Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Fest. Jego ostatnie, najbardziej wyczekiwane dziecko to Klub B90 na terenie Stoczni Gdańskiej. Kolejne dziecko, które przyjdzie na świat niebawem to Browar Gdański Kulturalny. W wolnych chwilach trwoni czas w zespole The Stags, pisząc piosenki tylko miłości.

H20 +

Krzysztof zanim wyjdzie do pracy przy ochronie niewielkiej uprawy rzodkiewek musi wstać o 4 rano, aby dojść 11 km do najbliższej cysterny z wodą. Krzysztof posiada dwa litrowe, plastikowe kanistry na wodę. Otrzymał je od swojego ojca zanim przedwcześnie umarł z powodu udaru słonecznego. Krzysztof samochodu nie posiada. Nikt ich nie ma, nawet władza, gdyż wyprodukowanie jednego egzemplarza zużywa aż 379 000 litrów wody.

Woda do wyznaczonego punktu dowożona jest codzienne przez specjalne oddziały rządowe, aby każdy mieszkaniec tego niegdyś sporego powiatu mógł otrzymać swoje przydziałowe 2 litry. Kartki na wodę są zbędne. Papieru nie produkuje się już od 17 lat, gdyż wyprodukowanie 1 kg pochłania aż 250 l wody. Oddziały uzbrojone są w kamienie. Potrafią nimi z dość dużą precyzją zabić człowieka z odległości nawet 100 m. Broni palnej i amunicji już dawno się nie produkuje. Wytworzenie tony stali pochłania 300 litrów wody. Niby niewiele, ale prawo surowo kara każdego kto do wyprodukowania czegokolwiek zużywa więcej niż 1 litr wody. Dlatego plantacja rzodkiewek, na której pracuje Krzysztof jako ochroniarz zużywa dziennie zaledwie 100 ml wody. Do podlewania używa się kroplomierzy. Na plantacji o rozmiarach 5 x 10 m pracuje 10 osób i 5 pracowników ochrony. To bardzo cenna plantacja. Rzodkiewki są potem wymieniane na beczki po olejach silnikowych. Beczki są na wagę wody. Większość została zarekwirowana przez rząd do gromadzenia deszczówki. Jeśli posiadasz swoją prywatną beczkę możesz gromadzić deszczówkę. Rząd pozwala na jej darmowe gromadzenie w ilości 250 l rocznie. Nadwyżkę  każdy musi oddać rządowym oddziałom. Przypadki nielegalnego gromadzenia wody są surowo karane. Krzysztof i Ania mieszkają na północy Europy. Zajmują przestrzeń niewielkiego busa, którego produkcja zakończyła się 21 lat temu. Ich busik i inne 54 stare samochody stanowią niewielką osadę. Nie jedzą mięsa. Nikt nie je, bo w zależności od jego rodzaju każdy wyprodukowany kilogram to zużyte kolejne 4 000 - 15 000 litrów wody. Krzysztof i Ania nie mają dzieci. Od kiedy populacja ziemi z 7 miliardów zmniejszyła się do 700 milionów prokreacja jest tylko dla wybrańców. Aby móc mieć dzieci trzeba spełnić określone warunki. Trzeba mieć namiot, być wytrzymałym biegaczem, mieć ekologiczne poglądy i mieszkać w rejonach najmniej dotkniętych suszą i tornadami. Trzeba też być w grupie uprzywilejowanych zawodów. A do nich zaliczają się: różdżkarze, kopacze studni, prognostycy pogody, handlarze beczek i ogrodnicy. Najgorsze jest lato. Większość populacji ludzkiej mieszka na terenach północnej Skandynawii, Alasce i Syberii. Północny obszar dzisiejszej Polski to niewielkie kolonie karne. Brzeg Morza Bałtyckiego od Świnoujścia po Władysławowo to tereny bagienne powstałe z sinic. Woda tam wyparowała. Nieistniejący już Sopot jest kolonią karną o zaostrzonym rygorze. Trafiają tam osobnicy, którzy dopuścili się marnowania wody nawet do 3000 litrów rocznie.  Więźniowie wytrzymują w nim maksymalnie do 7 tygodni. Brak wody ich zabija. Ich ciała po śmierci wrzucane są do bagna z sinic. Zaledwie 6 dni temu do kolonii trafił ukrywający się od 15 lat szef nieistniejącego już koncernu Coca Cola. Zmarł po 3 dniach. W latach 2000-2020 człowiek zużywał średnio 42 000 litrów wody rocznie. Obecny limit to 733 litry. Od 20 lat świat nie posiada żadnej produkcji, nie wydobywa się ropy naftowej, węgla, nie ma energii elektrycznej, nie hoduje się bydła, nie wycina lasów, gdyż większość uległa wyschnięciu lub wypaleniu. Pozostała przy życiu populacja żyje z tego co uda się wyhodować. Na czele światowego rządu stoi człowiek, który uważany był kiedyś za wariata, człowieka oszalałego na punkcie degradacji naszej planety. Wg niego odbudowa świata nie nastąpi nigdy. Aby zacząć żyć w harmonii z naturą ziemi musi umrzeć kolejne 600 milionów ludzi. Wówczas pozostałe przy życiu 100 milionów można jakoś ogarnąć. Natura powróci do równowagi sprzed 200 lat za jakieś 700, może 500 lat. W tym czasie może uda się wyhodować nowy, lepszy gatunek ludzki.

To oczywiście fikcyjna historia, której świadkami możemy być jeszcze za naszego życia. Postęp technologiczny, rozwój planety, poprawa jakości życia i wciąż nie odkryte możliwości powodują, że lecimy w takim tempie, że nie zauważamy jak katujemy ziemię.  Jestem jednym z Was, również kompletnym ignorantem. Żyję po to, by coś osiągnąć. Robię brud wokół siebie, a każdy sukces okupuję tonami jeszcze większego brudu jaki po sobie pozostawiam. Czy garstka świadomych ludzi, do której ja się nie zaliczam może coś zmienić? Niestety nie, bo wg nas to wariaci, hipisi ekologii i hamulcowi postępu. I co lepiej?