Klaudia Krause-Bacia

Dziennikarka, wieloletnia redaktor magazynu W Ślizgu!, a obecnie zastępca redaktora naczelnego Prestiżu. Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i Antwerpskiego. Na swoim koncie ma nie tylko setki tekstów, ale i kilka publikacji naukowych. Prywatnie właścicielka i driver @Prosecco na kółkach, wielka miłośniczka Maanamu, a także alternatywnych podróży i Bałtyku.

INŻYNIERKA POLSKICH DUSZ

„Nie wiedziała, czy z niej kpi, czy mówi poważnie. Bardzo nie chciała już się z nim kłócić. Odpaliła Kanadyjczyka, dziwnie nie miała ochoty na rozpoczynanie nowego romansu. Zadumała się. - Nie wiadomo czy Kamyk skończył już z tą babką, z którą go widziała dwukrotnie w Grand Hotelu? Może naprawdę coś go do niej ciągnęło, a może tylko chciał zrobić jej na złość - głupio zachowała się z tym Kanadyjczykiem. Ale ona znowu chciała zrobić na złość Bieniowi, a on tego nawet nie zauważył. Nie chce żadnej z nich, a żeni się z matką Ulki. Ukradła dla niego psa! Człowiek osiwieje, a nigdy nie będzie wiedział, o co właściwie chodzi mężczyznom.” 

Hmmm… ja jeszcze siwa nie jestem, ale chyba coś w tym jest! (śmiech). Przyszło lato, a wraz z nim motywacja, by tym razem wyjątkowo przeczytać coś lekkiego i przyjemnego. Kierunek był jeden — romansidło, które przeniesie mnie gdzieś nad polskie morze kilkadziesiąt lat wstecz.  Nie zdążyłam dobrze poszukać, a już wpadło mi ręce „Lato nagich dziewcząt” Stanisławy Fleszarowej-Muskat, skryte gdzieś na dolnej półce babcinej biblioteczki. Podróż w czasie do Sopotu lat 50. była tego warta. Nagie, brązowe ramiona, sukienka na ramiączkach, morska bryza, ciepły piasek pod stopami, tętniący życiem Monciak, kawiarniane romanse, drinki w Grand Hotelu, czy w Spatifie, lody u Włocha i oczywiście wielka miłość w tle. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ta niezwykle barwna autorka idealnie wpisała się w cykl moich trójmiejskich bohaterek. Mówią, że w czasach PRL-u jej książki wypełniały lukę harlequinów. I pewnie coś w tym jest, ponieważ wszystko, co napisała, znikało z księgarń w błyskawicznym tempie.

Zaczęło się jednak od cenzury. Zadebiutowała w 1948 roku poematem historycznym z czasów Władysława IV „Sen o morskiej potędze”, do którego wstęp napisał sam Eugeniusz Kwiatkowski. Niestety to właśnie przez jego udział większość nakładu została zarekwirowana przez cenzurę. Stanisława  jednak nie zniechęciła się, wręcz przeciwnie – powoli zaczęła przecierać sobie szlaki i mimo braku przynależności do partii, zdobyła nie tyle sympatię, co neutralność PRL-owskich władz. A to już było coś! Literacka swoboda działania w czasach, kiedy dosłownie każde zdanie przeznaczone do publikacji musiało przejść przez cenzurę? Niewiarygodne, prawda? Z pewnością wielu z Was w tym momencie dopatruje się jakichś machlojek, przekrętów i układów. Nic z tego. Jej cel był jasny – chciała po prostu tworzyć powieści obyczajowe dla kobiet, bez polityki w tle. I chyba właśnie to było przyczyną jej oszałamiającej popularności. Opisywała codzienne życie zwykłych ludzi, ich problemy, radości i wielkie miłości, w których czytelnik mógł odnaleźć siebie. To była wówczas istna egzotyka. Traktowano ją jako społeczną terapeutkę. Była specjalistką od ludzi i emocji i posiadała ogromną wiedzę o człowieku. Gdy w Rozgłośni Gdańskiej Polskiej Radia wygłaszała swoje słynne słuchowiska, ulice Trójmiasta dosłownie pustoszały… To było jak najlepszy netflixowy serial, tyle że rozgrywany we własnej wyobraźni w szarych czasach PRL-u.

Stanisława przez długie lata była mieszkanką Gdyni, a później Sopotu, nic więc dziwnego, że większość jej książek poświęconych była morzu, które zresztą szczerze kochała. W Trójmieście była też poważaną personą. Była dziennikarką „Dziennika Bałtyckiego”, następnie inspektorem kulturalno-oświatowym „Czytelnika”, aż wreszcie kierownikiem literackiego Teatru Wybrzeże. Działała też w Stowarzyszeniu Marynistów Polskich, a także należała do Stowarzyszenia Filmowców Polskich. W swoim życiu napisała ponad 700 różnych utworów. Kiedy zdążyła to wszystko napisać? Musiała być absolutnym tytanem pracy. Może właśnie przez to niektóre z jej powieści nie były dopieszczone jakościowo, co niejednokrotnie zarzucali jej koledzy po fachu. Jednocześnie krytyka nie zostawiała na niej suchej nitki: płytka fabuła, brak ambicji, a nawet grafomania… Jednak mimo druzgoczących opinii ona nie zmieniła sposobu pisania, z drugiej strony, może nie było potrzeby skoro większość jej powieści rozchodziła się na pniu! Pewne jest, że znalazła swoją niszę i zgarnęła do niej tysiące potrzebujących tego kobiet.

A moje niedawne „odkrycie”, czyli wspomniane „Lato nagich dziewcząt”, to idealny scenariusz na film o Sopocie, tętniącym artyzmem kurorcie, pełnym jeszcze wówczas kolorowych ptaków. Ach, się rozmarzyłam…