U stóp lodowej piramidy

Leży u stóp Matterhornu, owianej nutą tajemniczości wielkiej majestatycznej piramidy i najczęściej fotografowanej góry świata. Dzięki niej Zermatt, niewielka szwajcarska wieś, znana jest nie tylko miłośnikom górskich wspinaczek i białego szaleństwa. To jedna z najmodniejszych miejscowości w Europie, a może nawet na całym globie.

Wniewielkim, liczącym niewiele ponad 5 tys. mieszkańców Zermatt, gwarno jest bez przerwy. Każdego dnia, miesiąca, roku, przez wieś przetacza się fala turystów. Czasami jest ich pięć, sześć razy więcej niż mieszkających tu na stałe osób. 

ZERMATT TĘTNI ŻYCIEM

W co drugim domu znajdują się pensjonaty, restauracje i kawiarnie. Widać, jak w górę pną się kolejne wielogwiazdkowe hotele. Życie upływa tu w otoczeniu ekskluzywnych sklepów, w których kupić można coś od Chanel czy Dolce & Gabbana, albo najmodniejsze stroje na narty w cenach, które przyprawiają o zawrót głowy. Asortyment podobny jest do tego w Paryżu, czy w Mediolanie. Po ulicach Zermatt najczęściej spacerują Rosjanie, Amerykanie, Brytyjczycy i Japończycy. Ich karty kredytowe zdają się nie mieć limitów.

Zermatt przycupnęło u stóp Matterhornu, w kantonie Wallis, w zachodniej Szwajcarii. To dla tego, jednego z najbardziej niesamowitych szczytów świata, przyjeżdżają tu tysiące ludzi. Mówią o nim, że jest piękny, niesamowity, powalający… Zakochują się w jego widoku i po roku, dwóch przyjeżdżają zobaczyć go po raz kolejny. Charakterystyczna sylwetka lodowej piramidy teraz, tak jak setki lat temu, fascynuje ludzi. Samotny alpejski gigant mierzy 4478 metrów – jest to więc jeden z najwyższych czterotysięczników w Alpach. I choć wysokość góry (szczególnie alpinistów) nie powala, ona sama przez wiele lat miała opinię góry nie do zdobycia, nawet w środowisku doświadczonych przewodników. 

DRAMATY NA SZLAKU

Pierwsi śmiałkowie na szczyt Matterhornu weszli dopiero w 1865 roku, przez co stał się on jednym z ostatnich zdobytych wielkich szczytów w Alpach. Zdobywcą był 25. letni Brytyjczyk Edward Whymper. Podczas pamiętnej wyprawy, w trakcie zejścia ze szczytu zginęło czterech wspinaczy. 

Nie mniej ambitne były kobiety. W 1871 roku na szczycie Matterhornu stanęła rodaczka Whympera, Lucy Walker. Ubrana w długą, flanelową spódnicę, nawet na czubku lodowej piramidy pozostała wiktoriańską damą. Kilka lat później, w 1894 roku na alpejskim szczycie stanął pierwszy Polak, Marian Smoluchowski. Dziś, szczególnie latem, w bezchmurne dni na podbój Matterhornu wyrusza średnio ok. 100 osób. Niespodziewanie spadające kamienie często ranią alpinistów. 

Trudne, pozbawione śniegu szlaki i właśnie spadające skały sprawiają, że góra nawet w opinii fachowców jest bardzo trudna i wymagająca, jedna z najbardziej zdradliwych na świecie. Jak bardzo, zobaczyć można na położonym za kościołem w Zermatt cmentarzu wspinaczy, ofiar okolicznych gór. Większość pochowanych tam alpinistów uśmiercił górujący nad miastem Matterhorn. W tym miejscu znajdziemy też polskie nazwiska. 

OD PASTERZY DO BIZNESMENÓW

Dramaty, których udziałem był Matterhorn sprawiły, że do kameralnej wioski zaczęło zjeżdżać coraz więcej wspinaczy, a za nimi pojawili się zwykli turyści. To dla nich powstawały tu kolejne hotele, schroniska i restauracje. I to oni sprawili, że niemal wszyscy żyją tu dziś z turystyki. Zermatt nie zawsze był modnym kurortem. Jeszcze 150 lat temu niewielu o nim słyszało, a mieszkańcy wiedli spokojne życie, utrzymując się głównie z wypasu owiec. 

Spacerując po mieście wystarczy zejść na chwilę z głównego szlaku, by w bocznych uliczkach natknąć się na małe, pochodzące nawet z XV stulecia drewniane chałupy, osadzone na filarach z górskich kamieni. Zakamarki ze starymi, ale idealnie utrzymanymi domami, stanowią ogromny kontrast dla kolorowych witryn z głównego deptaku. Pełno tu sklepów, restauracji i stoisk z pamiątkami, z których uśmiechają się pluszowe psy bernardyny, świstaki i inne pamiątki. 

