Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Krzywym Okiem

Kolejna edycja festiwalu Opener za nami. Było inaczej. Przede wszystkim skromniej niż w poprzednich latach, kiedy line – up był wręcz zapakowany artystami, a publiczność biegła z koncertu na koncert.

Trudne wybory na którego wykonawcę pójść, a którego stracić były na porządku dziennym, gdy równolegle odbywało się kilka koncertów. W tym roku organizatorzy postanowili ukrócić te koszmarne udręki publiczności i zmniejszyli liczbę gwiazd. Stąd wyborów nie trzeba było dokonywać, ba nawet można było się ponudzić. No, ale taki relaks kosztuje. Stąd podniesiono ceny. Na wszystko. Za bilet dzienny trzeba było zapłacić 207 zł, co uczyniło Opener prawdopodobnie najdroższym festiwalem w Polsce. Drożej było też na stoiskach, gdzie najbardziej dostępny napój festiwalu, czyli piwo Heineken kosztowało aż 8 zł. Co dalej? Mam wizję: Opener 2022. Bilet dzienny 1400 zł, piwo 46 zł, cały line – up: Budka Suflera, Bajm i Boney M. w osiemnastym składzie... Oby nie!

 

Sopot. Nowy sezon - nowe lokale. Pod tym względem – nie liczby lokali, ale zmian na mapie gastronomicznej – trójmiejski kurort przebija inne miasta. Z reguły czerwiec to okres licznych otwarć, bardziej lub mniej uroczystych. Szczyt to wakacje, a potem? Potem jest już różnie. Jest kilka, a nawet kilkanaście marek gastronomicznych trwających niezmiennie. Ale to połowa. Druga – pomiędzy jednym, a drugim sezonem wykrusza się. Może więc warto założyć kronikę lokali sopockich?  Jest nawet hasło: „Śpieszmy się odwiedzać lokale, bo tak szybko odchodzą“.

 

No i po mundialu. W momencie pisania tego felietonu wynik nie jest jeszcze znany. Warto jednak zwrócić uwagę na co innego. „Koszmarny błąd sędziego“, „sędzia wypaczył wynik“, „sędzia zabrał zwycięstwo“ – takie nagłówki informacyjne można było znaleźć w mediach. Na sędziów wylano kubły pomyj. Czy słusznie? Kto z nas nie widział wijących się w bólu piłkarzy po niewidzialnych kopnięciach lub uderzeniach przeciwników. Upadających, fruwających i wykonujących efektowne przewrotki niczym Chuck Norris. Cierpiących, kulących się na murawie, rozpaczliwie wołających o pomoc. Z mimiką i gestykulacją godną pozazdroszczenia przez niejednego aktora. A po kilkunastu sekundach od ciężkiej kontuzji biegających już pełną parą po boisku. Trudno się dziwić, że ofiarami piłkarskich sztuczek stali się sędziowie. Bo, na pewno nie odwrotnie.

 

Choć minęły już dwa miesiące od wielkiego wydarzenia jakim było zwycięstwo na Eurowizji mężczyzny z brodą, przebranego za kobietę – to warto wyciągać wnioski w kontekście kolejnej edycji.  Thomas Neuwirth (Conchita Wurst) wokalnie wypadł słabo, stąd o zwycięstwie przesądził jego wygląd. Nie pierwszy to przypadek, gdy słaby wokalista wygrywa konkurs wyłącznie dzięki ekscentryzmowi. Niektórzy pamiętają chociażby Michała Szpaka, śpiewającego bardzo przeciętnie, a mimo to faworyzowanego przez jury jednego z popularnych polskich talentshow. Wniosek – w tego typu konkurencji – by wygrać - trzeba już sięgać po najcięższe działa. 

 

No, a przecież Polska ma już tutaj spore doświadczenie. W Popielnie na Mazurach jest stacja badawcza PAN, gdzie stworzono kiedyś żubronia, tj. połączenie żubra z krową. Eksperymenty zakończono na hybrydzie, czyli ćwierci żubra, ćwierci krowy i połowie bizona amerykańskiego. Niestety ten jedyny egzemplarz okazał się bezpłodny i na nim zakończyła swój żywot ta nowatorska rasa. Ale trzeba dodać, że naukowcy z Popielna marzenia mieli tak wielkie jak sen szympansa Tytusa, bohatera dziesiątek komiksów. W jednym z nich - Tytusowi śni się szalony naukowiec, który tworzy krowokura „co daje dziennie cysternę mleka i znosi jaja giganty“. Żubroń, hybryd, czy krowokur nie zaśpiewaliby niczego, ale Tytus pewnie tak. W końcu wg profesora T. Alenta, który w komiksie nadzoruje proces uczłowieczania Tytusa, został on zakończony pełnym sukcesem. Eurowizjo drżyj!