Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Krzywym Okiem,

Początek roku tradycyjnie obfitował w wiele atrakcji. Mateusz Kijowski dorobił się na KODzie, Ryszard Petru przepadł w Lizbonie na sylwestra, a minister Waszczykowski nawiązał stosunki dyplomatyczne z San Escobarem. To jednak nic w porównaniu z Nutellagate. Zaczęło się od tego, że niektóre media podały, że we Włoszech jedna sieć sklepów wycofała te popularne smarowidło ze swoich półek. Miało się to stać po tym jak Europejski Urząd Bezpieczeństwa Żywności dopatrzył się w niej składnika mogącego powodować raka. Dokładniej chodzi o zawarty w niej olej palmowy, który przetwarzany jest w temperaturze 200 stopni. To właśnie on ma być kancerogenny. 

Informacja o Nutelli trafiła także do polskich mediów. Najobszerniej o zagrożeniu napisało Polskie Radio, które dodało, że olej palmowy zbierany jest w głównie w Indonezji i Malezji. Wg. ONZ przy utrzymaniu tempa zbiorów do 2022 roku prawie całkowicie mają być zniszczone lasy Borneo i Sumatry. Wnioski z radia nasuwają się więc same: dzieci na całym świecie, a szczególnie spasione europejskie bachory wkrótce zeżrą indonezyjskie lasy. Fatalnie to wygląda.

Koncern Ferrero, producent Nutelli nie pozostał jednak bierny i zaczął się bronić. Wydał szybko oświadczenie, że faktycznie wycofano smarowidło czekoladowe, ale nie Nutellę tylko produkt własny jednej z sieci, a sama Nutella jest zdrowa. Są też inne argumenty: ten sam olej stosowany jest także w wielu innych słodyczach, innych producentów, a także wielu innych produktach. Czemu więc akurat Nutella ma być zła?

I tu dotykamy sedna sprawy. Czytając zarzuty unijnego urzędu można mieć wątpliwości. Przede wszystkim te dotyczące wiarygodności wszelkich unijnych instytucji. Nie jest tajemnicą, że od lat – podobnie jak wszystkie inne urzędy na świecie - poddawane są lobbingowi. Z tym, że te unijne są szczególnie podatne, a europosłowie mają wyjątkową słabość do dużych pieniędzy. Trudno więc mieć pełne zaufanie do urzędowych ogłoszeń, decyzji i wniosków. 

Tutaj warto przypomnieć sobie – słynną już – walkę margaryny z masłem. Z pewnością wielu pamięta jak kilkanaście lat temu margaryna i wszelkie smarowidła torowały sobie drogę do konsumentów lansując tezę, że masło to cholesterolowy zabójca. Na widok reklam margaryn, masło stawało w gardle, a konsument zastygał w oczekiwaniu na zawał serca. W efekcie masło znalazło się w defensywie, z czasem jednak odzyskało pozycję. Dzisiaj jest względny pokój, a dwa produkty koegzystują na sklepowych półkach. 

Jak powiedział niegdyś Phillippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany jako Paracelsus – „Cóż jest trucizną? Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną”. 

Najprostszym rozwiązaniem byłoby więc ograniczyć ilość spożywanych złych składników. Wystarczy poświęcić kilka godzin dziennie, jeździć po kurczaki zagrodowe, jajka brać od chłopa, a ryby od rybaków, itd. 

Kiedyś do takiego działania namawiał mnie znajomy: – Umawiam się z chłopem, oczywiście sprawdzonym, którego znam od lat. Jadę do niego po świniaka. Zabieram prawie całego, oczywiście pokrojonego. Potem w domu mrozimy mięso i stopniowo zjadamy. Wychodzi taniej i zdrowiej, trzeba mieć tylko duży zamrażalnik – zastrzegł kolega. 

Nigdy nie skorzystałem z tego pomysłu. O słowach kolegi pomyślałem jednak niedawno, w trakcie podróży po Maroku. Dokładniej odwiedzając jeden z targów. Nie taki dla turystów, ale prawdziwy, dla tubylców. A w nim sklep mięsny z drobiem. Wyobraźcie sobie podwórze, na nim kilka klatek z kogutami, kurami, obok spacerujące luźno indyki. Na środku beczka po ropie (?), w niej jakiejś flaki, na ziemi sporo zaschniętej krwi, pierza, no i tasak. 

Było gorąco, więc sprzedawca siedział w cieniu, a w słońcu grzało się tylko kilka muszek. Procedura wyboru produktów była bardzo prosta. Wskazywało się delikwenta, a sprzedawca (po uprzednim targowaniu) podawał żywego lub martwego. Śmiem twierdzić, że polski sanepid raczej, by nie dopuścił do obrotu tego sklepu. Mimo to mam wrażenie, że tamtejsze kury są smaczniejsze, zdrowsze i być może trzymane w lepszych (tzn. swobodnych) warunkach niż nasze klatkowe. Inaczej rzecz biorąc – bardziej eko. 

Podobnie jak inne produkty na wspomnianym targu. Wielkie góry warzyw sprzedawanych wprost z wozów, nasiona czy zboża leżące na ziemi w wielkich workach, wiszące pęki owoców. Pokryte nieco piaskiem i kurzem, a przy tym intensywnie pachnące. I co karygodne - to wszystko bez unijnych regulacji i unijnych urzędów!

Wracając do punktu wyjścia, czyli Nutelli, a co za tym idzie zdrowego odżywania się w polskich warunkach. Jak to zrobić? Najlepiej zostać Robertem Lewandowskim i wziąć ślub z Anną Lewandowską.