Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Open’er Festival za nami. W tym roku rekordowy, w sumie wzięło w nim udział 140 tysięcy ludzi, a rekordowa, jednodniowa frekwencja wyniosła 70 tys. widzów. Fundamentem tego festiwalu jest oczywiście muzyka. Światowe gwiazdy przyciągają jak magnes, ale festiwal jest także okazją do poznania muzyki niszowej, alternatywnej, często także do zobaczenia wybitnych muzyków w zupełnie nowych formacjach, czy dokonaniach solowych. 

Czy to się komuś podoba, czy nie, Open’er to festiwal światowy. Marka sama w sobie. Podczas tegorocznej edycji miałem okazję rozmawiać z Norwegami, Australijczykami, Hiszpanami, Amerykanami, a nawet z parą z Kenii. Wszyscy podkreślają fantastyczną atmosferę panującą na gdyńskim festiwalu. Ludzie lubią na Open’era przyjeżdżać. 

To festiwal ucywilizowany, wręcz mieszczański, jak zwykł mawiać organizator, Mikołaj Ziółkowski. Niewiele on ma wspólnego z dzikim rock’n’rollem, nie towarzyszy mu żaden wolnościowy przekaz, bo też i uczestnikom nic tej wolności nie ogranicza. To festiwal dla ludzi młodych wiekiem i młodych duchem, dla mieszczuchów, dla tych, którzy kochają muzykę, ale lubią też wszystko to, co się wokół tej muzyki dzieje. 

Open'er jest o tyle interesujący, że jest z jednej strony masowy, a z drugiej elitarny. Mikołaj Ziółkowski idealnie sprofilował imprezę. Mówi się, że jak coś jest dla wszystkich, to jest do dupy, a Open’er jest tego zaprzeczeniem - jest właśnie dla wszystkich, łączy pokolenia, nową muzykę otwiera przed starszymi festiwalowiczami, a młodym pokazuje starych mistrzów. Taki profil festiwalowicza, w połączeniu ze stale rosnącą frekwencją jest też łakomym kąskiem dla sponsorów. 

Organizacja takiej imprezy to niewyobrażalna logistyka. Na około 60 hektarach przez kilka tygodni budowane jest średniej wielkości miasto. Zatrudnionych jest kilka tysięcy ludzi. Wielkim wysiłkiem organizacyjnym jest przygotowanie scen dla wykonawców w krótkiej przerwie między jednym a drugim koncertem. Widać to było wyraźnie podczas tegorocznego koncertu Bruno Marsa. To była największa produkcja sceniczna w historii Open’era. Do przywiezienia sprzętu artysty potrzebnych było aż 15 ciężarówek! Dla porównania, popularni artyści wykorzystują zwykle od 4 do 6 ciężarówek do przewozu scenicznego ekwipunku na potrzeby festiwalowego występu.

Organizatorzy zasługują na pochwałę również oddanie przestrzeni festiwalowej organizacjom pozarządowym i instytucjom kultury. W tym roku były dwa muzea, a dla wielbicieli teatru przeznaczono aż dwie sceny i trzy przedstawienia, w tym „Wesele” w reżyserii Jana Klaty. Ziółkowski tłumaczy, że jest to jego wkład w edukację głównie młodego pokolenia, działalność wybitnie społeczna, bo zorganizowanie sceny teatralnej od podstaw to olbrzymie pieniądze. Świetnie, że te pieniądze się znajdują, a o tym, że są one dobrze wydane, świadczą tłumy na openerowych spektaklach i w muzeach.  

Nie od dziś wiadomo, że kultura jest źródłem wartości i działań stymulujących rozwój społeczny. Skłania do dialogu społecznego, kształtuje takie wartości jak tolerancja, demokracja, wolność słowa, pokój. Są to wartości społeczeństwa obywatelskiego i taki właśnie jest Open’er. Obywatelski, kosmopolityczny, europejski, pozbawiony podziałów, barier i uprzedzeń. Zatem trwaj Open’erze do końca świata i o jeden dzień dłużej. 

A na koniec przytoczę komentarz Agi Ossowskiej, znaleziony na Facebooku, ad vocem wszystkim tym, którzy hejtują festiwal i drobne wpadki, których przecież nie da się uniknąć windują do rangi festiwalowej katastrofy. 

 

„Najbardziej podziwiam to w Openerze, że wypada w Dupie Bladej. Wielu jest ludzi, którzy narzekają na swe położenie: na to, że coś im nie wypala, bo są 50 metrów za daleko od Monciaka. Albo wiatr śmierdzący wieje w ich stronę. Albo przeszkadza im inny rąbek u ich spódnicy. A tu proszę: out of nowhere, dawaj ludu w skmki, autobusy, a dojedziesz do raju. I nie musisz kochać osób, które będą grały: to jest ważne, ale tylko w kilku procentach. Ważne, że tu jest potencjał orgazmu, bo sama przyjemność i tak znajduje się w tych namiotach pełnych niespodzianek: pokazów i pogadanek różnorakich, tych budkach z żarciem i toy toyach sprawiających, że czujesz się jak dziecko na biwaku, w tej przestrzeni łąk przypalonych słońcem, i do tych wszystkich poruszonych zmysłów, dochodzi MUZYKA. Po Openerze pomyślałam: kij z tym, że żaden zespół mnie nie ciągnął tam, ja leciałam tam za tłumem emanującym endorfinami. I nie trzeba patrzeć w stronę sceny, żeby dobrze się bawić. Czasem można patrzeć na ludzi i ich emocje, wczuć się w ich stan uniesienia i samemu znaleźć zadowolenie. Bo można przeżyć orgazm, nawet gdy się go nie spodziewamy.”