Jakub Jakubowski

OD NACZELNEGO

Wakacje mkną jak Pendolino - ani się człowiek obejrzał, a lato już szykuje się do odjazdu. Niebieskie niebo niedługo przesłonią chmury, zamiast żaru z nieba będzie lał się deszcz, liście spadną z drzew, a zielona trawa przestanie być zielona. Pod gabinetami psychoanalityków znów zrobi się tłoczno, wzrośnie sprzedaż i spożycie alkoholu, a ludzie staną się jacyś tacy inni. 

Niby jesteśmy coraz bardziej optymistycznie nastawieni do życia, niby to życie jest bardziej radosne, niby żyje nam się lepiej... Tylko skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Bo, proszę Pana, Polska to taki dziwny kraj - powiedział mi kiedyś pewien gentleman. I miał rację. Przykład pierwszy z brzegu - wspomniane na początku Pendolino. Cóż to był za feta?! Prezentacja tego cacka na stacji we Wrocławiu przypominała szopkę jak w Korei Północnej, gdzie faktycznie trawę się maluje na zielono przy ważnych uroczystościach. Pendolino samo jechać nie mogło, więc zostało na stację wciągnięte. Ludziska wiwatowali, politycy szczerzyli się do kamer, sukces odtrąbiono! A jakże, musiał być jakiś dupochron skoro na to włoskie cudo wydano prawie 3 miliardy złotych. Tylko po co?

Już dziś wiadomo, że między bajki można włożyć 2,5. godzinny przejazd z Warszawy do Gdyni. Pendolino nie rozwinie prędkości, z której jest znany, bo... wykolei się na pierwszym zakręcie. Infrastruktura torowa nie jest przystosowana do tego typu pociągów i jeszcze długo nie będzie. W efekcie Pendolino będzie mknęło ze stolicy nad morze z prędkością taką, jak polskie pociągi ekspresowe... 20 lat temu! No, ale znając kolejową rzeczywistość, spece od marketingu w PKP znajdą jakiś sposób, aby przekuć to w sukces. 

Na przykład taryfa biletowa „Powrót do przeszłości” - dwie stówki dasz, w Pendolino nad morze „gnasz”, dawne czasy sobie wspominasz... dalej już nie będę rymował, bo mnie zaraz wyobraźnia poniesie. A propos... w tym Pendolino to pewnie łazienki będą chociaż światowe... Ot, taka wartość dodana. Koniec pastwienia się nad tą inwestycją, równie udaną jak Dreamliner. Teraz będę się pastwił nad innym kolejowym paradoksem. 

Otóż nie ma wątpliwości, że żyjemy w XXI wieku. Każdy stara się iść z czasem, postępem i osiągnięciami. Nawet kolej. Promują więc wszystkie spółki PKP kupowanie biletów przez internet - oszczędzamy czas, nerwy i nie widzimy focha pani kasjerki. Tymczasem okazuje się, że bilet elektroniczny, okazany konduktorowi w telefonie lub na laptopie, honorowany jest tylko w pociągach spółki Intercity. Ale jak wsiadasz do pociągu spółki Przewozy Regionalne swój bilet elektroniczny... musisz mieć w formie papierowej! Jeśli o tym nie wiesz, to mandacik murowany. A rzadko się o tym wie, bo oczywiście nikt o tym nie informuje. 

Żeby nie było, że Intercity jest takie idealne... System i-EC za pośrednictwem którego kupujemy bilety przez internet został wprowadzony 10 lat temu. To wystarczająco długi czas by system dopracować, wyciągnąć wnioski z błędów, zareagować na wnioski pasażerów. Spróbujcie zatem kupić przez internet na pociąg Intercity bilet rodzinny, bilet na przejazd z  przesiadką, na przewóz roweru lub wózka dziecięcego, albo biletu dla kilku osób z różnymi zniżkami jednocześnie. Nie kupimy też biletu na przejazd trasą krótszą niż 50 km, ani na przejazd z zagranicy, system nie pozwoli nam nawet na samodzielne wybranie miejsca. Kwintesencja naszego narodowego „nie da się” w najczystszej postaci. 

Ale za to na stronie intercity da się pogadać z Rafałem, wirtualnym zawiadowcą, który ludzkim głosem wita Cię i oferuje swoją pomoc pytając kokieteryjnie „od czego zaczniemy?” Odpowiedź ma na każde pytanie, a jeśli już uda ci się go zagiąć to grzecznie zasugeruje skierowanie rozmowy na - nomen omen - inne tory. Tylko, czy dojedziemy nimi tam, gdzie chcemy i tak jak chcemy? W sumie... zawsze możemy pojechać autostradą, co to w rzeczywistości jest drogą ekspresową. 

 Jakub Jakubowski

 
35
08/2013

Jedna z gdańskich dzielnic, mieszkanie na czwartym piętrze. Wchodząc do niego przenoszę się do innego świata.