Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

W drodze na wyścig dookoła świata

Już od samego momentu ogłoszenia regat zainteresowanie nimi było ogromne. Oto bowiem dwóch panów - pułkownik Bill Whitbread i admirał Otto Steiner ustalili, że czas na wielki wyścig dookoła świata. A, że pierwszy z nich pochodził z rodziny bogatych browarników, a drugi był przedstawicielem Królewskiej Marynarki Wojennej z wcieleniem ich idei nie było problemu. Tak narodziły się The Whitbread Round World Race, pierwsze załogowe regaty wokółziemskie. 8 września 1973 roku w angielskim Portsmouth na starcie stanęło 17 jachtów różnej wielkości. Do pokonania miały ponad 30 tys. mil podzielonych na cztery etapy. Rywalizację wygrał meksykański jacht Sayula II. Co ważne w stawce pojawiły się aż dwa polskie jachty - Copernicus z Gdyni i Otago z Gdańska. Obydwa ukończyły regaty zdobywając 11 i 13 miejsce. Obydwa też zostały zauważone - Copernicus dostał nagrodę za „Najlepszą pracę żeglarską”, a z kolei na Otago córka kapitana, jak się okazało była najmłodszą uczestniczką regat i jedną z trzech kobiet, która w tych regatach opłynęła ziemię. Trzeba wspomnieć, że to były piekielnie trudne regaty, które pochłonęły aż 3 ofiary śmiertelne.

Kolejne imprezy organizowano co 3 lata, w międzyczasie wydłużyła się trasa regat, zmienili się sponsorzy - do gry weszło Volvo. Regaty zmieniły nazwę na The Volvo Ocean Race i stały się gigantycznym przedsięwzięciem. Dość wspomnieć, że biorące w nich udział jednostki w każdym z miast przez które płyną przychodzi oglądać po kilkaset tysięcy ludzi, a przekazy medialne z każdej edycji wyceniane są na setki milionów euro. Zmieniły się też wymagania co do startujących jednostek, które stały się bardzo wyrafinowane technologicznie. Coraz wyższe wymagania, a co za tym rosnące koszty startu spowodowały, że występ Polaków w 1973 roku był zarazem pierwszym i jak dotąd ostatnim. Jedynym polskim akcentem w ostatnich latach był rejs wyżej wspomnianego Copernicusa w imprezie towarzyszącej regatom. Co nie znaczy, że Polacy cały czas nie próbują wrócić do gry. I są blisko jak nigdy dotąd. 

Polska załoga została właśnie formalnie zgłoszona do najbliższej edycji, która rozpocznie się w październiku 2021 roku. To 65 - stopowy jacht Sailing Poland pod wodzą Maciej Marczewskiego, gdyńskiego żeglarza. Ta super jednostka brała już dwukrotnie udział w wokółziemskim wyścigu pod banderą hiszpańską i spełnia wszystkie rygorystyczne wymogi, by wziąć w nich udział kolejny raz. Tym razem pod polską banderą. A, że portem macierzystym jachtu będzie Gdynia, bazą teamu gdyńska marina, a operatorem jednostki sopocka firma - wybór tematu okładkowego nie budził wątpliwości. Trójmiejski team czeka teraz intensywny dwuletni okres przygotowawczy, bowiem start zaplanowano w październiku 2021 roku. Życzmy im nie tylko wytrwałości, ale i wielu sponsorów. Po 46 latach nieobecności warto, by Trójmiasto wróciło do elity załogowych wyścigów wokół świata.