Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Festival. Na stoczniowych terenach w Gdańsku stworzył klub B90 oraz współtworzy Ulicę Elektryków, Plenum i Plener 33. Od niedawna w Krakowie współorganizuje Mystic Festival. Najmłodsze dziecko to nowy, alternatywny klub muzyczny DRIZZLY GRIZZLY.

Komuno wróć?

Ostatnio sporo się mówi o tym, że czasy komuny powracają i stanie się to w ciągu najbliższych kilku lat. Najaktywniej o tym mówią osoby, które czasy komuny pamiętają z dzieciństwa czy dorosłego już życia. To straszenie komuną nie wiem kogo ma obudzić i kogo ukarać, ale zwłaszcza młodzi ludzie słuchają tych opowieści jakby to oni byli winni tej sytuacji. Choć może trochę prawdy w tym jest. 

Jeśli dziś ktoś tęskni do czasów komuny, to chyba najstarsze roczniki, bo tempo życia i postęp technologiczny ostatnich trzydziestu lat wielu przytłoczył. Wiadomo, że za komuny wszyscy byli równi, wszyscy mieli pracę, a nawet musieli ją mieć. Elitą była tylko władza i kilku artystów. Moim rocznikom komuna trochę uszła na sucho, bo tak naprawdę załapaliśmy się na jej najlepszy czas, tuż przed samym jej upadkiem. Dorastałem w czasach Gierka, który przyczynił się do nagłego wzrostu gospodarczego kraju, zbliżając się albo raczej oddalając poziomem życia od innych demoludów. Dla mnie jako dorastającego chłopaka to były super czasy. W kraju pojawiły się pomarańcze, Levisy czy gumy Donald. Opozycja gdzieś tam była, ale dla nas była totalną abstrakcją. I skąd miałem wiedzieć, że to wszystko było na krechę, że wcześniej czy później musi pieprznąć? Nie pochodzę z rodziny opozycjonistów. W szkołach realizowano plan, na wakacje jeździło się na kolonie i coraz częściej wolno było „wyjechać” gdzieś dalej. Jak to się ostatecznie skończyło wszyscy wiemy. Po upadku komuny nastąpił kolejny cudowny okres w naszym życiu, bo nastały czasy kapitalizmu. Nie zapomnę tej potężnej energii w nas uwolnionej. Wolność nas odurzyła. Nie mając żadnego doświadczenia rzuciliśmy się w wir budowy nowego kraju. Chcieliśmy żyć jak na Zachodzie, chcieliśmy zapomnieć o komunie. Wszystko co polskie było beznadziejne i obciachowe. Poniekąd dużo w tym wszystkim racji, bo jeśli nawet masło sprowadzone z Niemiec było naszpikowane chemią i smakiem przypominało papier, to jednak było ładnie opakowane. Było zachodnie! I tak sobie żyliśmy, rozwijaliśmy nasz kraj, biegnąc coraz szybciej. Po drodze wychowaliśmy jeszcze swoje dzieci, robiąc wszystko, aby ich życie było lepsze od naszego. Do tego stopnia zaangażowaliśmy się w ich ochronę przed komuną, że nasze dzieci niewiele o niej słyszały. Ich głowy skierowane były tylko na Zachód. Dziś pokolenie naszych dzieci chodzi z podniesioną głową, zna języki obce, podróżuje po całym świecie i nie ma kompleksu „polaczka”. Ale chyba nie do końca wszyscy, gdyż w tym wielkim wyścigu odbudowy kraju peleton się dawno rozdzielił na dwie grupy. Ta pierwsza, która dojechała na metę w świetnym czasie była dużo mniejsza. Ta druga grupa, największa wciąż jedzie. Strasznie im ciężko, bo nie trenowali jak my, bo nie mieli dobrych szkoleniowców, a i dobrego sprzętu mieli mniej albo wcale. No i z talentem bywało różnie. I kiedy pojawił się nowy Gierek, wszystko zaczęło się w tym peletonie szybciej kręcić. Będą teraz upajać się tym snem lepszego bytu jak my wtedy za Gierka. I straszenie ich dziś powrotem komuny, pokazywanie zdjęć sklepów z tego okresu, mówienie że paszport będzie w depozycie, a w telewizji będą znów dwa kanały jest jak rzucanie grochem o ścianę. 

I przychodzi czas na refleksję. Najstarsze roczniki będą szczęśliwe, że znów wszyscy mają po równo czyli nic. Umrą w spokoju, bo pętla się zamknie. Nasze roczniki bardzo szybko się dostosują do panujących warunków, bo przez pół życia tego regularnie doświadczaliśmy. Mało tego, jedząc chleb ze śmietaną i cukrem uznamy to jako powrót do smaku dzieciństwa. Będziemy z ochotą wspominać i przypominać sobie inne smaki, choćby samodzielnie wykonanych cukierków. A obecne pokolenie naszych dzieci dozna potężnego szoku. Przez pierwsze lata będą ryczeć, jakby nagle zabrano im zabawkę. Nie zrozumieją co się stało. Będą nas o to pytać. Może nawet zaczną nas obwiniać o to, że wychowaliśmy ich w jakimś Matrixie. Potem staną się coraz bardziej apatyczni, aż zostaną robotami. Ale jest światło w tunelu, gdyż każda taka sytuacja nigdy długo nie przetrwała. Zawsze kończyło się to klęską i wielkim kryzysem. Pamiętam to słowo, było w moim nastoletnim życiu wymieniane często i przez wszystkie przypadki. Kojarzyło mi się z czymś bardzo złym. Ale my na kryzysie i w kryzysie jesteśmy wychowani, jesteśmy też w stanie niemal natychmiast dać sobie radę w każdych warunkach. Oby tylko nasze dzieci się nie pogubiły.