Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Ostatnio zupełnie przypadkowo dowiedziałem się, że w Sopocie funkcjonuje instytucja plastyka miejskiego. To taka osoba, która zajmuje się m.in. wyglądem budynków oraz elementów wystroju ulic i innych miejsc publicznych. To ona narzuca restauratorom, że meble w ogródkach przed ich restauracjami mogą być wyłącznie drewniane lub rattanowe, że parasole ogrodowe mogą być tylko w kolorach białych lub ecru, a ogródki mogą być zabudowane tylko donicami z kwiatami.

Z jednej strony takie regulacje są dobre - niby powinien być ład i porządek gwarantowany przez spójną i estetyczną politykę identyfikacji wizualnej. Każdy, kto się temu sprzeciwi nie ma łatwego życia w Sopocie, o czym przekonał się ostatnio Wojciech Cejrowski. Znany podróżnik i dziennikarz musiał przenieść swój pstrokaty namiot do Gdyni, bo władze Sopotu wytoczyły przeciw niemu armaty tak duże, jakby chciały odeprzeć zmasowany atak niszczycielskich sił.

Obserwując tą potyczkę między Cejrowskim a sopockimi włodarzami naszła mnie taka o to refleksja. Smutna refleksja zawarta w pytaniu: Jak żyć? Jak żyć, panie prezydencie? Sopot, a w szczególności jego najbardziej reprezentacyjna część, czyli Monciak, zmienia się w bezbarwny, pozbawiony smaku, a czasami wręcz przerażający jarmark tandety, nijakości, brudu i beznadziei. Symbolem tego są pozamykane kluby i restauracje - jedne zajęte przez komornika, inne zamurowane cegłami, jeszcze inne wystawione na sprzedaż, czy wynajem.

Symbolem tego są naganiaczki, zwane szumnie promotorkami. Jedna zaprasza na striptiz, ba nawet odprowadzi Cię za rękę do klubu, inna na kebaba, jeszcze inna na drinka, kolejna wciska Ci napój energetyczny będący biletem wstępu do dyskoteki, itd, itd. Przejście Monciakiem bez zaczepki? Mission impossible - nawet Chuck Norris nie da rady.

Symbolem tej tandety, brudu i nijakości jest coś, co ja nazywam małą Turcją. Mój znajomy, który odwiedził Sopot po wielu latach, przechadzając się Monciakiem, zapytał mnie, czy można tu zjeść coś innego oprócz kebabów, hamburgerów, czy zapiekanek. Pewnie, że można, choćby w Błękitnym Pudlu. Siadamy sobie zatem w Pudlu, w ogródeczku, czekamy na jedzonko, ale zaraz dopada nas woń przypieczonego kebaba, ulicą mija nas para - oboje pożerają kebaba, mięcho leci na ziemię, kącikami ust spływa sos... Odwracamy głowy, ale nasz wzrok trafia na podobny obrazek w „kebabowym” ogródku. To wszystko dzieje się w dzień, w nocy i nad ranem, po imprezie, to już totalny Armagedon.

Od razu uprzedzam, nie mam nic przeciwko barom z kebabami, zapiekankami, itp. Samemu zdarzyło mi się skorzystać z ich oferty. Ale do cholery, skoro plastyk miejski dba o takie szczegóły, jak meble w ogródkach, to dlaczego władze miasta nie mogą nakreślić jakiejś spójnej polityki dotyczącej Monciaka? Tak, aby przywrócić mu należny blask i prestiż. To, co jest teraz to równia pochyła - jest coraz gorzej i niedługo utoniemy w odpadkach po kebabie. Ale co tam, tonący brzytwy się chwyta. Oby tą brzytwą nie okazała się rura, na której tańczą panie w pojawiających się jak grzyby po deszczu lokalach typu go - go.

Ok, koniec rozważań, ale powtarzam - Sopocie, nie idź tą drogą! Tymczasem zachęcam do lektury bieżącego wydania magazynu Prestiż.

25
08/2012

Rzadko udziela wywiadów, showbiznes ma w głębokim poważaniu, nigdy nie robi nic na pokaz. Jest tajemniczy, niezwykle wrażliwy, a w jego duszy mieszkają demony. Mimo, że ma oparcie w kochającej rodzinie i robi to, co kocha, wciąż szuka swojego miejsca w świecie.