasznymi czasami, w jakich przyszło mu żyć i podejmować decyzje. 

Dlaczego zwierzchnik kościoła katolickiego w naszym regionie chce oddać mu honory i umieścić jego prochy w jednym z najświętszych dla katolików miejsc na Pomorzu? Tego nie wie nikt, chce się wierzyć, że to jednak Boże miłosierdzie, a nie ukryta opcja niemiecka. Już widzę jednak potencjalne następstwo tej decyzji, o ile udałoby się ją wprowadzić w życie. Widzę bowiem Katedrę Oliwską otoczoną zastępami pielgrzymów, którzy pod brunatnymi kurtkami skrywają gołębie serca, w jednym ręku trzymając zielone proporce, w drugiej różańce. Widzę jak gorliwie się modlą do relikwii, z którą w końcu mogą się utożsamiać...