Klaudia Krause-Bacia

Dziennikarka, wieloletnia redaktor magazynu W Ślizgu!, a obecnie zastępca redaktora naczelnego Prestiżu. Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i Antwerpskiego. Na swoim koncie ma nie tylko setki tekstów, ale i kilka publikacji naukowych. Prywatnie właścicielka i driver @Prosecco na kółkach, wielka miłośniczka Maanamu, a także alternatywnych podróży i Bałtyku.

Fighterki Trojmiasta

Długo zastanawiałam się jak zacząć ten felieton… Jednak mówią, że na wstępie zawsze warto się przywitać. Bardzo miło mi gościć w tych prestiżowych męskich szeregach, tuż obok Zbigniewa Canowieckiego, Arkadiusza Hronowskiego, profesora Limona i   Michała Stankiewicza. Zaszczyt tym większy, że jestem tu typowym „rodzynkiem”. Schemat został złamany, dlatego też pozwolę pójść sobie wyznaczoną ścieżką aż do końca. Nie chcę żeby ta kartka była zwykłym przemyśleniem i moim spojrzeniem na świat, pragnę przybliżyć wam prawdziwe, żywe historie. Historie kobiet mądrych, ambitnych, przewrotnych i wyjątkowych, które na stałe zapisały się w dziejach Trójmiasta oraz tych, które dzisiaj wciąż to robią. Dlaczego? Właśnie płeć żeńska od lat stanowi filary trójmiejskiego Prestiżu. Niewielu z was zdaje sobie sprawę, że w naszej redakcji 2/3 teamu stanowią kobiety, sprawa wygląda podobnie, jeżeli chodzi o nasze czytelnictwo. Myślę, że te liczby mówią same za siebie… O kobietach można napisać niejedną książkę, a o trójmiejskich szczególnie.

Bohaterką tego wydania Prestiżu jest biegaczka Ania Kiełbasińska. Robiąc z nią wywiad przypomniała mi się historia innej świetnej lekkoatletki związanej z Trójmiastem. Chodzi o „Złotą Elę”, czyli Elżbietę Duńską-Krzesińską, która była pierwszą powojenną gwiazdą kobiecej lekkoatletyki, a jednocześnie właścicielką legendarnego warkocza. 

Ela Duńska urodziła się w Młocinach, po II wojnie światowej przeniosła się do Elbląga, a w 1953 roku rozpoczęła studia medyczne w Gdańsku. Wysoka, szczupła dziewczyna o dużych oczach i ogromnej determinacji, przewrotnie na początku w ogóle stroniła od zajęć gimnastycznych w szkole. Jednak już jako 16-latka wynikiem 5,48 m pobiła rekord Polski juniorek, a niespełna rok później zadebiutowała w reprezentacji. Na horyzoncie pojawiły się igrzyska olimpijskie w Helsinkach (1952) i rozpoczęła się prawdziwa walka, nie tylko z fizycznym przygotowaniem, ale również z panującym wówczas systemem.

Była niepokorna, niezależna, i dobrze wiedziała czego chce. Nierzadko występowała przeciwko reżimowi, działaczom i władzom lekkoatletycznym. Były konflikty z trenerami, odmowy przeprosin, niejednokrotnie ze zgrupowania odsyłano ją do domu, a nawet pozbawiono ją zasiłku olimpijskiego. Nazywano ją bumelantką i złym typem aspołecznym, jednak ona twardo szła po swoje! Nie obyło się jednak bez pierwiastka dramatyzmu. Na igrzyskach w Helsinkach Polka mogła wywalczyć nawet medal, ale tutaj sprawWę skomplikował jej słynny warkocz. Mimo znakomitego skoku, który dawał jej miejsce na podium, została przesunięta na dwunastą pozycję. Przyczyną degradacji był długi warkocz, który przy lądowaniu, pierwszy dotknął piasku, zostawiając na nim ślad długości ok. 60 cm. Konkurs przerwano, a sędziowie dyskutowali, jaką odległość skoku uznać - od belki do początku śladu warkocza, czy do śladu ciała. Ostatecznie uznano, że warkocz jest częścią ciała i zaliczono znacznie mniejszą odległość (5,65 m). To jednak jej nie podłamało… Było wręcz odwrotnie!

W 1956 roku była jedną z głównych faworytek do olimpijskiego złota w Melbourne. Niejednokrotnie obciążała obcasy butów śrutem, aby nieustannie pracować nad sprężystością mięśni. Jej poligonem treningowym były leśne ścieżki. Była niezwykle twardą sztuką, co przełożyło się na wyniki. W Melbourne w jednym skoku wywalczyła złoty medal olimpijski, a także wyrównała rekord świata i pobiła rekord olimpijski (6,35 m)! Zdobyła jeszcze srebrny (1962) medal mistrzostw Europy w Belgradzie, a dwa lata później zrezygnowała z wyczynowego uprawiania lekkiej atletyki na skutek wykrytej choroby serca. Życie jednak prowadziła bujne. Była jednocześnie trenerem i stomatologiem - swoją drogą, w czasie, gdy zdobywała medale, podjęła też studia medyczne. Później wraz z mężem na 20 lat wyjechali z Polski, a 2000 roku powrócili do Warszawy na stałe. Tam też po długiej chorobie Elżbieta Duńska zmarła. Miała 81 lat.

Kobiety o silnym charakterze nie rodzą się w ciągu jednej nocy, to wypadkowa wielu życiowych zwycięstw, ale i porażek. Elżbieta Duńska już wtedy łamała stereotypy, była źródłem inspiracji, niezależną fighertką i jako reprezentantka Polski dawała z siebie wszystko, żeby rozsławić kraj. Bohaterka styczniowej okładki bardzo ją mi przypomina… dlatego szybko przewracajcie kartki,  bo tam czeka na was historia Duńskiej dzisiejszego pokolenia!