Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

U progu czwartej kadencji

Tuż przed wyborami zrobiłem test Latarnik Wyborczy. Odpowiadasz w nim na 20 pytań, a system pokazuje na ile twoje odpowiedzi pasują do programów partii. Dopiero jak już go zrobiłem zreflektowałem się, że straciłem czas. Przecież partie nie realizują swoich programów. No może za wyjątkiem PiS, ale w moim teście zbieżności znalazł się na ostatnim miejscu.

W tym samym momencie przypomniało mi się badanie jakie latem tego roku przeprowadzono na panelu Ariadna dla Wirtualnej Polski. Wynikało z niego, że Polacy najbardziej ufają Straży Pożarnej. Tak wskazało 69% respondentów. Za nimi znaleźli się wojskowi (43%) i naukowcy (40%). Potem nauczyciele (25%), policja (23%), dziennikarze (17%), księża (11%), sędziowie (10%). To słabe wyniki, szczególnie jeżeli chodzi o dziennikarzy i sędziów. Na samym dnie znaleźli się jednak urzędnicy administracji państwowej (6%), prokuratorzy (4%) i… politycy. Ich wynik to 2 %. Tym bardziej wszystkim wyborcom należą się słowa podziwu i uznania, za to, że w rekordowej liczbie poszli do urn, mimo prawie 100 procentowej gwarancji, że nic albo niewiele wyniknie z przedwyborczych deklaracji polityków.

Niespodzianki nie było - wygrał PiS wspierany przez Koalicję Obywatelską. Opozycja też odniosła sukces zdobywając w sumie więcej głosów niż w poprzednich wyborach - do Sejmu wróciła Lewica, a przetrwanie zapewnił sobie PSL i Kukiz’15. Relatywnie wysoki wynik zdobyła Konfederacja.

Najbardziej intrygującą kampanię miała KO. Do kategorii intrygujących można zaliczyć wyjazd Aleksandry Dulkiewicz, prezydent Gdańska i Jacka Karnowskiego, prezydenta Sopotu, do Koszalina w celu udzielenia poparcia Stanisławowi Gawłowskiemu. Dla przypomnienia - Stanisław Gawłowski przez wiele lat był szefem zachodniopomorskiej PO, sekretarzem generalnym tej partii i wiceministrem środowiska. Jeszcze w 2013 roku (za rządów PO) prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie ustawiania przetargów w Zachodniopomorskim Zarządzie Melioracji i Urządzeń Wodnych. Zaczęły się zatrzymania podejrzanych, które kontynuowano po zmianie rządów. Wśród kilkudziesięciu podejrzanych znalazł się też i sam Gawłowski. Prokuratura postawiła mu łącznie siedem zarzutów korupcyjnych, a sąd podjął decyzję o jego tymczasowym aresztowaniu. Polityk nie przyznał się do winy twierdząc, że sprawa jest polityczna. Po kilku miesiącach opuścił areszt i obecnie odpowiada z wolnej stopy. 

PO początkowo działała zgodnie ze standardami: zawiesiła Gawłowskiego w funkcjach partyjnych, a potem nie umieściła go na listach wyborczych. Gawłowski postanowił więc wystartować samodzielnie do Senatu. Wtedy poparcia postanowił udzielić mu szef sztabu wyborczego… KO na Pomorzu Zachodnim. W końcówce kampanii to samo zrobili wspomniani włodarze Gdańska i Sopotu. Podczas wizyty w Koszalinie chwalili Gawłowskiego. Wsparcie z pewnością mu się przydało - zdobył mandat do Senatu. 

W styczniu przed Sądem Okręgowym w Szczecinie ma ruszyć proces Gawłowskiego. Wynik trudny do przewidzenia. O niewinności Gawłowskiego bardzo ostrożnie wypowiadają się jego partyjni koledzy ze Szczecina, a media sceptycznie podchodzą do jego politycznej linii obrony. W tym sensie Dulkiewicz i Karnowski sporo zaryzykowali popierając oskarżonego o korupcję polityka - nie tylko swoim wizerunkiem, ale miast, które reprezentują. Inna sprawa, że KO po raz kolejny pokazała też chaos w jakim tkwi. „Platforma odcięła się od tego polityka, ale szef sztabu wyborczego go popiera. O co tu chodzi?” - pytała w tytule Gazeta Wyborcza.

Podobnie niejasny przekaz PO miała już przećwiczony podczas ubiegłorocznych wyborów prezydenckich w Gdańsku. Kandydatem PO był Jarosław Wałęsa, który walczył z Pawłem Adamowiczem, który z kolei stracił poparcie PO, ale za to popierali go politycy PO. Wygrał kontrkandydat PO, którego potem PO już poparła. Proste?

Intrygujące działania to jedno. Gorzej, że KO i jej główna siła, czyli PO stały się utrwalaczem obecnego układu politycznego. Czy to traktując oddolne obywatelskie inicjatywy jako konkurencję, czy to atakując inne opozycyjne byty. Kiedy Robert Biedroń tworzył „Wiosnę” to KO atakowała go za próbę samodzielnego działania w myśl zasady: nie ważny jest pogram, ale zdobycie władzy. 

Przed nami czwarta kadencja PO-PiS. 

 

109
10/2019