Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Czy w Trójmieście mamy luksus – zapytała mnie ostatnio znajoma. Już chciałem odpowiedzieć, że oczywiście, że mamy, ale zaraz ugryzłem się w język. Przede wszystkim luksus jest pojęciem względnym a względność ta wprost wynika z naszego statusu majątkowego, społecznego i zawodowego. Dla mnie na przykład luksusem jest jacht motorowy firmy Galeon ze Straszyna, ale dla takiego Ryszarda Krauze pewnie byłaby to idealna łódka na ryby.
W każdym razie pytanie znajomej skłoniło mnie do refleksji i do głębszych przemyśleń. I tak sobie doszedłem do wniosku, że luksusem nie są jachty, bajecznie drogie samochody, penthousy na najwyższych piętrach wysokościowców, czy też wakacje w Dubaju. Oczywiście, fajnie to mieć, korzystać, ale pracując nad kolejnym numerem Prestiżu, poświęcając się też innym obowiązkom zawodowym, uświadomiłem sobie, że towarem deficytowym w moim życiu jest czas. A jak wiadomo, towar deficytowy staje się luksusem.

Ilość niezałatwionych spraw, niedokończonych projektów i nieprzespanych nocy jest zatrważająca. A niby nie ma tego aż tak wiele. No właśnie, niby. Każdy z nas ma dziennie 1440 minut na wykorzystanie. Ile z nich wykorzystujemy efektywnie? Ile marnujemy? Oto jest pytanie. Dzisiaj wiem, że przyszedł czas odpowiedzi. Skąd to wiem? Ostatnie wydarzenia w moim życiu skłoniły mnie do zastanawiania się ile czasu bym sobie kupił, gdyby leżał on na półkach sklepowych? Sami przyznacie, że to niepokojący sygnał.

Tych niepokojących sygnałów nie można lekceważyć. Zauważyłem, że ja cały czas walczę z czasem. I cały czas ląduję na matę znokautowany. Po nokaucie podnoszę się szybko, ale wystarczy chwila rozprężenia i znów muszę wykonywać ulubiony gest Marcina Najmana. Uciekający czas jest przeciwnikiem okrutnym, bezlitosnym, a przecież jeszcze niedawno wydawało mi się, że to czas depcze mi po piętach, a nie ja jemu. A może to zabawa w berka? Raz gonię ja, raz on. Dlaczego o tym piszę? Bo akurat dowiedziałem się o śmierci Dawida Zapiska – niepełnosprawnego, ciężko chorego chłopca, który z pomocą mamy i przyjaciół przenosił góry, by żyć tak, jak sobie wymarzył. I żył. Realizował swoje marzenia, cieszył się każdym dniem. Mimo, że to życie mogło w każdej chwili w nim zgasnąć. On swoje życie, mimo całej tragedii, jaka go spotkała, przeżył chyba najlepiej jak mógł. A skoro on tego dokonał, mimo tylko przeciwności losu, to ja chyba też powinienem dać radę? Tylko od czego by tu zacząć? Zacznę od lektury Prestiżu, co i Wam, drodzy Czytelnicy, serdecznie polecam
 

26
09/2012

Lekarzem jest od 10 lat. Specjalizuje się w medycynie ratunkowej. Człowiek niezwykły i utalentowany, o silnej osobowości i harcie ducha. Jego pasją są wysokogórskie szczyty a priorytetem rodzina. Zdobył już Mount Everest, Dhaulagiri i Nanga Parbat.