Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Festival. Na stoczniowych terenach w Gdańsku stworzył klub B90 oraz współtworzy Ulicę Elektryków, Plenum i Plener 33. Od niedawna w Krakowie współorganizuje Mystic Festival. Najmłodsze dziecko to nowy, alternatywny klub muzyczny DRIZZLY GRIZZLY.

Wylakierowany industrial

Moda na zagospodarowywanie przestrzeni poprzemysłowych na świecie trwa od lat, a w Polsce dopiero wchodzi w fazę boomu. Stare fabryki, obiekty przemysłowe, elektrownie, zmieniają się w miejsca rozrywki, kultury i po latach niszczenia i niebytu otrzymują nowe życie. Stają się najmodniejszymi miejscówkami. Jednak wciąż niewielu jest chętnych aby te przestrzenienie ożywiać, kiedy zniszczone leżą.

Tereny postoczniowe w Gdańsku to istna perła, wciąż nieodkryta żyła złota i kopalnia diamentów w jednym. Przez ostatnie 30 lat nikt dotąd tego nie zauważył. Deweloperzy są świetnymi biznesmenami, ale kiepskimi wizjonerami takich przestrzeni. Gdyby nie aktywność wielu osób, pewnie obecne tereny postoczniowe byłyby już przez nich zrównane z ziemią i dziś stałyby tam ohydne wieżowce lub centra handlowe. Taki był początkowy plan, a rozpędzające się rozbiórki obiektów zostały jednak zatrzymane. Pierwsze aktywności artystów, pierwsze inwestycje drobnych przedsiębiorców, ich determinacja i ogromne zaangażowanie w promowanie tych terenów zaowocowały nagłym zainteresowaniem inwestorów. Sprawa jednak wciąż nie jest prosta. Wielu z nich chce wybudować, sprzedać lub czerpać dochód z wynajmu. To oczywiste i nieuniknione, ale ktoś musi zadbać o cały ten klimat. I tu mamy potężny podział jak obecna Polska, gdyż industrial zaczyna się lakierować. Polega to na tym, że inwestor adoptuje stary poprzemysłowy budynek, wypruwa z niego właściwie ile się da, pozostawiając jedynie szkielet. Elewacje się piaskuje i lakieruje, tak że traci całą swoją historię. Wiecie że we Włoszech jest zakaz malowania elewacji? Rozumiecie teraz skąd ten zachwyt? I na końcu zaczyna się „odtwarzanie” nieistniejącej historii. Polega to na całkowitym pozbawieniu wnętrza jego pierwotnego wyglądu. Jeśli w obiekcie znajdują się stare artefakty związane z historią tego miejsca, to oczywiście zostaną wykorzystane, ale tak odrestaurowane i polakierowane, że ich wiarygodność mogłaby świecić już tylko w muzeum traktorów. Pozostałe elementy konstrukcji oraz wyposażenia będą jedynie imitacją, dziś nazywaną industrialem. Tak jak dziś pięćdziesięciometrowe, dwupoziomowe apartamenty ze stalowymi belkami i ceglaną ścianą nazywa się szumnie loftami. Potem jeszcze trochę sztucznie spatynowanej blachy, mebelki wykonane zgodnie z przemysłowym trendem, parę modnych neonów i mamy industrialną, modną miejscówkę. Rzeczywisty industrial to istna droga przez mękę, bo najwięcej czasu zajmuje przekonywanie wszelkich instytucji dbających o nasze zdrowie i bezpieczeństwo o tym, że to wszystko nie musi mieć gładkiego wyglądu, a z zabezpieczonych odpowiednimi środkami elementów rdza historii nikogo nie napromieniuje i nie zamorduje. I my dalej swoje. Każdy kąt, obdrapany narożnik, dziura w tynku, wykrzywiona rama, stare drzwi, fragment drewnianej podłogi, napis, tabliczka, kran, wystająca rura, kilka warstw farby to prawdziwe skarby. To historia życia ludzi. Nie do podrobienia, dlatego tak ofiarnie się o to walczy. Na końcu efekt jest nie do podrobienia. Tzn wszystko jest do podrobienia, ale wtedy jest to właśnie lakierowany industrial. Oba kierunki mają swoją rzeszę zwolenników. Nie konkurują ze sobą. Żyją na osobnych planetach. Z doświadczenia wiem jak wiele środowisk się nie przenika, jak wielu nie ma pojęcia nawet o istnieniu pewnych miejsc. Sam jestem tego przykładem, gdyż dotąd nie byłem w wielu znanych miejscach w 3city. Zwyczajnie nie jestem ich fanem, tak jak fanami miejsc które ja lubię nie są fani tamtych obiektów. Nie wiem czemu tak jest, ale widzę w tym analogie do fanów określonych gatunków muzycznych.

Kiedyś usłyszałem dość szokującą opinię, usłyszaną od bywalców uważanej w pewnym środowisku za modną, sopocką dyskotekę, że „do SPATiF-u chodzą „brudasy”, a my jesteśmy elitą”. To świadczy w jak innych światach funkcjonujemy. Jedyne co mogę o tej grupie ludzi powiedzieć to, że nie potrafię ich odróżnić, gdyż wszyscy tam wyglądają jednakowo, te same usta, fryzury, kołnierzyki, ale to przecież nie jest obraźliwe. Podobne mam odczucia kiedy przypadkowo na tereny stoczniowe zapuszczą się Panie o dość innych przyzwyczajeniach niż moje. Mają miny jakby trafiły na wysypisko śmieci. Dlatego nie wiedząc czemu sopocki podział pseudoelit nieuchronnie przeniesie się na tereny postoczniowe, kiedy powstaną strefy lakierowanego industrialu i tego historycznego. Ten kraj nigdy nie będzie jednością. Solidarność jest najwyższą formą egzystencji jaką udało nam się osiągnąć 40 lat temu, przez chwilę i na chwilę.