Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Dzisiaj wstępniaka nie napiszę! A co? Wolno mi! Wolno mi raz na kilka lat cierpieć na brak weny twórczej. Wolno mi raz na kilka lat gapić się w pusty arkusz programu word i chcieć w akcie rezygnacji powciskać po prostu wszystkie klawisze jednocześnie. Dawno już nie miałem takiego stanu określanego jako tumiwisizm. 

To nawet nie jest zwykle lenistwo. To po prostu pogodzenie się z losem, pochylenie głowy z pokorą, przyjęcie rzeczywistości takiej, jaka jest. Spokój. Dystans. Wyciszenie. Prawie jak u tybetańskiego mnicha. Siedzę, patrzę w monitor wzrokiem do jakiego ów monitor nie jest przyzwyczajony i uśmiecham się w duchu. Jeszcze niedawno poszedłbym śladami Lecha Wałęsy. "Nie chcem, ale muszem"! Właśnie, że nie! Takiego wała! Nie mogę, więc nie muszę! I nie zawracam sobie tym głowy, nie przejmuję się brakiem weny, bo nie mam na to wpływu.  

Teraz, w tym momencie nie mam na to wpływu. Być może za godzinę znajdę w sobie intelektualne rezerwy i coś sensownego napiszę. Ale naczelną zasadą tumiwisizmu jest to, że kto by się przejmował tym, co będzie za godzinę. Liczy się tu i teraz. A tu i teraz jest wielkie NIC. Pustka. Chwila, która trwa, ale nic nie wnosi do mojego życia. Bez sensu, ktoś powie. Tak, bez sensu, ale czy nasze życie ma w ogóle sens? Żyjemy, czynimy dobro, czynimy zło. Umieramy. Co dalej? Dokąd zmierzamy? Czy w ogóle zmierzamy? 

W tym akurat momencie myślę sobie o Violetcie Villas. Śmiem twierdzić, że takiej osobowości polska scena muzyczna przed nią nie miała i długo po jej śmierci mieć nie będzie. Miała u stóp cały świat, koncertowała na całym świecie, była Divą przez duże D, sęk w tym, że nie u nas. Nie u siebie w domu. Nie na własnym podwórku. Do dzisiaj nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego jej kariera, jej życie potoczyło się tak jak się potoczyło? Dlaczego spotkał ją tak straszliwy los? Umarła w samotności, brudzie, w aurze wariatki. Być może nie stać jej było na taki właśnie "tumiwisizm? Może charakter miała wprost proporcjonalnie słaby do skali swojego talentu? Może za bardzo ufała ludziom? Może nie potrafiła złapać dystansu do szarej, PRL-owskiej rzeczywistości? A może ciążyły jej popełnione grzechy? 

Violettę Villas wspominam nie bez przyczyny. To właśnie o niej na zlecenie Telewizji Polskiej powstaje serial telewizyjny, a scenariusz pisze Wojciech Fułek. Tak, ten Wojciech Fułek. Nie wszyscy wiedzą, że były wiceprezydent Sopotu, znany samorządowiec tworzy znakomite scenariusze filmów dokumentalnych, a także piosenki, wiersze, sztuki teatralne.  W rozmowie z dziennikarką Prestiżu opowiada m.in. o Violetcie Villas, Czesławie Niemenie, i Franciszku Walickim. Opowiada tak, że trudno nabrać do tego dystansu, wszak mowa o olbrzymim kulturowym dziedzictwie i zachowaniu o nim pamięci. 

Skoro mowa o dystansie to zachęcam też do przeczytania naszego okładkowego wywiadu z Waldemarem Malickim. Ten znakomity pianista musiał wyjechać z Gdańska by odnaleźć sens w muzyce, a także w życiu, wszak muzyka jest jego całym życiem. Każdy, kto choć raz był na koncercie prowadzonej przez maestro Malickiego Filharmonii Dowcipu, wie że dystans to słowo klucz. 

Zabawa muzyką, igranie konwencją, a często wręcz szarganie muzycznych świętości - Waldemar Malicki idealnie znajduje równowagę między tym co poważne, a traktowane z dystansem. Nie traci z oczu pozytywnych emocji, nie daje się ponieść negatywnym. Ma gdzieś rzeczy, na które nie ma wpływu, nie zaniedbuje tych, na które wpływ ma. 

I gdy tak sobie myślę o tym moim tumiwisizmie, to skłaniam się ku temu, że chyba taki model jest najlepszy. Być i żyć. Bez presji. I zwracać uwagę na to, by ten wewnętrzny spokój nie zmienił się w tumiwisizm ekstremalny naznaczony umysłową apatią, frustracją i obojętnością. Bo obojętność to już nie być, a niebycie. A niebycie - cytując pisarkę Justynę Wydrę - zostawiamy sobie na czas, gdy nas już nie będzie.   

Jakub Jakubowski

 
68
05/2016

Waldemar Malicki to ukochany pianista Polaków. Zachwyca, bawi, zaskakuje. Na koncertach Filharmonii Dowcipu zawsze pojawia się komplet publiczności.