Jerzy Limon

Jerzy Limon jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego oraz dyrektorem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wydał kilkanaście książek naukowych z zakresu historii i teorii literatury, dramatu i teatru, a jego specjalnością jest XVI i XVII wiek (w tym i twórczość Szekspira). Jest autorem pięciu powieści i przekładów dawnego i współczesnego dramatu angielskiego. W wolnym czasie gotuje.

Zapomniane profesje

Żyjemy w czasach rewolucji, obejmującej wszystkie dziedziny życia i to w niewiarygodnym wprost tempie. Zmieniają się obyczaje, kultura, media, komunikacja. Jedne zawody upadają (rzemiosło!), inne się pojawiają („programista”,  „dietetyk”, „trainer”, „wizażysta”, „pr-owiec”). Zmieniają się dyscypliny naukowe, jedne znikają (cybernetyka), inne rosną jak grzyby po deszczu („gender studies”, kognitywistyka, neuro-studies itd.). Niektórych, które odeszły, żal, innych nie. Ale na pewno zmieniające się czasy stwarzają zapotrzebowanie na zawody, które istniały, a o których zapomniano. Warto przypomnieć kilka przykładów, których brak odczuwano by z pewnością, gdyby wiedziano o ich istnieniu. 

Na przykład, wielka szkoda, że zniknęła profesja „zjadacza grzechów”. Nie, tu nie ma pomyłki, czy chochlika drukarskiego: chodzi właśnie o zjadacza grzechów. Według słownikowej definicji, jest to osoba, która „poprzez rytualne spożycie pożywienia i napoju bierze na siebie grzechy innej osoby, często będącej na łożu śmierci, uwalniając jej duszę od tych grzechów i pozwalając jej odejść w spokoju”. Była to specjalność nie jakichś ludów i ich szamanów zamieszkujących odległe od cywilizacji wyspy, stepy czy góry, lecz Anglii, gdzie ostatni „zjadacze grzechów” wymarli na początku XX wieku. 

Sam rytuał polegał na zjedzeniu ponad ciałem osoby uwalnianej od grzechów chleba i wypiciu piwa lub wina, oraz na wypowiedzeniu określonej formułki: „Przynoszę ci teraz ulgę i odpoczynek, drogi człowieku. Ale nie przychodź już do naszych dróg i łąk. A za twój pokój zastawiam własną duszę. Amen”. Wydaje się, że „zjadaczy grzechów” szczególnie brakuje dzisiaj bogobojnym politykom, którzy w ramach przymusowej ekspiacji robią z siebie pośmiewisko, krzyżem leżą, na pielgrzymki chodzą, spowiadają się często i gęsto, ukazując rozmodlone, dobrocią i pokojem wypełnione oblicza, jakże niepodobne do ich codziennego wyglądu. 

Wszystko to zdaje się wskazywać na fakt, że i grzeszą ciężko. Jakaż ulga by to była, gdyby można było wezwać „zjadacza grzechów”, zapłacić mu za usługę, dać chleba i wina, i po grzechu. I nie trzeba by tego robić publicznie, by nie wzbudzać podejrzeń i szyderczych napaści ze strony opozycji. Zapewne można by też wprowadzić poszerzoną usługę, którą objęto by dany urząd, albo i ministerstwo, że o pałacu prezydenckim nie wspomnę. Usługa by pewnie drożej kosztowała, ale przynajmniej byłaby pewność, że czystość moralna wszystkich pracowników i przełożonych nie jest czczym wymysłem propagandowym. A na budynku można by umieszczać zaświadczenie: „grzechy zjedzono” z datą i podpisem.

Dla ludzi ambitnych w robieniu politycznej kariery, zwłaszcza dla garnącej się do walki o wspólne dobro młodzieży, warto by wskrzesić stanowisko dworskie sprzed wieków. Otóż od XVI wieku istniała w Anglii (a gdzieżby indziej!) dość szczególna ścieżka kariery na królewskim dworze. Albowiem wyznaczano dworzanina, którego zadaniem było dbać o higieną intymną króla. Dworzanin ów nosił tytuł „Groom of the Stool”. Zaznaczyć warto, że „stool” to nie stołek, jak w dzisiejszej angielszczyźnie, lecz przenośny kibelek, rodzaj fotela z otworem w siedzisku i nocnikiem wkładanym do środka. 

Do zadań „Groom of the Stool” należało podcieranie królewskich pośladków i podmywanie. Niby obrzydliwe? Tylko dla kogoś z plebsu? Otóż nie. Okazuje się bowiem, że o to stanowisko walczył kwiat szlachty i arystokracji, gdyż gwarantowało stały i regularny dostęp do monarchy bez udziału osób trzecich, bez świadków. A jak wiadomo choćby z Machiavellego, dostęp do księcia gwarantował wpływy i władzę. Zawsze można było coś załatwić, przekazać plotkę, złożyć donos, czegoś się dowiedzieć. Na przykład „Groom of the Stool” Karola I Stuarta (1600 – 1649) był Henry Rich (1590 – 1649), hrabia Holland, którego nawet tytuł hrabiowski był kalamburem i mógł nawiązywać do jego dworskich powinności: od czasów Szekspira w erotycznych żartach Holland kojarzono z „hole-land”, czyli krainą dziurki, czy to żeńskich czy męskiej. Jestem pewien, że dzisiaj chętnych do tak intratnego stanowiska by nie zabrakło.

77
02/2017

Nie nosi jeansów i unika różu. Krótkie włosy to wygoda i jak mówi, żaden akt protestu wobec świata.