Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Sezon na flądrę

Wyjątkowo gorący maj spowodował, że tegoroczny sezon wystartował znacznie wcześniej. W całym Trójmieście obok knajp zakwitły ogródki, a weekendy zaczęły przypominać oblężenie Wiednia przez Turków. Szczególnie widać to jak zawsze w Sopocie, małym, bo niespełna 40 - tysięcznym miasteczku, które latem przemienia się w całkiem spore miasto. Tak więc za nami są już: pierwsze tegoroczne motoryzacyjne blokady dolnego Sopotu, wzmocnione dzięki zamknięciom kilku ważnych ulic, walki o miejsca parkingowe (uwaga - zamiast walki miejsce można kupić u nietrzeźwych „właścicieli” ulicy Ceynowy koło kortów. Biuro parkingu mieści się na murku koło wejścia do budynku kortów, czasem pod płotem, najczęściej jednak przedstawiciel firmy samodzielnie obsługuje klienta. Drugi oddział mieści się na ulicy Piastów, róg Parkowej, dochodzącej do morza. Tam też można stosunkowo tanio kupić miejsca od „właścicieli” ulicy), czy też potyczki o miejsce pomiędzy pieszymi, a rowerzystami na remontowanych ciągach pieszo – rowerowych wzdłuż plaży. To nie koniec konfrontacji jakie czekają na turystę pielgrzymującego do sopockiej ziemi obiecanej. Przed nim najważniejsza bitwa. Gastronomiczna.

I tutaj zacznijmy od wspomnień. Np. deszczowych, listopadowych wtorków, czy też paskudnych, z tym charakterystycznym przenikającym zimnem lutowych niedziel. W zimno – mokrą pogodę mało komu chciało się wychodzić. Wtedy też do łaskawego wejścia w uniżone progi restauracji zapraszał stęskniony gości kelner. A ci wchodzili - skuszeni wizją kulinarnego orgazmu i troskliwej opieki przez stałą i usmiechniętą obsługę. Bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej. Ale się starali.

W czerwcu jest już stabilnie, nie ma wahnięć. Ten sam kelner zamienia się w kogoś kto na pytanie o pozycję w karcie odpowiada, że „pójdę zapytać”. Ale, nie - nie czepiajmy się – brak ludzi do pracy to zmora dzisiejszych czasów. Zatem czekamy cierpliwie aż przyjęta zapewne wczoraj do pracy miła osoba dowie się w kuchni co jest w daniu. Gorzej jest potem, gdy zamiast oczekiwanej kulinarnej uczty dostajemy coś niekoniecznie strawnego. A już szczytem niestrawności okazuje się rachunek. Chcesz się poskarżyć? Po co, możesz nie wracać, na twoje miejsce pojawi się wielu innych, wpadających na jeden weekend do Sopotu. Dasz złą ocenę na fejsie? Ok, o ile to możliwe, bo przecież wystarczy wyłączyć na profilu knajpy możliwość oceniania.

Tak jak np. u jednej z plażowych restauracji zaczynających się na literę M. Zamówiona flądra w panierce okazała się panierką z odrobiną flądry. Najgorzej, że niestrawną, podobnie jak frytki. Próba oceny na fejsie tego obfitującego we fryturę posiłku okazała się niemożliwa. To nie koniec przygód. Z zasady płacę napiwki równowarte 10 procent, tak jest przyjęte na świecie. Nie płacę ich naprawdę w wyjątkowych sytuacjach. Fatalny pokarm był właśnie taką sytuacją. Tymczasem na rachunku do każdej pozycji dopisano tajemnicze kwoty, które okazały 10 procentową dopłatą. Nie znam uwarunkowań prawnych mówiących o legalności bądź nie takiego dopisywania. Nie wiem też czy w menu gdzieś dopisane była informacja/ostrzeżenie o urzędowo naliczanym napiwku. Chodzi o zwykłą przyzwoitość w stosunku do klientów. My poczuliśmy, że ktoś nas próbuje po prostu wyr…. (tutaj proszę o wstawienie dowolnego zakończenia).

Zatem sezon nadszedł. Bądźcie więc czujni! Tym bardziej, że rola lokali wzrasta. A wszystko dzięki sopockim radnym, którzy podjęli decyzję o zakazie sprzedaży alkoholu w sklepach od godziny 2 do 6. Mogło być gorzej, bo radni Kocham Sopot sugerowali wprowadzenie zakazu już od godziny 00.00. To oznacza, że po drugiej w nocy alkohol można kupić tylko w lokalu. Rozumiem intencję tych zmian – dbanie o porządek i spokój w mieście. Radni uznali, że osoby kupujące w nocy alkohol mają większą skłonność do zakłócania spokoju. Na pewno jest w tym sporo racji podpartej policyjną statystyką. Tylko czy prewencyjne zakazy to dobry kierunek? Na zakazie ucierpią nie tylko właściciele sklepów, ale mieszkańcy i turyści, którzy po prostu chcą kupić legalnie produkowany i sprzedawany w Polsce produkt, nie mając jednocześnie zamiaru zakłócać komukolwiek spokoju, a także nie chcąc spożywać go w lokalu. Równie dobrze można wprowadzić zakaz organizacji rozgrywek piłki nożnej, bo spora część kibiców skupia się na demolowaniu stadionów i przestrzeni publicznej poza nimi. Ucierpieliby jednak wtedy zwykli, porządni kibice, stąd nikt nigdy na taki pomysł nie wpadł. 

Inna sprawa to miejska polityka wydawania koncesji na alkohol. A dokładniej różnicowania liczby koncesji w zależności od mocy alkoholu. W tym roku znów więcej jest na alkohole lekkie (piwo i wino), a mniej na te mocniejsze. Wynika z tego jak nic, że klient po wypiciu 11 butelek francuskiego merlota Chateau Grand Destieu, rocznik 2006 jest mniej awanturujący się od spożywającego Cuba Libre. O wyższości w szlachetności, pięknie, czy też olśniewającej strukturze ewentualnych, fantazyjnych zwrotów po tak wyrafinowanym trunku już nawet nie wspominam. To nie to samo co zwykły paw po wyborowej…

 

93
06/2018

Jak spada się z 68 metrów, to z człowieka niewiele można uratować.