Jerzy Limon

Jerzy Limon jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego oraz dyrektorem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wydał kilkanaście książek naukowych z zakresu historii i teorii literatury, dramatu i teatru, a jego specjalnością jest XVI i XVII wiek (w tym i twórczość Szekspira). Jest autorem pięciu powieści i przekładów dawnego i współczesnego dramatu angielskiego. W wolnym czasie gotuje.

O literackich gorszycielach

O literackich skandalach w XX wieku wszyscy pewnie słyszeli. Historia książek uznanych za pornograficzne czy bluźniercze dowodzi pewnej prawidłowości: urządzane nagonki i potępienia, ba, niszczenie i palenie, prawie nigdy nie powoduje wymazania dzieła z historii i pamięci.

O literackich skandalach w XX wieku wszyscy pewnie słyszeli. Historia książek uznanych za pornograficzne czy bluźniercze dowodzi pewnej prawidłowości: urządzane nagonki i potępienia, ba, niszczenie i palenie, prawie nigdy nie powoduje wymazania dzieła z historii i pamięci. Niekiedy wręcz przeciwnie: atmosfera skandalu zwiększa zainteresowanie i popularność. 

Historia Ulissesa Jamesa Joyce’a, Lolity Vladimira Nabokova, czy też Kochanka Lady Chatterley D.H.Lawrence’a, może być tego najlepszym przykładem. U nas przed wojną nawet Stefana Żeromskiego uważano za pornografa i „wodza młodzieży antychrystusowej”. Dzisiaj to klasyka, jakże niewinna w porównaniu z tym, co znaleźć można w księgarniach.

Są jednak dzieła literackie, które w dawnych wiekach ukazały się drukiem w atmosferze skandalu i ów skandal otacza je do dzisiaj. Taki jest los, na przykład, sztuki teatralnej pod tytułem Sodoma i Gomora, autorstwa największego „świntucha” literatury angielskiej XVII wieku, Johna Wilmota, czyli  hrabiego Rochester, który w dodatku pławił się w rozpuście i napisał panegiryk na cześć prezerwatyw („zbawienia świata”). 

A we wspomnianym dziele scenicznym rzecz dzieje się w państwie, gdzie władzę przejmują geje i lesbijki, a osobniki hetero zostają wyklęte, schodzą do podziemia seksualnego, są prześladowani, muszą ukrywać swą orientację. W państwie tym nawet drzewa przystrzyżone są na kształt penisów, tworząc perspektywiczne alejki i szpalery. Ale jawi się tam problem zasadniczy: królestwu grozi wymarcie, bo z oczywistych przyczyn dzieci przestały się rodzić. 

Ta prześmiewcza, homofobiczna sztuka do dziś jest trudna do zdobycia, nawet w bibliotekach bywa katalogowo zakamuflowana, nie mówiąc o tym, by ją dziś wystawiono. Bo i poprawność polityczna na to nie pozwoli. Nawet w więzieniu takiej sztuki nie wystawią, bo żaden „garownik” o zdrowych zmysłach geja nie zagra. Można więc tylko liczyć na eksperymentujący teatr narodowców, jeśli taki powstanie, gdzie zainscenizowany szpaler hajlujących penisów wniesie zapewne nowe, zdrowe walory estetyczne i ideowe.

Ale bardziej dotkliwa jest nieobecność bodaj największego skandalisty i gorszyciela XVI wieku, Pietro Aretino, a przy tym wybitnego pisarza, autora traktatów o prostytutkach, cyklu sonetów o różnych pozycjach w kochaniu, a także sztuk teatralnych. Pietro zasłynął również tekstami publicystycznymi, pisanymi na zamówienie; ba, w czasach kiedy gazet jeszcze nie było, stworzył w Rzymie nową formę komunikacji społecznej, wykorzystując do tego celu rzeźbę  zwaną „Pasquino”, stojącą w pobliżu Piazza Navona. 

Polegało to na przytwierdzaniu do owej rzeźby tekstów przeznaczonych do publicznej lektury. Były to ostre satyry, często złośliwe, wymierzone w znane podówczas osobistości: stąd też wywodzi się słowo „paszkwil”. Ponieważ Aretino pisał dla pieniędzy, nie reprezentował żadnej frakcji politycznej i umiał paszkwilem uraczyć każdego, nawet z obu poróżnionych stron. Zdobył olbrzymią popularność, bano się go, ale po wydaniu tomiku bardzo frywolnych sonetów (pt. „Pozycje”), ilustrowanych „pornograficznymi” rycinami, gdzie nie mitologiczni bogowie, lecz ludzie kopulują w rozmaitych pozycjach, musiał przed papieżem z Rzymu umykać. 

W Polsce jest to twórczość praktycznie nieznana. Coś tam wiedzą historycy literatury powszechnej, a poloniści zastanawiają się, czy Aretino mógł mieć wpływ na Kochanowskiego lub Morsztyna; historyków sztuki zaś interesuje Aretino, gdyż wspomniane sonety ilustrowały ryciny Marcantonia Raimondi, oparte na rysunkach wielkiego artysty Giulia Romano. To też rarytasy muzealne, choć wciąż krąży wiele kopii dokonanych przez innych rytowników. 

Warto dodać, że sonety Aretina budzą i dziś emocje: całkiem niedawno (w 2008 roku) wycofano wydrukowany już program koncertu znanego kompozytora (również muzyki filmowej) Michaela Nymana w Cadogen Hall, w londyńskim Chelsea, właśnie dlatego, że zawierał ich przekłady. Ale w czasach, kiedy nowych pomników u nas dostatek i wciąż ich przybywa, a towarzyszący im paszkwil znów staje się formą komunikacji społecznej, warto sięgnąć po klasykę, by się uczyć od mistrza, jak w polemicznym zapędzie nie grzęznąć w zacietrzewieniu, a kultury słowa nie zamieniać w pomyje.

79
04/2017

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Światła reflektorów wypaczają normalne życie.