Klaudia Krause-Bacia

Dziennikarka, wieloletnia redaktor magazynu W Ślizgu!, a obecnie zastępca redaktora naczelnego Prestiżu. Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i Antwerpskiego. Na swoim koncie ma nie tylko setki tekstów, ale i kilka publikacji naukowych. Prywatnie właścicielka i driver @Prosecco na kółkach, wielka miłośniczka Maanamu, a także alternatywnych podróży i Bałtyku.

MEDALISTKI Z TOKIO

To nie pomyłka. Tym razem zabieram Was w podróż do 1964 roku, kiedy to w dalekiej Japonii, na azjatyckim kontynencie, jeden z olimpijskich krążków zgarnęły dwie siatkarki z Gdańska – Jadwiga Marko-Książek oraz Krystyna Krupa. To właśnie wtedy siatkówka była piękną wizytówką sportu w nadmotławskim grodzie. Taka nasza gdańska specjalność. Wojaże i mecze. Bloki i zagrywki. Wielka przygoda i nieprawdopodobna radość. Lata 60. to była ich dekada! Łączy je pasja, Trójmiasto i ten sam medalowy szlak.

Fani siatkówki najprawdopodobniej wyryli sobie w pamięci złotymi literami napis: „Tokio 1964”, jednak większość z nas pewnie nie pamięta, że to właśnie na tych igrzyskach w składzie olimpijskich zmagań siatkówka pojawiła się po raz pierwszy. To był milowy krok w rozwoju tej dyscypliny… i lepiej zacząć się dla Polek nie mógł. Był to brąz doskonały, ponieważ wtedy te siatkarki jako pierwsze zdobyły dla Polski medal olimpijski w grach zespołowych. Zresztą… cóż to były za czasy! Inny klimat, inni ludzie, „dziwna” kultura, a do tego morze techniki i elektroniki. To była przepaść. Ze wspomnień siatkarek wynika, że sam lot był ekstremalnym przeżyciem - do Kopenhagi, później na Alaskę, aż w końcu do Tokio. Co więcej, cała reprezentacja była sfinansowana przez Polonię. Zaskoczeń było więcej. Obuwie załatwiły sobie na miejscu prosto z wielkiego kontenera Adidasa, który przypłynął do Japonii, by rozdawać swoje buty. Swoją drogą — to się nazywa prawdziwy marketing! Jednak wtedy nawet sama siatkówka była siermiężna. Zawodniczki nie miały masażysty, kucharza, ani nawet lekarza. Nie było żadnych specjalnych diet, a jak któraś złamała biodro to fundowano jej dwutygodniowy pobyt w Ciechocinku w ramach rehabilitacji. Jak wspomina Krystyna Krupa (w książce „Siatkarskie historie”): „W Tokio wioska olimpijska była inna niż potem w Meksyku. To był wspólny teren, mieszkałyśmy w piętrowych domkach, choć co prawda nas, kobiety, odgrodzono od mężczyzn. Jednak czasami robiłyśmy sobie żarty, przebierając się za chłopaków. Byłyśmy krótko ostrzyżone, między innymi ja czy Czajka, i w dużym pędzie wjeżdżałyśmy rowerami na teren wydzielony dla kobiet, a strażniczki ganiały za nami aż do drzwi. Ale myśmy i tak mogły chodzić do facetów, więc to wszystko było dość śmieszne”. Zabawna była też nagroda po igrzyskach. Jest takie zdjęcie, na którym trener Janusz Badora i prezes AZS prof. Czesław Druet wręczają Krystynie Krupie kultowe radio „Atut”.

Furorę na igrzyskach w Tokio zrobiła ta druga gdańszczanka. W pamiętnym meczu z USA Jadwiga Marko-Książek, znakomita atakująca o kapitalnym serwisie, wsławiła się serią zagrywek. Nie ruszając się z serwu zdobyła 10 punktów pod rząd. Jednak Jadwiga Marko sławę zdobyła już wcześniej na mistrzostwach świata w Buenos Aires w 1960 roku. Została wówczas miss tej imprezy. W prasie namiętnie ukazywały się zdjęcia Jadzi w koronie, którą otrzymała podczas MŚ w Brazylii jako tytuł dla najładniejszej siatkarki. Wysoka, piękna i zgrabna blondynka zachwyciła Azjatów, którzy przed hotelem głośno skandowali „Miss Marko!”.

Po igrzyskach w Tokio, dziewczyny powtórzyły ten sukces cztery lata później w Meksyku. W obu przypadkach był to ostatni wielki sukces gdańskich siatkarek. Krystyna Krupa w latach 70. miała wypadek samochodowy i kontuzję biodra. Próbowała wrócić do gry, jednak w międzyczasie urodziła dzieci. Wróciła do siatkówki pod koniec lat 70. Zaliczyła wówczas jednej sezon we Włoszech, ale pech chciał, że zerwała mięsień brzuszny. Wróciła do domu, i tu w Gdańsku podjęła pracę na kolei. Została kierownikiem stacji w Gdańsku-Oliwie, i w kolejnictwie pracowała aż do ’91 roku. Teraz odpowczywa już na emeryturze. Z kolei Jadwiga Marko po zakończeniu siatkarskiej kariery, w sportowym sosie niejako pozostała. Próbowała swoich sił w pracy szkoleniowej i jako grająca trenerka wprowadziła drużynę rezerw Gedanii do drugiej ligi. Potem przez dwa sezony trenowała pierwszą drużynę Gedanii. Wiele lat przepracowała na Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku, w Zakładzie Gier Sportowych. Zmarła w Gdańsku w wieku 79 lat. 

Do dziś, medale z 1964 i 1968 pozostają jedynymi w dorobku polskich siatkarek na igrzyskach. Póki co, nic się nie zmieni, ponieważ biało-czerwonych zawodniczek zabraknie w Tokio. Ale! Tym razem na fali są siatkarze. W pamiętnym Tokio 64’ to właśnie męskiej reprezentacji nie udało się zakwalifikować na igrzyska. Może tym razem historia zatoczy koło. Mocno na to liczę! Do boju!