Małgorzata Rakowiec

Dziennikarka, prezenter Panoramy TVP Gdańsk. Wieloletnia korespondentka Polskiej Agencji Prasowej i Agencji Reuters. Laureatka Ostrego Pióra, nagrody przyznawanej przez Business Centre Club.

Wielkie mycie

Kiedyś to było nie do pomyślenia – tak mówi do mnie pan, który z nostalgią wspomina czasy PRL-u. Ja nie wspominam z nostalgią, bo mnie kojarzą się głównie z pustymi półkami i awanturami w kolejkach, w których czasem musiałam z mamą stać. Kiedyś po ryby, przed świętami – był taki tłok, że ktoś pobił szklaną ladę i w te ryby wpadł. Ale są i tacy, którzy wspominają z rozrzewnieniem komunę.

Argumenty bywają różne, ale w publicznych rozmowach wyciąga się te, które nie dotyczą politycznych zamiłowań, no, bo kto przyzna się, że kochał władzę ludową? Kto? Nawet lewica miała taki czas, że się nie przyznawała. Inne padają powody. Ten pan, co mnie zaczepił mówił o podwórkach na Głównym Mieście w Gdańsku.

– Proszę Pani, kiedyś to było nie do pomyślenia, żeby tu na starym mieście takie chwasty rosły. I śmieci i trawa nieprzystrzyżona. Wszystkie klomby były jak spod igły – opowiadał. – A za obsikiwanie murów mandat i jeszcze pałką po głowie.

Fakt, teraz podwórka, co widać zwłaszcza, gdy się przemierza szlak pomiędzy największymi turystycznymi atrakcjami, zależą od samozaparcia nielicznych mieszkańców i mobilizacji wspólnot mieszkaniowych. Zieleń ogródków nie jest najmocniejszą stroną zabytkowej części miasta.

Tyle, że wtedy wszystko było nasze – wspólne. Czyli, jak zwykło się mówić „niczyje”. W przypadku klombów i trawników, tych które były wystawione na pokaz, widać, sądząc po wspomnieniach dawnych mieszkańców, mobilizacja była. To wspólne udawało się utrzymać w porządku. Nie wiem, nie pamiętam, ale wierzę na słowo.

Teraz wszystko jest już konkretnie kogoś i tego kogoś można wskazać. Jak mobilizować? Widać, że czas i dobry przykład są najlepsze. Jak zrobi sąsiad, to też trzeba. I tak łańcuszek działa. Dużo większy jest problem ten drugi, czyli z załatwianiem potrzeb fizjologicznych w miejscach publicznych, a właściwie bardzo publicznych, bo w tym przypadku łańcuszek też działa, tyle, że ma efekt dużo mniej estetyczny. Polecam spacer pod filarami przy ulicy Kołodziejskiej w centrum Gdańska, którędy to dziennie przechodzą tłumy i turystów i mieszkańców Trójmiasta. Przeżycie z dziedziny ekstremalnych. To tylko jeden przykład takiego miejsca.

Tu też mógłby paść argument, że ten teren jest kogoś, należy do wspólnoty jakiejś, która za to powinna odpowiadać. Tyle, że to nie mieszkańcy tabunami (sądząc po zapachu i widoku) dają upust najniższym potrzebom z piramidy Maslowa. A miejsce, tu w rozumieniu centrum Gdańska, do którego zapraszamy na bilbordach i w kampaniach promocyjnych gości i z kraju i z zagranicy jest jednak chyba dobrem wspólnym.

Może by więc tak, kolejnym razem, zastanawiając się, jak uatrakcyjnić miasto dla zwiedzających kupić dużo szarego mydła, środków dezynfekujących i gumowe rękawice. I zapłacić za porządne mycie. Gdańsk – morze możliwości! 

 

Małgorzata Rakowiec

44
05/2014

Autorka ponadczasowych tekstów. Osobowość sceniczna i osobowość tak po prostu.