Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Fest. Jego ostatnie, najbardziej wyczekiwane dziecko to Klub B90 na terenie Stoczni Gdańskiej. Kolejne dziecko, które przyjdzie na świat niebawem to Browar Gdański Kulturalny. W wolnych chwilach trwoni czas w zespole The Stags, pisząc piosenki tylko miłości.

Jadać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, uuuu...

Jadać na mieście zaczynamy coraz częściej. To w Polsce coraz bardziej popularna forma spędzania czasu z przyjaciółmi oraz możliwość poznawania nowych smaków, delektowania się samym widokiem potraw, smakiem coraz wyborniejszych win oraz gustownymi wnętrzami. W ślad za tym ruszyła cała armia ekspertów, pisząc blogi, recenzje, wystawiając oceny, wprawiając tym samym w drżenie szefów kuchni oraz właścicieli restauracji. 

Zabawne są te wszystkie opisy ów znawców tematu. Czasami zastanawiam się czy samemu nie stworzyć własnego bloga i zacząć tam recenzować z rozmachem. Moim ulubionym tematem byłyby tzw. pianki, które udają marchew, ziemniaki, seler, a pewnie nawet i coca cole, jeśli kreatywny szef kuchni się postara. W ramach wyprawy początkującego „jedzera”, czyli blogera kulinarnego, postaram się zrecenzować trzy wybrane potrawy jednej z restauracji, której istnienie okryję tajemnicą. 

Zamówiliśmy 3 dania. Na początek przystawka: śledzik położony na wypukłym talerzu w towarzystwie niebieskiego groszku, na aksamitnym posłaniu z dyni, okraszony deszczem łez przepiórki. Danie przypomina wzornictwem wyjściowe wdzianko tybetańskiego Szerpy. Talerz przystrojony był średniej wielkości pestkami winogron o smaku trufli, a czerwony szczypiorek o smaku arbuza był kropką nad „i” tej zaledwie przygrywki. Potrawę oceniam jako przeciętną z uwagi na niezbyt precyzyjne ułożenie śledzika, a pestki winogron smakiem bardziej przypominały wątróbkę niż trufle. 

Kiedy jednak nadszedł czas na danie główne, czułem podniecenie jak w oczekiwaniu na pojawienie się Dawida Byrne’a w klubie Stodoła. Moim oczom ukazał się zamówiony comber z renifera. Niewielki kawałek pomarańczowego mięsa ułożony na liściach jarzębiny, w towarzystwie kwiatów polnych, czterolistnej koniczyny o smaku truskawki oraz młodego, fioletowego ziemmiaka w kształcie trójkąta o smaku imbiru. Misterną dekorację stanowiła osnowa polnej trawy wpleciona w wątek z duszonych igieł sosny. Danie zdecydowanie lepsze w smaku niż przystawka, choć uważam że igły mogły być bardziej kruche i były zbyt czerwone. 

Na deser zamówiliśmy gruszkę. No i tu zostaliśmy rozłożeni na łopatki. W pojemniczku przypominającym ampułkę po antybiotykach dostaliśmy wyciąg z gruszki, a właściwie jego esencję. Ta zaledwie kropelka czarnej substancji, kiedy trafiła na mój język, spowodowała niemal erotyczne doznania oraz wprowadziła mnie dosłownie w stan halucynacji. Przez chwilę widziałem nawet siedzącą obok wielką truskawkę mówiąca do mnie: Chcesz spędzić ze mną upojny weekend na Westerplatte? Deser zdecydowanie zwyciężył tego dnia i uważam że warto wrócić do tej restauracji, choćby ze względu na gruszkę. 

Jako początkujący „jedzer” uważam, że można zaufać temu miejscu. Wystrój był zadowalający, zwłaszcza że krzesła były odpowiednich wymiarów. Obsługa przypominała mi zespół Filipinki z okresu Batumi, a szef kuchni mógłby z powodzeniem zacząć wystawiać obrazy z jedzenia w Centrum Pompidou. Miejsce na szczęście nie jest przyjazne dzieciom. Ponieważ byłem w towarzystwie znanej aktorki, nie mogę zdradzić nazwy miejsca oraz wysokości rachunku jaki zapłaciłem. Aktorka w każdym razie była zachwycona, wszystkie potrawy sfotografowała swoim ajfonem i natychmiast wrzuciła na fejsa. 

Nie wiem jeszcze czy zdecyduję się na dalsze pisanie o potrawach, gdyż porównuję tę specjalność do zwykłej próby bycia kimś, będąc nikim, nie mając zielonego pojęcia o sztuce gotowania. Samozwańczy recenzenci kulinarni krzywdzą wiele dobrych miejsc swoimi beznadziejnymi opiniami. Dowodem niech będzie fakt skrytykowania ostatnio na łamach opiniotwórczego trójmiejskiego portalu pewnej nowej, doskonałej restauracji. Nie czytajcie tych bredni, tylko sami oceniajcie wartość tych miejsc. Wszystkim „jedzerom”, blogerom i recenzentom kulinarnym przekazuję słodkiego, marynowanego faka w kształcie fasoli, a restauratorom życzę samych sukcesów, mnóstwa klientów i powrotu do normalności w tym śmiesznym wyścigu o laur „miszcza” złotej patelni.

 
62
11/2015

Jest jedną z najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie. Każdy w Polsce, kto pali, palił lub ma w rodzinie palacza, zna efekty jego działalności.