Jakub Jakubowski

OD NACZELNEGO

 

Zawsze się z nią tak dzieje, że niech kto a ostro spojrzy na nią albo i ściśnie mocno... to się w niej wszystko trząsie, moc ją odchodzi i tak mdli w dołku, że już o niczym nie wie... co ona winowata?

Słowa te wypowiedziała Jagna, dość frywolne dziewczę, które sprawiło, że świat rodziny Borynów ze wsi Lipce już nigdy nie był taki sam. Mowa oczywiście o „Chłopach” Reymonta... upsss... przepraszam... od dzisiaj będę mówił o „Chłopach” Kościelniaka. Spektakl grany w Teatrze Muzycznym w Gdyni, wyreżyserowany przez Wojciecha Kościelniaka, wbija w fotel, robi w brzuchu miazgę, a w umyśle sieje zamęt. 

Tak świetnie zagranego, pełnego emocji, pasji, polotu spektaklu nie widziałem chyba od czasu „Nędzników”. Czapki z głów przed Kościelniakiem, bo jeżeli ktoś jeszcze kilka lat temu by mi powiedział, że wystawi „Chłopów” jako musical, to potraktowałbym to jako dobry żart. Siedzi mi ten spektakl w głowie i nie chce wyjść. Tak jakoś się przypadkiem też złożyło, że „Chłopi” jakoś się za mną cały czas ciągną. 

Pamiętam czasy liceum. Surowy, ale znakomity nauczyciel języka polskiego z I LO w Sopocie, profesor Łukasiak, dbał o to, abyśmy czytali lektury. Metodę miał prostą - terror. Nie czytasz, pała. Nie wyciągasz wniosków i dalej nie czytasz, znaczy się, że nie masz szacunku do własnego języka, własnej historii, tradycji. Nie zasługujesz zatem, by zdać do następnej klasy. Wielu kombinowało, czytało tylko popularne wtedy opracowania, ale on zawsze wiedział, czy ktoś czytał, czy nie. Z tymi, co nie czytali się nie cackał. Z tymi, co czytali, prowadził niesamowite, poszerzające horyzonty dyskusje, często polemizował, ale nigdy nie narzucał swojego punktu widzenia. 

Ja zawsze sumiennie czytałem, nie dlatego, że mnie zmuszano. Czytałem, bo lubiłem. Ale jakoś do „Chłopów” zabrać się nie mogłem - cztery opasłe tomy skutecznie mnie odstraszały, a jak już się zabierałem, to język, jakim powieść była napisana, miażdżył absolutnie wszystkie moje zmysły i mocno ograniczał zdolność percepcji. Stwierdziłem zatem, że nie będę się męczył, przeczytam opracowanie, a i atak przecież profesor nie będzie mnie pytał, bo doskonale wiedział, że zawsze byłem świetnie przygotowany. Jakem se pokumał, takem poczynił. 

No, ale czas na przeczytanie lektury zbliżał się nieubłaganie, w klasie coraz większa nerwowość, koledzy i koleżanki dostają schizmy, opowiadają niestworzone historie, o tym, co przeczytali i co z tego zrozumieli, a raczej częściej, czego nie zrozumieli. A profesor, jak to profesor - oczy miał coraz bardziej wilcze i skutecznie podkręcał atmosferę - „kto nie przeczyta Chłopów, nie będzie dopuszczony do matury”, „to najważniejsza powieść w historii polskiej literatury”, „nawet Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty i Zygmunt z warzywniaka muszą znać Chłopów!” 

No, jeśli i Zygmunt musi, to nie ma wyjścia, ja też muszę. Idę do biblioteki, ale kobieta mówi, że jest lista kolejkowa i muszę się wpisać. Przewidywany czas oczekiwania - tyle ile dzisiaj się czeka na wizytę u lekarza specjalisty, 4 miesiące, czyli już po wakacjach. Lecę do „mojego” antykwariatu we Wrzeszczu na Dmowskiego. Nie mają. Poruszyłem niebo i ziemię i w końcu dorwałem. Zaszyłem się w domu i zacząłem czytać. Zajęło mi to 5 dni. 

Po lekturze nie wiedziałem, jak się nazywam. Do mojej siostry mówiłem językiem z „Chłopów.” Zmęczył mnie ten Reymont okrutnie. Ale też spowodował coś, czego się nie spodziewałem. Zacząłem o tej powieści myśleć. Próbowałem rozebrać ją na czynniki pierwsze, rozegrać niektóre wątki po swojemu. Próbowałem też niektóre rzeczy zrozumieć. I przede wszystkim zaprzyjaźniłem się z językiem - odkryłem jego bogactwo i piękno. 

W szkole „Chłopów” profesor Łukasiak wałkował przez 2 tygodnie. Pamiętam, jak już po lekcjach zapytałem go o pewną językową wątpliwość i tak rozmawialiśmy przez ponad godzinę. O powieści, literaturze, ale tak naprawdę o życiu. To właśnie profesor utwierdził mnie w przekonaniu, że moja zawodowa droga powinna być związana z mediami, dodał mi wiary w siebie, mówiąc że widzi we mnie duży potencjał. Nie wiem, czy gdybyśmy wtedy nie porozmawiali, to byłbym dzisiaj w miejscu, w którym jestem. 

Profesora Łukasiaka nie ma już wśród nas. Niewątpliwie był dla mnie wielkim autorytetem, nawet mentorem. Tak samo pewnie myśli fantastyczny zespół Teatru Muzycznego o swoim mentorze, przedwcześnie zmarłym dyrektorze Macieju Korwinie. I mimo, że ani profesor Łukasiak, ani dyrektor Korwin nie doczekali tej pięknej chwili, kiedy już wiadomo, że „Chłopi” w reżyserii Kościelniaka to jeden z najważniejszych spektakli w historii Muzycznego, to jestem pewien, że póki żyją w naszej pamięci, będą żyli wiecznie. 

 

 Jakub Jakubowski

36
09/2013

W ciągu dnia biega w dżinsach i bez makijażu, dopiero wieczorem przemienia się w seksownego wampa.