Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Fest. Jego ostatnie, najbardziej wyczekiwane dziecko to Klub B90 na terenie Stoczni Gdańskiej. Kolejne dziecko, które przyjdzie na świat niebawem to Browar Gdański Kulturalny. W wolnych chwilach trwoni czas w zespole The Stags, pisząc piosenki tylko miłości.

Być jak Rambo, Bruce Lee i Paterson

Kto pamięta pierwsze filmy z udziałem Bruce’a Lee, np. słynne „Wejście Smoka”? Co wówczas robiliśmy w swoim pokoju po powrocie z kina? Oczywiście ćwiczyliśmy ciosy i budowaliśmy z kijów od szczotki nunczaka. Ja osobiście zbudowałem je z nóg od starej komody. Były piekielnie twarde i ciężkie. Być może o to chodziło, lecz gorzej już z ich użyciem.

Kto pamięta pierwsze filmy z udziałem Bruce’a Lee, np. słynne „Wejście Smoka”? Co wówczas robiliśmy w swoim pokoju po powrocie z kina? Oczywiście ćwiczyliśmy ciosy i budowaliśmy z kijów od szczotki nunczaka. Ja osobiście zbudowałem je z nóg od starej komody. Były piekielnie twarde i ciężkie. Być może o to chodziło, lecz gorzej już z ich użyciem. Każdy  wyprowadzany przez nas cios wzmacniany był silnym mlaśnięciem ust. Rozbieraliśmy się do połowy i zakładaliśmy czarne spodnie dresowe. 

Ale największym szałem było pojawienie się w prywaciarskich sklepach słynnych schaolinek, czyli brusówek, czarnych cichobiegów z materiału na gumowej, jasnej podeszwie. Zdobyć je było nie lada wyczynem, podobnym do zdobycia białych, oryginalnych trepów, zwanych klumpami. Po filmie okazało się, że pewien kolega z podwórka obok poznał już wcześniej tajniki stylu Kung Fu. Z dnia na dzień stał się gwiazdą, kiedy prezentował swoje bezbłędne według nas mawashi-geri. 

Potrafił je nawet wykonać, zupełnie niespodziewanie podczas naszych wycieczek poza obszar naszego terenu. Robił to z zaskoczenia, ostentacyjnie na chodniku, tak aby wszyscy przechodnie to widzieli. Byliśmy wtedy zachwyceni jego żenującymi popisami. Wśród naszych roczników znalazł się nawet jeden taki, który uwierzył w tę całą subkulturę i całymi dniami przez okres zimy, do połowy rozebrany ćwiczył na dworze jakieś figury. Uznaliśmy go za świra, ale on wierzył, że cały czas jest w klasztorze Schaolin. 

Kiedyś nawet wywołała się przypadkowa bójka. On jako ten szlachetny wojownik, niczym Bruce Lee podszedł do napastnika, prosząc go o zaprzestanie bycia agresywnym. W jednej sekundzie padł strzał stylem podwórkowym, a nasz mistrz upadł i się nie podniósł. Jego wieloletnia legenda mistrza sztuk walki upadła, a lata spędzone na mrozie stały się już tylko tematem szyderstw.

Potem wszedł na ekrany Rocky. To był cios zarówno dla chłopaków i dziewczyn. Dziewczyny strasznie zakochane były w Sylwku, a my, zaraz po powrocie z kina zamienialiśmy wszystkie ruchome oparcia od kanap na worki treningowe. Pamiętam, że strasznie mocno boksowałem tego wieczoru. I co najważniejsze, zużyłem wszystkie bandaże, aby mieć owinięte dłonie jak On. Oczywiście trwało to zaledwie jeden wieczór, bo jakoś nie widziałem w tym większego sensu.

Potem pojawił się Rambo. Nie w kinie, a na kasetach VHS. Pierwsze kopie były tak marne, że połowa filmu była nieczytelna zarówno, pod względem obrazu, jak i fonii. Jednak John Rambo na długo pozostał w naszej świadomości, bo dość szybko dorobiłem się noża Rambo. Nie pamiętam jednak skąd, ale na 100% był to wyrób krajowy i chałupniczy. Wiadomo przecież, że chodziło tylko o piłę, a reszta była drugoplanowa. 

Po drodze i na drodze każdego z nas stanęły też gwiazdy rocka. Jeśli przypadkiem posiadałeś rakietę do tenisa, często zamieniała się ona w gitarę. Szczotki do zamiatania zawsze wypadały blado i raczej ich nie używałem. Rakieta do tenisa miała grubą rękojeść, podobną do gryfu gitarowego, szeroki naciąg, stanowiący substytut strun i korpusu. Była na tyle lekka, że można było nią ćwiczyć nawet niezwykle skomplikowane pozy. Uwielbiałem to. 

Nie wiem jak inni, ale lubiłem też udawać grę na instrumentach klawiszowych, zwłaszcza kiedy na fali było Bronski Beat i Yazoo. Granie charakterystycznych solówek miałem opanowane do perfekcji. Za klawiaturę robiły półki mojego segmentu. Dlatego mój zestaw składał się nierzadko z trzech instrumentów. Ale Jarrem nigdy nie byłem, bo ta muzyka była dla mnie jakoś mało dynamiczna. 

Co stało się później? Później zacząłem dorastać i wydawało mi się, że już nigdy nie powrócę do tych szczeniackich praktyk. Po powrocie z kina już nigdy nie próbowałem być Indiana Jonesem, Rocky II, III ani IV, Skywalkerem, Szalonym Maxem czy Rambo II i III. Aż do momentu kiedy ostatnio wróciłem z kina po filmie „Paterson” w reżyserii Jima Jarmuscha. Choć w 1/3 filmu bardzo poważnie myślałem o opuszczeniu sali kinowej, nagle coś się stało. 

Stało się coś, że następnego dnia po obudzeniu się odgrywałem dokładnie te same, czułe, poranne sceny. Uświadomiłem sobie, że przecież robię to już całkiem od dawna. Tym razem jednak zrobię jeszcze coś. Będę się cieszyć tym wszystkim co jest wokół mnie. Bo nie warto udawać kogoś, kim prawdopodobnie się nigdy nie będzie. Osiągnięcie czegoś, co nie jest nam dane, tylko pochłania i marnuje nasze życie. Zaakceptujmy swoje otoczenie, w którym się dobrze czujemy i nie wchodźmy w obszary powodujące sraczkę na tydzień przed. Szkoda czasu i narządów. Bądźmy jak Paterson.