Jakub Jakubowski

Od naczelnego

Euro, Euro i po Euro. Trzeba przyznać, że minęło bardzo szybko. Ale wspomnienia tak szybko nie miną. To był wspaniały czas, wspaniały turniej, wspaniałe święto o wymiarze ponad sportowym, wspaniała prezentacja radości, niczym nie skrępowanej zabawy, polskiej gościnności i otwartości.

Nie było katastrofy wieszczonej przez eurosceptyków, nie było organizacyjnego chaosu, nie było komunikacyjnego paraliżu, nie było kibolskich zadym, poza tą sprowokowaną przez Rosjan w Warszawie. Ale był to tylko incydent, taka wojenka podjazdowa bardziej, niż kolejna wojna polsko – bolszewicka – jak to wieszczyli wróżbici źli.

Co zapamiętam z Euro 2012 najbardziej? Nie mecze, nie wspaniałe bramki, nie spektakularną porażkę Polaków z Czechami. Najbardziej zapamiętam moment, w którym Gdańsk zmienił się na kilkanaście godzin w Dublin. To, co zrobili kibice z Zielonej Wyspy to prawdziwe mistrzostwo świata. Wlewający w siebie hektolitry piwa pokazali reszcie świata rzecz banalną, a jakże trudno dostrzegalną. Że sport, to nie tylko rywalizacja, to nie tylko wygrani i przegrani, punkty, gole, medale. Sport to filozofia, w której ogniskują się emocje uwalniane po każdym kolejnym strzelonym golu. Strzelonym niekoniecznie przez drużynę, której jesteś fanem. Ale sęk w tym, żeby oddawać na zewnątrz tylko te pozytywne emocje. Jak to zrobić? Irlandczycy pokazali to światu! Dzięki nim przeżyliśmy coś wyjątkowego. Każdy z nas.

Kolega opowiadał mi, jak na Długim Targu jeden z Irlandczyków wypatrzył wyglądającą przez okno kamienicy starszą kobietę. Była w bardzo podeszłym wieku i wyglądała, jakby nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Co zrobił Irlandczyk? Zawołał kumpli i wszyscy razem zaczęli śpiewać kierując głowy w kierunku starszej Pani, machając do niej i wiwatując. Kolejni Irlandczycy się dołączyli, do nich Hiszpanie i tak kilkadziesiąt osób przez kilkanaście minut oddawało hołd symbolicznej gdańskiej gościnności. A szeroki uśmiech starszej kobiety, która być może od wielu lat nie miała powodów do tak dużej radości, był symbolem tego, po co nam to Euro było. Teraz tylko pozostaje nam nie spieprzyć tego, co zyskaliśmy, nie zmarnować tego, czego się nauczyliśmy, nie stłumić potencjału, który się wytworzył. Ale to już jest zupełnie inna bajka i może być trudniejsze do zrobienia niż zorganizowanie Euro 2012.

Dobrze, że nikt nie jest w stanie stłumić naszego redakcyjnego potencjału i entuzjazmu. Nie ustajemy w staraniach, aby każdy kolejny numer Prestiżu Was zaskakiwał. Oczywiście pozytywnie. I tak jak sobie piszę do Was te słowa o potencjale, to uświadamiam sobie, że w tym numerze, na naszych łamach goszczą tacy właśnie ludzie – młodzi, zdolni, wykształceni, ambitni. Taki na pewno jest bohater naszego tekstu okładkowego, projektant mody Piotr Drzał. Taka jest też znakomita pianistka Kasia Borek, pieszczotliwie nazywana Możdżerem w spódnicy. Poczytajcie o nich, na pewno zachwycicie się ich osobowością i tym, co robią. W Prestiżu ponadto mnóstwo ciekawych artykułów, zatem życzę miłej lektury.

24
06/2012

Zachwycił kolekcją na sezon wiosna lato 2012 prezentowaną podczas łódzkiego Fashion Week. Blogerzy i klienci chwalili szczególnie jego projekty dla mężczyzn – bezpretensjonalne sylwetki wypełniły lukę, która do tej pory była niezagospodarowana na polskim rynku mody dedykowanej facetom.