Wszędzie czuć powiew luksusu. Kogo stać, może zatrzymać się w znajdującym się w centralnym punkcie wioski Grand Hotel Zermatterhof, który od 1879 roku przyciąga swoją ciepłą i przyjazną atmosferą. Za klasyczną elegancję oraz nowoczesne udogodnienia trzeba jednak zapłacić. W tym przypadku od ok. 1 500 do 5 500 zł za dobę.

ŚWIAT BEZ AUT

Plac przy dworcu to bez wątpienia centralny punkt miasta. Trudno w to miejsce nie trafić. Stąd odjeżdżają taksówki elektryczne, zbudowane na bazie wózków akumulatorowych i bryczki konne, bowiem mieszkańcom na co dzień, a turystom podczas wolnych dni, życie upływa tu bez zapachu samochodowych spalin. Ta górska miejscowość już w 1947 r. postawiła na ekologiczny transport. Mieszkańcy nie wyobrażali sobie samochodów mknących po wąskich uliczkach i nie mieli ochoty żyć pod chmurą czarnego dymu. 

Na początku transport ludzi i towarów po Zermatt odbywał się więc za pomocą dorożek konnych, potem pojawiły się elektryczne busy. Prawo sprzed lat obowiązuje do dziś i miejscowym pozwala szczycić się powietrzem „ani razu w historii nie skażonym spalinami”.

Nie ma więc rady, wszyscy turyści muszą zostawić auta na jednym z wielkich parkingów w oddalonym o kilkanaście kilometrów Täsch, skąd do miasteczka w kwadrans można dojechać pociągiem. 

Auta na obrzeżach Zermatt muszą zostawiać nawet jego mieszkańcy. Wyjątek robi się jedynie dla lekarzy i policji, która w większości i tak porusza się elektrycznymi busikami. W sumie nie wiadomo, czy mają tu co robić, bowiem rejestrowane pojazdy mogą poruszać się z prędkością do 20 km/h. 

GORNERGRAT – PUNKT OBOWIĄZKOWY

Na plac przed dworcem dojeżdża transport z Täsch i pociągi dalekobieżne. Tutaj też startuje słynna kolejka zębata na Gornergrat. Powstała z inicjatywy miejscowej ludności. Już gdy ją budowano, w 1898 roku, była cudem techniki – i jako pierwsza w Szwajcarii kolej elektryczna, i z powodu wysokości, na którą dociera – 3089 m n.p.m. To punkt obowiązkowy dla każdego, kto dotarł do Zermatt. Główną atrakcją jest tu zapierająca dech w piersiach panorama Matterhornu i okolicznych szczytów. Ta, najwyżej w Europie poprowadzona na wolnym powietrzu kolejka zębata, wyrusza w podróż kilka razy dziennie, mijając imponująco poprowadzone mosty, tunele i galerie, pośrodku idyllicznych lasów i alpejskich łąk, w pobliżu głębokich wąwozów i górskich jezior.

Oczywiście Zermatt przyciąga nie tylko alpinistów, ale też narciarzy, którzy mogą wyszaleć się po szwajcarskiej i włoskiej stronie gór. Do dyspozycji mają ponad 200 km tras narciarskich o różnym stopniu trudności. Sposobów, by dostać się na stoki jest tu co najmniej kilka – gondole, krzesełka, wielkie wagony na sto osób. Wszystko elektryczne. Sam teren narciarski jest najwyżej położonym w Europie – dochodzi do wysokości 3989 m n.p.m.

EKSPRESEM W LUKSUSOWYM STYLU

Do Zermatt najlepiej dostać się pociągiem. Tym transportem dostaniemy się z niemal każdego punktu Szwajcarii. Swoją drogą kolej w tym kraju stoi na zadziwiająco wysokim poziomie. Wygodne, często panoramiczne pociągi oferują możliwość dotarcia do każdego celu.

Mając wciąż przed oczami obraz górującego nad Zermatt Matterhornu, warto wsiąść do rozsławionego na cały świat Ekspresu Lodowcowego, by przez panoramiczne okna oglądać ośnieżone szczyty górskie i krystaliczne jeziora, największe alpejskie lodowce, pluskające potoki i szumiące wodospady. 

Słynny pociąg, porównywany z Orient Ekspresem, który rozsławiła Agatha Christie i z Blue Train, afrykańskim 5. gwiazdkowym hotelem na kółkach, nazywany jest najwolniejszym ekspresem na świecie. Niespełna 300. kilometrową trasę pokonuje w niecałe 8 godzin, docierając na koniec do St. Moritz, kolejnego słynnego kurortu, mekki bogaczy z całego świata. Bez wątpienia to kolejna szwajcarska atrakcja dla wszystkich miłośników podróży.