Jerzy Limon

Jerzy Limon jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego oraz dyrektorem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wydał kilkanaście książek naukowych z zakresu historii i teorii literatury, dramatu i teatru, a jego specjalnością jest XVI i XVII wiek (w tym i twórczość Szekspira). Jest autorem pięciu powieści i przekładów dawnego i współczesnego dramatu angielskiego. W wolnym czasie gotuje.

Narty a sprawa polska

Tak się zdarzyło, że w czasach małyszomanii moja teściowa, dama o nienagannych manierach i elegancji, rzuciwszy okiem na pokazywany w telewizji skok któregoś z narciarzy, orzekła głosem fachowca: „mógłby nieco styl poprawić”. Zdumiało mnie to bardzo, gdyż teściowa nigdy właściwie sportem się nie interesowała, a tu nagle wypowiada się w sprawach dziedziny do niedawna u nas jeszcze niszowej. Ale cały kraj popadł wówczas w euforię, gdyż nagle pojawiła się dyscyplina, w której Polak odnosi sukcesy, ba, jest najlepszy na świecie. Dyscyplina, dodajmy, dość przypadkowa, bo to nie było tak, że w Polsce od lat miliony fascynowały się skokami narciarskimi, a młodzież trenowała w setkach szkółek na setkach skoczni, tylko najpierw pojawił się Adam Małysz, a potem nastąpiła zbiorowa psychoza. Tak, jakby chwała zwycięstw spływała na każdego z nas, obywateli kraju, który w sporcie zwycięstwa odnosi sporadycznie. 

Bardzo podobały mi się awanse w rankingach naszej narodowej dumy, czyli reprezentacji kraju w piłce nożnej, wynikające z tego, że drużyna nie grała, a inni przegrywali. Wydaje się, że to właśnie dlatego każdy realny sukces sportowy stanowi doraźne podreperowanie naszej narodowej samooceny, wyraźnie nadwątlonej przez zabory, wojnę, PRL, komunistów i złodziei, elity, zagraniczne media i wrogów, jacy nas otaczają. To narodowe kompleksy powodują, że cieszymy się jak dzieci, gdy któryś z naszych zajmie miejsce na podium, ba, weźmie udział w prestiżowych zawodach, i utwierdzamy się w przekonaniu o naszej wyjątkowości. 

Być może jesteśmy jedynym krajem, gdzie media sportowe odnotowują fakt, iż polski piłkarz, grający w jakiejś drużynie zagranicą, wyszedł na boisko na końcowe piętnaście minut meczu. Na tego typu informacje nigdy nie natrafiłem w prasie niemieckiej, czy angielskiej. A u nas nawet udana asysta przy golu, który zdobył  kto inny, urasta do rangi wydarzenia, poprzez które świat powinien patrzeć na nas z podziwem i w końcu zacząć doceniać. Bo właśnie to nam doskwiera, że pomimo genetycznie przekazywanych cech wyjątkowych, świat zdaje się ich nie dostrzegać, a co gorsze, na skutek donosów wrogów ojczyzny wypomina nam cechy, jakich z pewnością nie posiadamy, i zarzuca czyny, jakich nie popełniliśmy. Przyprawia nam gębę. Ale wiemy, że to głosy wrogów lub niedouczonych. Jednak w prosty sposób megalomania narodowa, oparta często na mitach, przeobrazić się może w tępy nacjonalizm, który w filmie fabularnym potrafi dostrzec zagrożenie dla obowiązującej, pełnej samouwielbienia identyfikacji narodu.

Kto temu winien? Ano system edukacji, który w zakresie historii czy wiedzy o społeczeństwie (i świecie) przypomina ten z okresów zaborów. Wybielający, tuszujący, martyrologiczny i mitomański, wciąż nasączony romantycznymi mrzonkami. Nadal wzdychamy do Polski mocarstwowej, od morza do morza, ale w szkołach nie uczy się, jak to właściwie się stało, że znaleźliśmy się nad Morzem Czarnym? Przeciw komu i o co walczyliśmy pod Samosierrą albo na Haiti?  Słowo kolonializm nie pada (wiem to od studentów) i dopiero od niedawna dyskurs postkolonialny pojawia się nieśmiało w niszowych badaniach historycznych, w historii literatury i kultury. 

Nadal historia kraju to historia wojen i bitew wygranych i przegranych, gdzie racja zawsze jest po naszej stronie. Nigdy nie byliśmy najeźdźcami, nigdy nie krzywdziliśmy niewinnych, nie gwałcili, nie grabili, nie dobijali rannych i nie rozstrzeliwali jeńców. Nadal żyjemy w sienkiewiczowskiej wizji historii. Lustra, w jakich się oglądamy są photoshopem. Teraz za korektę odbicia wzięli się politycy. W patriotycznym selfie nawet hajlujący młodzieńcy wyglądają sympatycznie. Dlatego każdy głos przywołujący nas do lustra, gdzie obraz nie jest retuszowany, traktujemy jak zdradę, zamach na narodową godność i honor, przyprawianie gęby. Wszystko, co odbiega od kanonu wzniosło-patriotycznego,  jest podłością, zakłamaniem historii i prawdy. Bo ta jest jedna.

Gardząc  innymi lustrami, potrzebujemy potwierdzenia, że lukrowate odbicie, z jakim się identyfikujemy, jest prawdziwe, że jesteśmy narodem wybranym, obdarzonym szczególną wrażliwością etyczną, zdolnościami i mądrością, jakiej inni mogą nam tylko pozazdrościć. Dowodem naszej wielkości są przecież narty: najpierw Małysz, teraz Stoch. Jeno świat tego nie dostrzega, bo w większości krajów skoki narciarskie to nadal dziedzina niszowa.

 

92
05/2018

Trudno znaleźć ją na Facebooku i Instagramie. Trudno, bo jak pojawi się to tylko gościnnie. Własnych profili nie ma.