Jerzy Limon

Jerzy Limon jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego oraz dyrektorem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wydał kilkanaście książek naukowych z zakresu historii i teorii literatury, dramatu i teatru, a jego specjalnością jest XVI i XVII wiek (w tym i twórczość Szekspira). Jest autorem pięciu powieści i przekładów dawnego i współczesnego dramatu angielskiego. W wolnym czasie gotuje.

Wesołe miasteczko

Od początku istnienia demokratycznej Polski twierdziłem, często w rozmowach z politykami, że bez rewolucji oświatowej żadna inna nie może się udać. Gdyż demokracja jest ustrojem dla światłych społeczeństw. Patrząc na reprezentantów narodu ostatnich dziesięcioleci, słuchając ich bełkotów, widząc ich nieokrzesanie a często i nieskrywane chamstwo, można zadać zasadne pytanie: gdzie oni wszyscy praktykowali, gdzie pobierali nauki? Gdzie ich uniwersytety? Kto tych ludzi nauczył, że w kraju demokratycznym stanowiska rządowe, w administracji państwowej, w dyplomacji obsadza się nie według kompetencji i sprawiedliwej selekcji, tylko poprzez dobór partyjny czyli układy interesów? Kto pokazał, że na posłów i senatorów nie trzeba wcale wybierać mężów stanu, mądrych, o nieposzlakowanej opinii, uczciwych obywateli, którzy potrafiliby swoją postawą budzić podziw, stanowić przykład dla młodzieży, niezłomny wzorzec moralny? (Oczywiście, tacy też się zdarzają, ale ich głos i postawa giną w tumulcie
chamstwa i głupoty). 

Kto nauczył, że słowo dane wyborcom nic nie znaczy, a udowodnienie kłamstwa politykowi spływa po nim jak woda po kaczce? Kłamstwo nie kompromituje, stało się skutecznym sposobem uprawiania polityki. Kto ich nauczył wykorzystania kościoła, jego Nauki i jego dostojników – często jakby nie do końca świadomych w co ich wprzęgnięto - do celów politycznych? Kto pokazał, że w sejmie można zupełnie bezkarnie przepchnąć każdą, nawet najbardziej niedorzeczną ustawę, szkodliwą dla obywateli i prestiżu państwa? Kto pokazał, że związek biznesu z polityką może być ścisły, nawet zażyły, że obsadzanie stanowisk w radach nadzorczych i zarządach spółek skarbu państwa nie wynika z troski o dobro gospodarki, tylko z nadziei na osiągnięcie konkretnych zysków, tak finansowych jak politycznych? 

Gdzie i od kogo mieli się nauczyć i przekonać, że sądy i prokuratury mogą być na usługach polityków? Gdzie mieli podpatrzyć jak działa w praktyce naszego politycznego wesołego miasteczka odziedziczona po komunie „karuzela stanowisk”? Gdzie w cywilizowanym świecie jest tak daleko idące upartyjnienie wszelkich stanowisk administracji państwowej i samorządów, ba, również w gospodarce? Jaki to przykład dla obywateli? Jaką mądrość z tej patologii mają czerpać ich następcy, szykowani do boju w rozmaitych „młodzieżówkach”? Czego się tam uczy tych młodych ludzi i kto jest dla nich wzorcem? Jakie są ich uniwersytety, pytam, i jacy profesorowie?

Dlatego nie wystarczy wygłaszać filipiki, bić na alarm, czy dąć w surmy bojowe – trzeba się zastanowić, jakie są źródła cwaniactwa politycznego, tych pełnych pychy i poczucia bezkarności postaw, bezczelnego i cynicznego naigrywania się z prawa, podstawowych zasad przyzwoitości i zdrowego rozsądku, skąd tyle warcholstwa, prostactwa i najzwyklejszego chamstwa? Skąd ten plebejski makiawelizm polityczny? To istne panoptikum łgarzy i cwaniaków? Czy tego wszystkiego nasi obecni i przyszli reprezentanci w parlamencie krajowym i europejskim nauczyli się na stażach za granicą? Czy jest to wiedza wyniesiona z nauki pobranej na wyższych uczelniach? Czy jest to mądrość i tradycja naszych przodków? Nauka kościoła? Tradycja narodowa a może europejska? Chrześcijańska, o którą – paradoksalnie – tak zawzięcie walczymy z ateistyczną Europą? A może do tego skłania honor, na który tak chętnie politycy i służalcze media się powołują? Polski punkt widzenia? Nie, po stokroć nie! 

Skąd zatem to się bierze? Ano bierze się stąd, że demokracja  jest ustrojem dla światłych społeczeństw, dobrze wykształconych, o wysokim poziomie świadomości i odpowiedzialności obywatelskiej. A takie dopiero musimy stworzyć. W przeciwnym razie będziemy stale żyli w jakimś upiornym wesołym miasteczku, gdzie oprócz beztroskiej, często bezmyślnej zabawy, wszystko jest na opak, staje do góry nogami. Króluje tam świat karnawału, gdzie zanikają wartości, kultura i tradycyjny porządek rzeczy. Nie ma zasad, a słowa przestają się liczyć. Wszystko wolno, byle zapłacić za bilet. Następuje zamiana ról i rządzi ten, kto sprytniejszy. Cwaniak staje się wzorcem, a cnota zostaje wyśmiana. Sztukę zastępuje beczka śmiechu. Sprawiedliwość – strzelnica. A na koniec okaże się, że z wesołego miasteczka nie ma wyjścia. Można do niego tylko wejść. I w ten sposób sami sobie gotujemy ten los.

 

95
08/2018

Miał być prawnikiem, jak jego ojciec. Skończył studia, dostał się na aplikację i... prawnikiem nie został.