Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Wspołecznej świadomości przyjęło się, że święta Bożego Narodzenia zaczynają się wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszymy z radiowego głośnika nieśmiertelny przebój "Last Christmas". Urosło to do rangi symbolu porównywanego z pierwszą gwiazdką na niebie w wigilijny wieczór. 

Pieśń o odtrąconym w święta i rozpaczającym kochanku stała się symbolem rodzinnych, pełnych miłości, niezwykle intymnych świąt. Ot, taki sobie paradoks, a jednocześnie znak czasów. Czy tego chcemy, czy nie już dawno zostaliśmy pożarci przez nienasyconą gębę komercjalizacji. Poddaliśmy się bez walki. Nie mówię o jednostkach, mówię o społeczeństwie w skali globalnej. 

Dzisiaj na każdym kroku słyszymy zwrot "magia świąt". Tej "magii" ulega większość  nas. Ateista dziarsko tacha do domu iglaka, zapity Janusz w Pcimiu Szerokim przypomina sobie, że miłość do Jadwigi nie polega tylko na kontakcie jego pięści z jej zębami, ktoś łaskawie schowa psa w łazience, gdy po kolędzie ksiądz zapuka, no i fortunę wydajemy na prezenty, bo przecież im droższy, im bardziej wypasiony, tym większa oznaka miłości. 

Magię świąt widać szczególnie w galeriach handlowych i hipermarketach - produktach globalnej, nieczułej maszynerii zysku, jak kiedyś ktoś napisał. Zrobienie zakupów w ostatnim tygodniu przed świętami to jak chodzenie po polu minowym. Wszyscy nabuzowani, syczą, krzyczą, czerwoni na twarzach, sceneria jak na zlocie chorych na ADHD. Obijasz się jak kukiełka od tych pędzących ofiar globalizacji i tylko czekasz aż coś eksploduje. Ktoś. Ty lub oni.  

I jeszcze ten świdrujący uszy niemiłosiernie, muzyczny anonser świąt, czyli nieśmiertelny przebój Last Christmas. Jakby nie było pięknych, tradycyjnych polskich kolęd? Ledwo skończy się opowieść o złamanym sercu mężczyzny, a już w drugim uszku przygrywa ci "Santa Claus is coming to town". Siłą rzeczy wypatrujesz tego Świętego Mikołaja i... widzisz ich dziesiątki. 

A propos Świętego. Wiecie, że ten rubaszny brzuchacz z brodą, dużym workiem na plecach i w śmiesznym czerwonym ubranku, wcale nie jest taki święty? Otóż okazuje się, że Święty Mikołaj w postaci takiej, jak dzisiaj to marketingowy produkt wprowadzony już w latach 30 ubiegłego wieku. Wiecie przez kogo? Przez Coca Colę. 

Czerwono biały płaszcz ówczesnym specom od marketingu pasował do butelki coca coli, a poczciwy grubasek w podeszłym wieku miał wzbudzać zaufanie. Zapytajcie swoje babcie, prababcie, jak w pamięci zapisał im się Święty Mikołaj? Zapewne będą opowiadać o szczupłym mężczyźnie w średnim wieku i w zielonym kubraczku. Nie miał ani siwych włosów ani brody i co najważniejsze - istniał naprawdę. 

No dobra, to kto przynosił prezenty? U nas na Kaszubach był to Gwiazdor, mieszkańców Małopolski odwiedzał Aniołek, na Górnym Śląsku dzieci czekały na Dzieciątko, a mieszkańców Dolnego Śląska obdarowywała Gwiazdka. A później przyszła Coca Cola i świat dzieci już nigdy nie był taki sam. 

Cóż.... Bóg się rodzi... a moc truchleje.

 

Jakub Jakubowski