Na urodziny (nie)przychodzą zaproszeni

Małgorzata Rakowiec

Według przyjętych zasad na urodziny przychodzą tylko zaproszeni specjalnie na tę okazję goście. Na imieniny może przyjść każdy, kto ma ochotę złożyć życzenia.

Jak jest się dzieckiem to imieniny nie są tak atrakcyjne, jak urodziny. No bo wiadomo – na urodzinach jest tort (najlepiej z galaretką, z czterech kolorowych warstw), świeczki się zdmucha i jakoś jest tak bardziej uroczyście. A! I ważne jest, kto przychodzi, aktualne koleżanki i koledzy – to obraz bieżących klasowych i szkolnych sympatii, czy antypatii.

Wprawdzie im dalej – tym mniejsza radość z urodzinowego tortu, słodyczy się człowiek najadł się już tyle, że z każdym kolejnym smakołykiem ma większe wyrzuty sumienia, a świeczki niekoniecznie – jak już, to ewentualnie jedna może się pojawić, symbolicznie.

Im bardziej człowiek dorasta, to na pierwszy plan wysuwają się imieniny. To uroczystość mniej krępująca, i zapraszać nie trzeba, i z ilości świeczek tłumaczyć się nikt nie musi. Ale to taka urodzinowo – imieninowa dygresja, a właściwie wstęp, bo chciałam podzielić się moimi przemyśleniami po ostatnim urodzinowym przyjęciu. Nie moim, chociaż ja również jestem z lutego, ale pewnego bardzo młodego solenizanta, 85-latka, bo urodziny obchodzi Gdynia. W tym przypadku, przypadku miasta, to młody wiek, a więc i radość z urodzin jest ogromna. Z tej okazji odbyła się między innymi uroczysta sesja Rady Miasta w Teatrze Muzycznym, oczywiście w Gdyni. Na tej uroczystości przyznawane były medale imienia Eugeniusza Kwiatkowskiego, dla tych którzy szczególnie się dla Gdyni zasłużyli. Nagradzano ludzi i wyróżniano przedsięwzięcia. Taka gdyńska uroczystość, wielkie gwiazdy na scenie nie występowały, relacji na żywo stacje telewizyjne i radiowe nie przeprowadzały. Ale mimo wszystko było to dla 85-latka ważne wydarzenie, a dla pilnego obserwatora okazja do sprawdzenia, jak się ma Trójmiasto, tzn. jak trzy miasta ściśle ze sobą połączone są ze sobą złączone.

Bo byli politycy, posłowie, był nawet marszałek Senatu. Nie było za to prezydenta Gdańska, a 1000-letni gród reprezentował wiceprezydent – Maciej Lisicki. To fakt, przyszedł z prezentem. Prezydenta Sopotu nie zaobserwowaliśmy, jeśli był to przepraszamy za małą spostrzegawczość.

I co tu mówić o wspólnym bilecie, o wspólnych inwestycjach drogowych, ba, o spójnej dla trójmiasta strategii.

Choć to przecież urodziny. Może więc zaproszeń nie było?

Ale może konkurencja jest lepsza… Czas tylko pokaże, dla kogo.