Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Współpracuje też z TVN. Autor wielu reportaży śledczych, m.in. o przemycie na okrętach marynarki wojennej, korupcji w Straży Granicznej czy też tekstów ujawniających istnienie mafii paliwowej. W 2007 roku jako jeden z pierwszych dziennikarzy podjął temat pedofilii w kościele. W 2012 był współautorem filmu dokumentalnego w TVN o finansach kościoła. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a także do Mediatorów. 

Prywatnie żeglarz, tenisista i muzyk. Założyciel Prestiżu i szef MS Group.

Kanapa albo krzesło

Czy social media to media? Jak sama nazwa wskazuje – zdecydowanie tak. Wszakże media to kanały komunikacyjne, a taką funkcję pełni FB, IG, YT, czy Twitter. Wiele różni je jednak od mediów, a ich ocena z dzisiejszej perspektywy – kiedy już są obecne w naszym życiu od kilkunastu lat – jest coraz częściej krytyczna. Tak właśnie ocenia je Marcin Żebrowski, bohater naszej okładki, gdynianin i dziennikarz z długim stażem prasowym, ale przede wszystkim telewizyjnym. Przez 12 lat spotykał się z widzami TVN24. Żebrowski to nie tylko doświadczony dziennikarz, profesjonalny „lajfujący”, ale i wnikliwy obserwator. Choć sam nie ma profilu na FB, co w dzisiejszych czasach jest już rzadkością to uważnie obserwuje i analizuje social media. Jak sam przyznaje w wywiadzie - obraził się na FB za zepsucie dziennikarstwa. Oczywiście –  z tym obrażeniem się to żart, ale już z krytyką – nie. Żebrowski merytorycznie punktuje social media, a mi w tej rozmowie pozostała rola adwokata diabła. Bo social mediów coraz trudniej bronić. Stworzone z myślą jako komunikator i miejsce wolnej, nieskrępowanej wypowiedzi, niezakłóconej narracją klasycznych mediów z czasem stały się źródłem totalnej manipulacji i wręcz zagrożeniem. Chodzi o FB i Twittera. Z kolei Instagram – początkowo jako miejsce inspirujących zdjęć - stał się z jednej strony światową bazą ofert erotycznych, a z drugiej dla wielu osób szansą na pokazanie tego, czego z reguły nie robią albo nie potrafią. 

Żebrowski jest przy tym sceptyczny co do przyszłości mediów, wskazując na wciąż rosnącą przewagę „socjali” jeżeli chodzi o ich zasięg i wpływy. Ja patrzę nieco bardziej optymistycznie zakładając, że fake newsy, boty, a przede wszystkim miliony niskiej jakości treści jakie każdego dnia pojawiają się na socjalach przyczynią się do odbudowania mediów. Rzetelne, wiarygodne źródła informacji znów będą w cenie, a to mogą zapewnić profesjonalne media, podlegające przepisom i procedurom. Takie, które mają redakcje, działają wg prawa prasowego, dbają o swój wizerunek i które mają coś do stracenia jeżeli będą podawać fake newsy. Są pewne przesłanki. Rzeczpospolitej i Gazecie Wyborczej przybywa subskrynentów, a wydawca „Rzepy” poinformował, że w ub. r. odnotował rekordowy wynik, dwukrotnie wyższy niż w 2018 roku. To oznacza rosnące zapotrzebowanie na wiarygodne i pewne informacje. 

Marcin Żebrowski to nie jedyny bohater tego wydania. Za nami blisko trzy miesiące radykalnych ograniczeń związanych z coronawirusem. Dotknęły one wszystkich, przede wszystkim pod kątem bytowym. W tym trudnym czasie przed wielkim wyzwaniem stanęli przedsiębiorcy, z jednej strony czując odpowiedzialność nie tylko za siebie i swoje rodziny, ale pracujących z nimi ludzi, a z drugiej czując zagrożenie ze strony państwa. Wielu z nich musiało znaleźć zupełnie nowy pomysł na siebie – tak jak bohaterowie tekstu „Kreatywne Trójmiasto”. Ci przedsiębiorcy nie tylko, że nie załamali rąk, ale odkryli nowe możliwości. Z coronawirusem związany jest też tekst o powszechnej w czasie kwarantanny pracy w trybie „home office”. Co ciekawe kwarantanna stała się wielkim sprawdzianem dla zdalnej pracy. Dla firm to z pewnością obniżenie kosztów i szansa na ich dalsze obniżanie poprzez redukcję powierzchni biurowych. Dla pracowników – możliwość pozostania w domu i lepszej efektywności. Kwarantanna po raz pierwszy pokazała jednak w całej okazałości też i zagrożenia jakie wynikają ze stałego „home office”. Większe koszty dla pracowników, trudności z koncentracją, problemy z komunikacją, a przede wszystkim poważne zaburzenia w życiu domowym. Jeżeli chodzi o mnie, to ja dziękuję. Wybieram gwar zamiast ciszy, krzesło zamiast wygodnej kanapy, a nawet stanie w korku.

Zapraszam do lektury, a przy okazji życzę wam dużo optymizmu w tych dziwnych czasach i jak najwięcej świeżego powietrza.

 

115
06/2020

Zanim Ryszard Kapuściński napisał jedną stronę, wcześniej czytał sto. Winston Churchill nad minutą przemówienia pracował godzinę.