Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Lato to okres, kiedy jest za gorąco, aby robić to, na co w zimie było za zimno - te jakże prawdziwe słowa pasują do mnie jak ulał. Koniec wakacji, robię bilans zysków i strat. Co się udało, czego się nie udało. Po stronie zysków zapisuję urlop, po stronie strat krótkowłosą blondi i brak czasu na to, co zaplanowałem sobie zimą, czyli nauka kitesurfingu. 

Lato to okres, kiedy jest za gorąco, aby robić to, na co w zimie było za zimno - te jakże prawdziwe słowa pasują do mnie jak ulał. Koniec wakacji, robię bilans zysków i strat. Co się udało, czego się nie udało. Po stronie zysków zapisuję urlop, po stronie strat krótkowłosą blondi i brak czasu na to, co zaplanowałem sobie zimą, czyli nauka kitesurfingu. 

W sumie to z tą nauką było tak, że czas pewnie by się i znalazł, ale akurat było za gorąco. A gdy przyszła jesień tego lata, to akurat nie miałem czasu. Nie da się ukryć, że lato dopisało w tym sezonie... no może poza trzema ostatnimi tygodniami wakacji. Patrząc na ulewne deszcze w środku lata, na termometry wskazujące 14 stopni Celsjusza nachodzą mnie zawsze filozoficzne, wręcz egzystencjonalne rozmyślania. 

Człowiek lata w kosmos, chodzi po Księżycu, sięga do wnętrza atomu, potrafi zmienić pustynię w pole uprawne, wywołać i ograniczyć efekt cieplarniany, czerpać energię ze światła słonecznego, badać ciemną materię i alternatywne wszechświaty za pomocą Wielkiego Zderzacza Hadronów i wiele innych, przełomowych dla nauki, cywilizacji rzeczy. 

Biorąc pod uwagę powyższe zacząłem się zastanawiać, jak to jest, że człowiek nie może sobie poradzić z banalnym deszczem? Nauczyliśmy się wyciągać wnioski z prądów, niżów, wyżów, itp. Dlaczego zatem nie moglibyśmy wpływać na pogodę, sterować nią? No, tak... sorry, taki mamy klimat. Klimat u nas jest dwustrefowy - tropikalny skwar lub arktyczny potop. I to miksuje się ze sobą w przeciągu jednego tygodnia. Nie istnieje nic pośrodku. 

Ale jest miejsce, w którym od lat ludzie nie mają problemów z nieprzewidywalnym klimatem. Półwysep Helski - Riviera Północy, polskie Hawaje, największe skupienie surfera na metr kwadratowy na świecie. Mekka kitesurfingu i windsurfingu, nie tylko dla Polaków. Zjeżdżają tu się miłośnicy żeglarstwa deskowego z całego świata. 

To turyści przez 2 miesiące napędzają całą lokalną gospodarkę. Hotele, pensjonaty, kwatery prywatne, restauracje, tymczasowe bary, szkółki windsurfingu, sklepy żeglarskie, a przede wszystkim kempingi dające zarobić właścicielom grube miliony. Na Półwyspie pogoda jest zawsze, nawet gdy jej nie ma. Tubylcy i turyści nauczyli się żyć w symbiozie. Ci pierwsi akceptują dwumiesięczną inwazję i jej wszystkie negatywne skutki, ci drudzy przyzwyczaili się, że ci pierwsi kroją ich jak na Florydzie, czy w Cannes. 

Ale tego lata wydaje się, że miarka się przebrała. Gdy pod koniec czerwca turyści zaczęli przyjeżdżać do swoich przyczep na kempingach od razu zauważyli, że jest dużo tłoczniej. Przybyło przyczep, domków holenderskich. Tylko miejsca nie przybyło. Cóż, taka kolej rzeczy, deska z latawcem staje się coraz popularniejsza. Zimny prysznic miał jednak nastąpić. 

Właściciele kempingów postanowili podwyższyć ceny za postawienie przyczepy. Niektórzy o 100 procent, niektórzy trochę mniej. W środowisku zawrzało. Ci, których nie stać na płacenie nawet 30 tys. zł za rok, a także ci, którzy nie widzą sensu wydawania takiej kasy, rozpoczęli masowy exodus. Jest szansa, że w przyszłym roku Półwysep będzie mnie zatłoczony. 

Cegiełkę dołożyli też tubylcy. Miejscowi samorządowcy. Zaczęło się od opłat za parkowanie. Windsurferzy postulowali o bardziej przyjazną politykę w tym zakresie, wszak od lat nakręcają miejscowym koniunkturę, tubylcy - jak mówi druga strona - obiecali, ale się nie wywiązali. Pokazali wała tym, którzy zostawiają u nich gigantyczne pieniądze. Kwestia opłat za parkowanie była iskrą, która wywołała pożar. A oliwy do ognia dolał sołtys Chałup, niejaki Marcin Budzisz, który za pośrednictwem Facebooka przekazał drugiej stronie znak pokoju tymi oto słowami: „Mówię do was krótko - wypi....ć!”.

No i ludzie posłuchali sołtysa. Mi też jakoś odeszła chęć nauki akurat tam. Tomasz Schuchardt, znakomity polski aktor i bohater naszej okładki mówi w wywiadzie, że odcina od siebie ludzi dwulicowych
i nie obcuje w świecie, który jest butny i zarozumiały. Mówi też, że spotkał na swojej drodze ludzi, którzy wpoili mu proste zasady: Bądź dobry, to ci się będzie zwracać. 

Słowa te dedykuję sołtysowi Chałup, krótkowłosej blondi i wszystkim moim dłużnikom. Bo, jak mówi ludowa prawda, nie wiadomo co gorsze w lato, brzydka pogoda, czy to, że dłużnik wy­jechał na wakacje... 

P.S. Z krótkowłosą blondi nie chodzi o sprawy sercowe. Lubimy się. Ale brakuje mi naszych rozmów telefonicznych podczas składu Prestiżu do druku. Zrobiłem się sentymentalny i po prostu tęsknię za możliwością walnięcia słuchawką po zakończonej rozmowie. Agresywne kliknięcie w przycisk „Zakończ rozmowę” to jednak już nie to samo. Nieprawdaż, Ola? Do zobaczenia na szlaku! :)

Jakub Jakubowski